Świat równoległy

W jakim filmie występuje Marcin Mastalerek, przewodniczący młodych PiS? Niewiele wspólnego ma jego postać z rzeczywistością, bo słowa, które wypowiada (pisze), mają proweniencję irrealną. Jeszcze jedna postać z równoległości, taki typ. Dlaczego jednak jest obecny w polityce, która powinna stać na twardym gruncie realności? Ten młody z PiS produkuje pajęczynę frustracji, która ma jeden cel, złapać na lep wyborców.

Mastalerek swoim bystrym umysłem doszedł do frustracji związanej z premierem, mianowicie Donald Tusk niby walczy z nepotyzmem, ale skutecznie za pomocą swojej rodziny uprawia go. Syn premiera Michał dostał posadę w Porcie Lotniczym w Gdańsku bez konkursu.

Od tego młodego z PiS dowiaduję się, że na wszystko w kraju są konkursy. Nie można dostać żadnej roboty bez konkursu. A czym jest konkurs ofert? Pracodawcy wszak w nich przebierają, nawet powstała dyscyplina: jak napisać cv, jak się zaprezentować na rozmowie z pracodawcą? Kowalski musi przekonać przyszłego pryncypała, że jest lepszy od Nowaka. Tusk nie musi tego robić w konfrontacji z Kaczyńskim. Nazwisko Tusk otwiera każde drzwi.

Dlaczego Mastalerek nie zgłosi pretensji, że syn Kaczyńskiego nie otrzymał stanowiska bez konkursu? Czyżby bał się postawienia podobnego pytania, bo to jego pryncypał polityczny? A może nie wie, gdzie potomek Kaczyńskiego jest zatrudniony?

Mastalerek to taka rozrywkowa postać polityki. Chętnie z jego „usług” korzystają portale internetowe. Napisze na blogu (a prowadzi go w Onecie) cokolwiek, z przyjemnością cytują jego wpis, bo wiedzą, że zainteresuje internautów z powodu takich kabaretowych treści, jaki powyżej przytoczyłem.

Przy nazwisku Mastalerka zastanawiam się, jaka czeka przyszłość polskiej polityki? Czarno to widzę. Za młodu taka skorupka nasiąknęła frustracją, na dojrzałość i starość trąci kompletną indolencją, impotencją.

Na nazwisko trzeba zapracować, zasłużyć. Jak stanie się znaczne, ważne, otwiera każde drzwi. Podejrzewam, że jak Mastalerek będzie dalej tak się starał, te drzwi będą przed nim zamykane. Ba, będą jak wahadłowe drzwi w saloonie, gdy w nie wejdzie, będzie otrzymywał wzmiankowanymi w twarz.

Dzisiaj Mastalerek ma kłopoty z sensem, upada pod jego intelektualnym ciężarem. Drzwi go tak uderzają, że nakrywa się nogami. W takim  gra filmie i taką ma rolę. Nie zagrozi jego gra ani Bogusławowi Lindzie, ani Bruce’owi Willisowi, którzy też bez konkursu są angażowani do głównych ról. Dlatego, że mają nazwiska, a one na giełdzie profesji są na samej górze. Mastalerek tymczasem leży pod drzwiami w saloonie, bo w takiej występuje równoległości, alternatywie.

Pierwsza sukienka Rzeczpospolitej

Pewnie powinienem napisać o rozpoczynających się Igrzyskach w Londynie, podejrzewam jednak, iż wyszedłby pesymistyczny tekst. Ale przynajmniej przez dwa tygodnie emocje sportowe złagodzą stan tubylczej oligofrenii politycznej (na prezesa zawsze można liczyć, który co pewien czas zaserwuje coś ze słownika wyrazów obcych; po czesku owa oligofrenia to „porucha intelektu”).

Polskie „porucha” brzmi nieprzystojnie, ale i nieprzystojnie brzmiało „pobruszę”, jedno z pierwszych słów polskich zanotowanych w piśmie. Podejrzewam, że owa oligofrenia, „porucha”, w języku polskim ma od dawna  odpowiednik, jako poruta.

Szukam zatem w piśmie owej poruty (i w internecie) i mam. Takie „poruchy”, poruty, uprawia niezawodny Tomasz Terlikowski. Na niego zawsze można liczyć. W „Gazecie Polskiej Codziennie” pisze o refleksjach, jakie go naszły w Mińsku Mazowieckim na spotkaniu klubu „GP”. Niewielka dygresja zanim będę kontynuował. Czyżby miał Terlikowski „poruchę” (w tym wypadku nosa), że wybrał Mińsk Maz. na swoje refleksje, ponieważ tam w wojskowym hangarze mają być przechowywane szczątki smoleńskiego tupolewa. W każdym razie ma Terlikowski „poruchę” do relikwii. Swego czasu pisał o relikwiach, które adorowali z żoną w intencji zajścia jej w ciążę. Relikwie pozwoliły jego bezpłodnej żonie przezwyciężyć chorobę – cud z „porucha” – i urodziła mu (im) troje dzieci. No, no.

Wracam do tych refleksji. A są one u Terlikowskiego zwykle ciemne, czarne. Mianowicie w „GPC”  pisze, iż może tak się stać, że my, Polacy „będziemy narodem zbędnym”. Kto chciałby być zbędnym, a szczególnie jako część składowa narodu? Nikt, a zwłaszcza my, Polacy. Czytam zatem receptę Terlikowskiego, aby przezwyciężyć „poruchę”. Znalazł naczelny „Frondy” w testamencie Jana Pawła II: „stąd (z Polski – przyp. K. W.) wyjdzie iskra, która przygotuje świat na powtórne przyjście Pana”.

W dalszej części tekstu Terlikowski odpowiada na pytania, które stawiali mu bywalcy klubów „GP”: „Czy potrafimy jeszcze stać się iskrą”?

Facet, który chce wykrzesać z narodu takie iskry, aby epifania stała się rzeczywistością – „powtórne przyjście Chrystusa” – musi się martwić „o nasze dusze podczas koncertu Madonny”, co trywialnie zarzuca mu Monika Olejnik (ostatni cytat z dziennikarki). Te dusze – „Moniko, dziewczyno ratownika”, jak ty trywialnie, to ja też – muszą wykrzesać iskrę. Wiesz, co to znaczy wykrzesać iskrę z duszy narodu?

Przecież Terlikowski „nie pochyli się nad dziećmi, które są molestowane przez księży, ale pochyla się za to, jak zwykle, nad nienarodzonymi” (jeszcze raz M. Olejnik). W związku z tym dziennikarka mianuje go: Naczelny ksiądz RP bez sutanny, który rozgrzesza kler.

Moim zdaniem dziennikarka go nie dowartościowuje. Widzę Terlikowskiego większym, bo jest obecny niemal w każdej sferze życia publicznego, to ktoś jak Piotr Skarga z krucyfiksem. Co ja piszę? Więcej, zaimponował mi tą iskrą patriotyczną, polską, tutaj wykrzesaną, po której nastąpi powtórne przyjście Pana.

Terlikowski jawi mi się, jak Torquemada. I od stroju hiszpańskiego dominikanina nazywam go: Pierwszą sukienką Rzeczpospolitej.

Taka to „porucha”, poruta, z Terlikowskim.

Dojutrkowanie

Platforma przeżywa kiepskie dni, gdyby zdarzyły się jej takie w okresie kampanii wyborczej, elektorat odpłynąłby w siną dal. Afera taśmowa PSL, po której premier gromko zagrzmiał, otrzymała sequel z agencją wdrażającą programy unijne, którą obsiadło kumoterstwo z PO w 100%. Dorzućmy do tego nowelę ustawy o zgromadzeniach (acz prezydent dziergał tę robótkę; kto? – nieważne, PO i już). Zaniechanie in vitro, de facto tak ważne rozwiązanie prawne dla bezpłodnych małżeństw i par oddalono do „maniana”, na święte nigdy. A teraz do kosza powędrowały projekty tyczące  związków partnerskich, bo temat jest kontrowersyjny.

W tej chwili różnic między PO a PiS nie ma prawie żadnych. Do tego stopnia, że gdyby nie Smoleńsk i facjaty Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, które firmują te partie, mogłoby dojść do jakiegoś zjazdu zjednoczeniowego. A że zbliża się kryzys i może nas dotknąć, wcale tego bym nie wykluczał. Taka wielka koalicja mogłaby dla dobra elektoratu, aby nie trudził się rozszyfrować , co kryje się pod nazwą POPIS, przyjąć swojską nazwę SKAMIELINA.

Rząd i parlament niechętne jest każdej debacie w tak ważnych społecznych kwestiach. Tłumaczenie, że społeczeństwo jest konserwatywne, nie przygotowane na rozwiązania, które zbliżą nas do cywilizowanego świata, warte jest funta kłaków. Bardziej konserwatywni są politycy. Społeczeństwo jest zajęte swoim codziennym trudem, a politycy konserwatywni bojaźnią. Bojaźń – polska odmiana konserwatyzmu.

Polska polityka stoi przemysłem bojaźni, robienia w portki, pogardy dla Innego i Potrzebującego. W tej manufakturze w gmachu przy Wiejskiej produkowana jest tylko indolencja, lenistwo i strach przed podejmowaniem decyzji. Jak media nie widzą, pokątnie szydełkuje się tam wzory nepotyzmu i kumoterstwa. Do tego kumoterstwa aż prosi się onomatopeja kolokwialna, która to towarzystwo świetnie by zrymowała.

Za obecne tchórzostwo rząd i największa partia opozycyjna zapłacą, nie można wiecznie dojutrkować. Tusk i Kaczyński powinni się cieszyć, że lewica jest tak marna, wypalony Miller i błądzący Palikot. Po wpadkach z początku roku i fatalnym obecnie okresie Tuska, władza powinna wypaść mu z rąk i znaleźć się na ulicy. Nie sięgnie po nią Kaczyński – bez obawy. Tusk długo nie pozostanie bezalternatywny. Polityka polska nie może być wydmuszką, musi zostać wypełniona treścią prawną, a przede wszystkim zaspokojone winny być potrzeby ludzkie. A krajowi brak rozwiązań w tak istotnych dzisiaj dla całej masy ludzi kwestiach, jak in vitro i związki partnerskie (dotyczą nie tylko par jednopłciowych).  Społeczeństwo – w każdym razie spora jego część – nie może być zależna od niewiedzy i mentalnej abnegacji kogoś takiego, jak Krystyna Pawłowicz dla której pożycie seksualne może być niezgodne z prawem ustrojowym (‘Konstytucja nie chroni uczynków niegodnych”). Ta sama osoba zresztą powiedziała, że Cz. Miłosz jest niepolskim poetą, pewnie go czytała w wydaniu z Berkley. Owa Pawłowicz winna być logo Sejmu.

Pryszcze PSL

Wygrywająca partia w wyborach zawsze sobie się podoba. Gdy bierze władzę, jeszcze bardziej przegląda się w lustrze wyborców. Po 1989 roku jakaś partia wygrywała, nie brała jednak wszystkiego (50% mandatów + 1), musiała wchodzić w alians z innym podmiotem politycznym, aby odpowiadać za losy kraju, twoje i moje. Najbliżej samodzielnej odpowiedzialności było SLD, dzisiaj aż wierzyć się w to nie chce, ale wypalili się postkomuniści aferą Rywina i pozostają wydmuszką ideową.

Zwycięzca musiał do rachunków na sali sejmowej dobierać sobie jeszcze jeden podmiot, a tym nieodmiennie było PSL. Ledwie dychająca partia, dla której niemal każde wybory to: być albo nie być. Zawsze byli tuż nad poprzeczką 5%. Wchodzili w polską suwerenność z bagażem PRL-owskim, który został rozgrzeszony przez pierwszy rząd i hasło: „Wasz prezydent, nasz premier”. OKP plus resztówki postkomunistyczne (ZSL i SD) rozpoczęły czas postkomunistyczny.

Wówczas ZSL, zaraz potem PSL, to wieczny Kopciuszek, którego jednak książę nie szukał, ale sam antyszambrował w przedpokojach władzy. Lecz urodziwy zwycięzca musiał się godzić z tym mizernym Kopciuszkiem. Mina rzedła, ale trzeba było przywdziać maskę triumfu do złej gry. PSL (ZSL) w PRL zawsze sobie rzepkę uskrobało. Przyzwyczajenia przeniosło w suwerenność i je ulepszyło, bo już było wolno i nikt na wsi – gdyż tylko tam mają wyborców – ich nie kontrolował, nie mieli konkurencji (oprócz krótkiego epizodu z Samoobroną). Większe partie biły się o wyborców miejskich i wielkomiejskich.

PSL w tym czasie kwitła na – lubię to określenie – obszarach wiejskich, było co zagospodarowywać. PGR-y upadały. Należało coś z tym majątkiem zrobić. Tak samo kółka rolnicze i dziesiątki wiejskich mniejszych/większych organizmów. Nieprzypadkowo Waldemar Pawlak został szefem strażaków, generałem sikawkowym. W centrum obszarów wiejskich jest remiza strażacka, a do OSP należą „elity” każdej wsi.

Powstawały kolejne agencje rolne na obszarach wiejskich, skrzętnie zagospodarowywane przez PSL. Na wsi kumoterstwo i nepotyzm jest nieodzowną cechą charakteru (gospodarstwa wszak są rodzinne). Przenosi się to na urzędy i prawdziwe frukta dla polityków wiejskich, wszelakie agencje związane z rolnictwem.

Wszystko to, co jest poza miastem, to obszary wiejskie. Zdecydowanie większa powierzchnia od miast. To zostało opanowane przez PSL, ludzi sikawkowego Pawlaka. Donald Tusk temu nepotyzmowi wypowiedział wojnę (w mediach), bo już musiał. Szanse na wygranie ma znikome. Gdy będzie chciał arbitralnie PSL wypchnąć z ich obszarów, Pawlak zawsze powie: Wychodzimy.

We wcześniejszych koalicjach, także w obecnej, urodziwy zwycięzca musiał  tego Kopciuszka brać do mariażu, choć on cały jest w pryszczach nepotyzmu i kumoterstwa. Ten trądzik pokazał się w pełni lata, rozkwitł, choć cały czas pod powierzchnią był, dojrzewał. O praktykach PSL wiedzieli wszyscy, politycy i dziennikarze, ale dziwnie tego nie wypominali. Widocznie władzy do twarzy z pryszczami na twarzy. Wyborcy akceptowali/akceptują?

Plotka o taśmach PO

Afera taśmowa PSL załamała kariery kilku ludzi w PSL, a z zasadzie spowodowała tymczasową zapaść w ich dojnych synekurach. Koalicjanta PO na razie nie wyrzuciła na polityczny aut. Donald Tusk ostro w pierwszej chwili się rozprawił z Markiem Sawickim i Elewarrem, po czym nastąpiła cisza. Przynajmniej medialna.

Sondaże powinny wskazać, co o tym sądzą Polacy. Obawiam się, że dla PSL nie będą słupki zadowalające. Co gorsza, podobnie może być dla Platformy. Tusk surowy i potępiający to za mało, reszta jego partyjnych kolegów siedzi cicho, jak przed burzą. Tak to odbieram.

W najnowszym „Newsweeku” Rafał Kalukin kilka zdań poświęca plotce o nadchodzącej aferze z taśmami PO. Podobno w trawie piszczą dwie takie taśmy. Jedna o dopuszczeniu firmy DSS do budowy autostrady A2, było to jeszcze za ministra Cezarego Grabarczyka. Druga taśma dotyczy młodego działacza PO, który z ramienia ministra skarbu miał sprawować funkcje kontrolujące w zarządach spółek skarbu państwa, rozmowa na taśmie (taśmach)ponoć jest kompromitująca, bo ów młodzieniec doglądał interesów polityków PO i partii.

To tylko plotka, ale dziennikarz zdecydował się o napisaniu tej plotki i używa konkretnych adresów korupcyjnych. O taśmach PSL wiedziano wcześniej, teraz też po sugestiach – publikowanych w poważnych tygodniku – może dojść do ich ujawnienia.

Jeżeli jest to prawdą o taśmach PO, to ktoś te taśmy posiada. Taka plotka medialna może zamienić się w materialność. Kto będzie uwikłany w korupcję w PO, bo ta plotka o taśmach tylko może dotyczyć korupcji. Jak wysoko są usadowieni w partii i rządzie zawiadujący korupcją?

Oczywiście opozycja podejmie wątek rozkradania Polski. Czemu się nie należy dziwić. To konstruowanie emocji dla swego elektoratu. I rzecz najważniejsza: te emocje są adresowane do elektoratu PO. Głosowaliście i popieracie złodziei.

Podkreślam, jeżeli plotka jest prawdziwa i ziści się ujawnieniem, PO zacznie tracić. A kto może pozyskiwać elektorat PO? Słaba lewica – SLD i Ruch Palikota? Wątpię. PiS? Czy wyborcy PO będą chcieli się przyłączyć do twardego elektoratu, popierającego m.in. o. Rydzyka? Też wątpię, zysk kilku punktów procentowych nie zmieni sytuacji, choć już Kaczyński zadeklarował: PiS jest gotowe na przejęcie władzy.

W tej chwili w sferze publicznej mamy okres boomu taśmowego. Politycy nawzajem się podsłuchują. A gdzie są dziennikarze śledczy z największych dzienników i tygodników, tych wiarygodnych? Polityki nie mogą robić wkoło Macieju ci sami ludzie, którzy się pogrążają taśmami, hakami. Polskie życie publiczne nosem wbija się w dno.

Policja

Do policji mam podobny stosunek, jak do milicji. Ci ostatni nie pozwalali mi na ekspresję polityczną i traktowali mnie pałami, a nawet zaliczyłem te długie pały z ołowianą kulką na końcu, a ci pierwsi są spadkobiercami milicji, acz zdecydowanie bardziej wykształceni, nawet pogadać sobie z nimi można.

A jednak policja kojarzy mi się ze złym i chyba tak na zawsze pozostanie, a to dzięki Sławomirowi Mrożkowi. Jeżeli jest porządek, organa porządku muszą zrobić nieporządek, aby zaprowadzić porządek. Taka zresztą jest logika tej profesji. Podobnie, jak wśród strażaków jest najwięcej piromanów, tak wśród policjantów, którzy z prawem wchodzą w kolizję stojąc po stronie prawa.

Dzisiaj dzień policji, ich święto. Donald Tusk, jak na administratora kraju przystało, musiał się do policjantów zwrócić z uroczystym słowem, które brzmi mniej więcej: ple-ple-ple. A w podtekście: i tak pojadę wam po emeryturze mundurowej, bo oszczędzać każdy musi, nie tylko szaraki, których czasami się boicie, a mimo to pałujecie.

Policja musi być, Kościół dla niektórych też musi być, ta policja duszy. Nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby nie jeden szczegół. W Salon24 publikuje wpis blogowy Jarosław Kaczyński, a jest on utrzymany w formie przemówienia. Wiadomo, że nie przez niego pisany. A jednak przez niego podpisany; szczegół (byle filolog to rozpozna).

Premier Tusk, rozumiem, wygłosił przemówienie, a dlaczego w formie pisanej wygłasza ten,  który urzędu nie sprawuje? Ba, ten, który ten porządek, który w imieniu rządu pilnuje policja, często zakłóca. Policja ochrania marsze po Krakowskim Przedmieściu, gdy w tym czasie mogłaby ścigać przestępców. Dodam jeszcze: nie wiem, czy to Kaczyńscy namawiał polskich kiboli – czy jego jakiś szeregowy polityk – aby stali się na czas Euro patriotami, bo oni mają godność i honor. Taki był ładunek emocjonalny tego wezwania. Po świecie tylko z tego smród się rozszedł.

Może Kaczyńskiemu lata się pokićkały. Ktoś z jego dworu powinien przypomnieć, że mamy rok 2012, a nie 2005, czy 07. Wtedy mógł wystąpić przed szwadronem policji i powiedzieć: ja mogę przemawiać, a Tusk nie. I walnąć na głos swój wpis blogowy. Była okazja.

Dlaczego zatem pisze przemowę na blogu? Na szczęście dzisiaj policja potrafi czytać, to nie to, co za czasów milicji. Jeżeli potrafi czytać (wykształcenie chwaliłem), to potrafi też myśleć. I co może policjant pomyśleć o notce blogowej prezesa PiS? Nie jestem policjantem, ale mogę się w jednego i drugiego jegomościa  wczuć. Otóż czytam, że rząd masowo likwiduje posterunku policji. Poważnie. Policja jest pisana z dużej litery, jak w dramacie u Mrożka. A dlaczego Kaczyński (czyli ten, który za niego pisał) nie napisał normalnie: policja. Co oni są lepsi od zwykłych ludzi. Wszak ja piszę Mrożek, a nie mrożek. Taka jest logika tego wpisu.

Po prostu Kaczyński smali cholewki do policji, aby ją buntować przeciw władzy demokratycznie wybranej, a Kaczyński demokratycznie jest skazany na opozycję. Jest porządek, to dlatego chce Kaczyński nieporządku? Aby zaprowadzić porządek w bałaganie przez siebie wywołanym. Mrożek, czysty Mrożek. Niestety, Kaczyńskiego nie zrodziła wyobraźnia Mrożka, jest wśród nas.

Oto „Policja” Mrożka (link You Tube) dla tych, którzy poruszają umysłem, a nie emocjami. Polecam też przemówienie Tuska, które  ma się tak do blogowania Kaczyńskiego, jak pisanie Mrożka do „Policji”, którą ten świetny  dramaturg opisał, a której sens – mrożkowski – ciągle nam objawia Kaczyński.

Mroki i rycerze

Kultura masowa zbiera mroczne żniwo w takiej skrajnej postaci, jak na przedmieściach Denver, w Aurora. Przebrany w maskę gazową, jak Bane, przeciwnik Batmana z najnowszego sequelu o tym bohaterze, 24-letni James Holmes wysłał na tamten świat 12 ludzi.

Co w tym wypadku jest pierwszorzędne? Mordercze emploi  młodego Amerykanina? Kultura masowa, która sięga po bieg zdarzeń spoza prawdopodobieństwa i zmusza do identyfikacji? Współczesność, której ciśnienia nie wytrzymują ludzie? A może tak podstawowe właściwości kształtowania człowieka, jak wychowanie, środowisko, system wartości?

W tym wypadku mamy do czynienia z młodym człowiekiem, choć od wielu lat dorosłym. Dotyczy to jednak krwawych czynów ludzi w każdym wieku. Dzieje się to daleko od Polski. Czy norweski Breivik to daleko od nas, wszak był u nas w delegacji za środkami do mrocznej przemocy, czy daleka jest jego identyfikacja quasi-polityczna od obecnych także u nas podobnych ruchów? Wystarczy, że ktoś za bardzo uwierzy i wzrośnie w nim wola zaprowadzania porządków.

Prędzej, czy później dojdzie u nas do podobnego zdarzenia, jak w Denver. Tego typu ludzie kopiują czyny w każdej szerokości geograficznej, nie są właściwością dla jakiejś nacji, tym bardziej sytuacji cywilizacyjnej. Jest to zło, które inaczej nie może być nazwane, a ma ono tę cechę, że swobodnie przenika granice państw, granice kulturowe.

Kto ma rozstrzygać o winie takiego człowieka? Instytucje prawa ze swoimi procedurami nie wnikną w psychikę człowieka, otoczenie kulturowe, cywilizacyjne, narrację antropologiczną. Skażą, orzekną karę i powrócą w nurt codziennych mniejszych przestępstw. Z kolei panel innych uczonych głów, psychiatrów, pedagogów, a nawet fenomenologów, opisze trafnie, dogłębnie. Ale co z tego?

Na stronie „Polityki” na Facebooku pojawił się fanpage publicysty tego tygodnika, Bartka Chacińskiego, który pisze, iż szaleniec  w przebraniu zamordował kilkanaście osób w amerykańskim kinie, a „Mroczny Rycerz się nie pojawił”. Homes przebrał się za przeciwnika Batmana, tak samo jak Bane w gazowej masce. Zabił, ale Batmana nie było, pozostał na ekranie. Batmana nie ma w rzeczywistości, nie ma tego, który zbrodni zapobiega, ale zbrodnia jest. Rzeczywista zbrodnia, a nie filmowa. Jest zło, a dobra nie ma.

Nie wiem, czy Chaciński tak chciał dochodzić naszej cywilizacyjnej ślepej uliczki, w której wystarczy, że jeden strzela, a ludzie są bezbronni, ich życie nieodwracalnie zamieniło się we wspomnienie, w truchło. Wywołał ten felieton burzliwą dyskusję na Facebooku. Ba, autor został zmieszany z błotem i porównany do Kuby Wojewódzkiego. Mniejsza o metafory, czy o źle mamy rozmawiać tylko wtedy, gdy do nas przyjdzie? Posłać gromy na zbrodniarza jest najłatwiej. A celem winna być refleksja, aby do takich czynów nie dochodziło, aby minimalizować ich prawdopodobieństwo. A może tak musi być i pozostaje karać z surowością prawa? Mroki są i będą, ale też już rycerzy nie ma. Rycerzy debaty, narracji.

Majtki i Rajmund Kaczyński

Nie zgadzam się z Cezarym Łazarewiczem, iż ważni są przodkowie. Ojciec, dziadek i do entego jaszczura nazad. Napisał ten dziennikarz o ojcu prezesa PiS, Rajmundzie Kaczyńskim, nawet nie zamierzam tego w „Newsweeku” czytać, acz tygodnik czytam. Nie liczy się, kim był ojciec polityka i kogokolwiek przodek z jakiegokolwiek zawodu. Liczy się on, sam, autor, w tym wypadku Jarosław Kaczyński, prezes największej partii opozycyjnej.

On wynosi z domu swoich przodków, jest ich dzisiaj reprezentantem. Mogę podejrzewać, jacy on byli, ale niewiele mi to wnosi do wiedzy, którą autor podaje. Oceniam jego kindersztubę, intelekt i talent. A nie: czy jego przodkowie byli w KPP, albo ONR, czy walczyli w Powstaniu Warszawskim, zginęli w Katyniu, albo wałkonili się w Argentynie w Banco Polacco. Ta wiedza jest istotna w zaciszu domowym. Jest ona dla mnie. Mam czym się pochwalić, mogę to przenieść do literatury i tylko własnym talentem. Ale nie w polityce, w której liczy się dobro wspólne, reprezentowanie słabszego i tego, który jest czym innym zajęty.

Biografie przodków są dobre na wieczory, gdy rodzina w komplecie pilnuje domowego ogniska. O przodkach bliźniaków Kaczyńskich nic nie czytałem i nie zamierzam. Zbyt dobrze znam prezesa z telewizji i nie tylko, abym miał potrzebę jakiegoś innego weryfikowania jego postaci. Acz pamiętam, że to on wsadzał palucha do cudzych majtek, właśnie z przodkami KPP, a nawet świetnie mu szło przekłamanie historii najnowszej, okresu pierwszej „Solidarności”. Nie mieścił się on i jego brat w hierarchii  ważności dziesiątek działaczy 180- 81, stanu wojennego, ani potem do 1989 roku. A jednak stara się rozstrzygać o ważności naszej pamięci, zakłócać swoimi kłamstwami.

To niech nie będzie zdziwiony, że dziennikarz idąc tropem jego metodologii politycznej, pogmerał paluchem w biografii jego przodków. Sprawdził, czy ojciec Kaczyńskiego nie należał do KPP. Nie należał, walczył w Powstaniu Warszawskim. Zadał sobie dziennikarz kolejne pytania i w materiale na nie odpowiedział na tyle, ile starczyło mu materiału. Przynajmniej nie zmyślał.

A Kaczyński ma pretensje do Łazarewicza, które podał ku wierzeniu swoim ludziom w niszowym dzienniku „Gazeta Polska Codziennie”. I jak zwykle prezes PiS pomylił gatunki, autobiografię i biografię, acz w tym wypadku – ojca jego – ta ostatnia jest szczątkowa. Kaczyński o swoim przodku ma takie samo pojęcie, jak o sobie i jego brat o nim. Prezes PiS był najlepszym premierem RP po 1989 roku. Czy słyszycie po tym stwierdzeniu śmiech wokół siebie?

Kaczyński ma prawo tak napisać: byłem najlepszy po 1989 roku, a nawet lepszy od Donalda Tuska. Ale będzie to autobiografia, którą krytyczny czytelnik rzuci do kąta i nazwie kiczm. Zupełnie czym innym jest materiał biograficzny, on powinieni być krytyczny. Każda hagiografia jest kiczem.

Lecz Kaczyński lubi kicz. Zwłaszcza gdy on pisze biografię przodków innych polityków, co nazywam zaglądaniem do majtek, a nie żadną polityką – konstruowaniem idei, rozwiązań politycznych i skuteczną ich realizacją w sferze publicznej i symbolicznej. Nie zgadzam się z Łazarewiczem, lecz wolno mu. Kaczyński zagląda w majtki, on też zaglądnął. Jak zwykle w wypadku przodków poleciał całkiem współczesny smród.

Moralność stosowana

Mamy prawo naturalne, czyli takie, które nie musi być stanowione, mamy też moralność stosowaną. Czy ona jest etyką chrześcijańską?  W Biblii – w Starym i Nowych Testamentach – nie doczytasz nic na temat in vitro, a Kościół temu osiągnięciu powiedział głośne: nie. Po czym się zreflektował. Bóg dał ludziom naukę, a oni za jej pomocą doszli do odkrycia  in vitro. Jeżeli tak, to trzeba coś z tym zrobić, przyswoić boskie przyzwolenie. Cholera, tak podejrzewam, bo oto czytam wypowiedź ks. prof. Franciszka Longchampsa, a jest on ekspertem Episkopatu ds. bioetycznych: „Na obecnym etapie nie uda się całkowicie zakazać in vitro. Gdy zaś to na razie nie jest możliwe, etycznym obowiązkiem posłów jest aktywność w całym procesie legislacyjnym, tak aby maksymalnie ograniczyć szkodliwe aspekty regulacji” (cyt. za: Katarzyna Wiśniewska „GW”).

Pominę: „całkowite zakazanie in vitro na razie, bo to nie jest możliwe”. Nie będę ekspertowi ważył słów. Mógłbym dojść do logicznego wniosku, że gdyby było możliwe zakazanie in vitro, to znaczy, iż partia chadecka, jaką chciałoby być PiS, z chwilą dojścia do władzy, zakaz in vitro powróci, niezależnie od tego, co będzie ustanowione, bo nie jest prawem naturalnym.

Odczytać to należy politycznie, bo Kościół zawsze był polityczny, nawet gdy po Rewolucji Francuskiej coraz trudniej mu w polityce uczestniczyć, ma zbrojne polityczne ramiona w postaci partii chadeckich. Kościół dał sygnał polityczny swojemu ramieniu i to wielokierunkowy.

PiS wycofało się z karania więzieniem za in vitro, czym dało sygnał Jarosławowi Gowinowi: jesteśmy z tobą, najchętniej przy okrągłym stole. Tym młotkiem, jakim jest in vitro, partia Jarosława Kaczyńskiego przystąpiła do rozbijania Platformy. Jeżeli PO się nie wykruszy, to przynajmniej będzie się chwiać.

Pierwszy sygnał z ustąpieniem całkowitego zakazu in vitro dał Kaczyński, teraz otrzymał teoretyczne wsparcie Kościoła. Pomijam kwestie zła (stosowanie in vitro) i mniejszego zła (lepszy Gowin w garści, niż zakaz in vitro na dachu). W tej kwestii, jak i w szeregu innych, odczytuję dyspozycje z kruchty wydawane politykom. I nie chodzi w tym o moralność, która jest przykrywką, ale obecność Kościoła w polityce. Kościół za pomocą swoich ramion politycznych gra o swoje zabezpieczenia materialne. Uzależnia polityków od siebie, a następnie dysponuje jego głosami w swoich doczesnych sprawach.

Albo in vitro jest złem, grzechem, albo moralnym jest zakaz tego osiągnięcia naukowego. Nie ma w etyce mniejszego zła, jak w beczce miodu nie może być łyżki dziegciu. Wg jednak tych stanowień dialektycznych z kruchty (jakie wypowiada ekspert kościelny ds. bioetyki) mamy do czynienia z etyką stosowaną, a nie z moralnością chrześcijańską, która nie poddaje się czasowi i walczy z lwami, jak w Colloseum. A może źle odczytuję zamiary Kościoła, może ta instytucja zmienia się.

Guzik, bo ekspert mówi: „ograniczyć szkodliwe aspekty regulacji”. Politycznie użyteczna jest moralność ograniczona. Kościół podaje rękę Gowinowi, wzmacnia go, a tak naprawdę rozbija PO, bo politycznie użyteczna jest moralność stosowana, moralność ograniczona. Przez Kościół stosowana od zawsze.

A do zakazu in vitro powróci się, gdy będzie to możliwe.

Polska w pigułce aferalnej

Poszło gładko, jak po maśle. Wczoraj taśmy PSL ujawnione, dzisiaj minister koleś sam się dymisjonuje. To jest umiejętność rządzenia, nawet premier ust nie otworzył. Afera Marka Sawickiego – bo tak ją należałoby tytułować – pokazuje wszystkie patologie naszego życia publicznego, które żyje od afery do afery. Mają one różny wymiar, większy, mniejszy, zawsze ten sam gorzki posmak dla wyborców, Polaków. Przed telewizorami, mediami, siedzą sobie wyborcy, a politycy celebryci kręcą lody. Jest sitko – lody retoryczne. Nie ma sitka mikrofonu, to znaczy siedzą w gabinecie – kręcą lody rzeczywiste. Chyba, że znajdzie się jakaś świnia i podłoży mikrofon, mamy aferę, a politycy dopiero teraz mogą celebrować. Ho, ho.

Afera Sawickiego jest najszybciej odfajkowaną aferą. Jakby pacjent PSL w oczach umierał. Więc mieliśmy życie polityczne pokazane, jakby przed śmiercią, gdy przewija ci się przed oczami całe życie, w tym wypadku: Polska w pigułce.

Przed ogłoszeniem decyzji Sawickiego. PiS i Janusz Palikot jednym głosem wieszczą: złożymy wniosek o dymisję Sawickiego. PiS wysyła do Elewarru (z taśm  wynikało, że tam te lody są kręcone) dwóch posłów, aby sprawdzili, czy dyrektor uwłaszczył się na 3. procentach spółki. Tropem pisowskim pcha swoich ludzi Palikot. Od posłów PiS dowiadujemy się: tak, Śmietanko ma swoje udziały.

Ciekawą frazę umysłowa, acz powszechnie znaną pod tytułem „wina Tuska”, zaprezentował Joachim Brudziński: „na aferze taśmowej mogło zależeć Tuskowi”.  Wszystkich jednak przebił nieoceniony Antoni Macierewicz: „Afera PSL ma przykryć odpowiedzialność pana Tuska za śmierć prezydenta Kaczyńskiego”. Temu to wszystko, jak głupiemu Jasiowi, kojarzy się z dupą.

No, może przebity został  szef sejmowej komisji śledczej ws. katastrofy smoleńskiej przez tego, który podłożył kamerę, Władysław Serafin: „Leppera zamordowano, teraz kolej na mnie”. Na razie padło tylko na jednego, który przed pójściem na dywanik do Pawlaka, rzekł: „O siebie jestem spokojny” Wyszedł też spokojny od Abrahama Pawlaka, który tylko chrząknął, a kozioł ofiarny Sawicki przed zejściem ze stołka ministerialnego (spokojnie) pochwalił się: „Cztery i pół roku uważam za dobry czas dla polskiego rolnictwa”. I dał głowę.

PiS ma jeszcze jedno narzędzie (broń Boże, nie zbrodnicze): komisję śledczą. O tym wszem i wobec mediów (och, celebryci) zapowiedział Mariusz Błaszczak. Gdy piszę, nie wypowiedział się jeszcze Palikot, który idzie krok w krok, ręką w rękę („lewa, lewa, lewa, kto tam populizm krzyczy”) ostatnio zdąża, gdzie PiS.

Rzewnie mi się zrobiło. Pamiętacie? To były czasy, jak powstawała sejmowa komisja Macierewicza, a Palikot zgłosił się na jej członka. Może te czasy wrócą, zgody celebrytów polityków, bo ja siedzę przed telewizorem, chciałbym chociaż tych lodów polizać.