Franciszek, arcybiskup ze swoimi słabościami i hołd polityków

Abp Sławoj Leszek Głódź został przez „Wprost” „trafiony” w bardzo niekorzystnym dla niego momencie – wyboru nowego papieża Franciszka. Nowe zewnętrzne i estetyczne wartości, które emanują w tej chwili z Watykanu, nie pozwoliły mu odpowiedzieć od razu na „chamstwo” dziennikarzy. Nawet milczał zwierzchnik polskiego kleru ojciec dyrektor z Torunia.

Wystarczyło jednak 10 dni, aby abp Głódź się otrząsnął, szeregi obrony zostały zwarte. Obrazek z czwartkowej mszy z Katedry Oliwskiej: emerytowany kapelan Wojska Polskiego grzmiący spod ołtarza, w pierwszej ławce posłowie PiS, w drugiej gdańscy radni z tej samej partii.

W Polsce mariaż władzy i Kościoła ma się dobrze. Najbardziej papiescy są politycy PiS, politycy innych partii przebierają nogami, aby ich klęczeniem w tych ławkach zastąpić.

Kościół w kraju nie musi bać się o kondycję materialną. A z moralnością sobie poradzi – wszak ma wpisaną w kanon grzechów, w razie czego sięgnie do świeckich podręczników etyki, że ma rację.

Hierarchowie obawiają się w tej chwili tylko jednej osoby – Franciszka. Bo co to za wartość, którą proponuje? Ubogość, skromność, posługę innym ludziom. Na czas postu (początku pontyfikatu) kler może schować lexusy i mercedesy do garażów, ale potem przecież biskupi muszą docierać do wiernych, aby składano im hołd.

W historii ścierają się dwie determinanty: personalistyczna i kolektywistyczna. Jeden człowiek wiele może, nawet wstrzymać procesy historyczne. Najczęściej jest tak, że to procesy historyczne stawiają na miernoty, które stoją na czele instytucji. I jakoś wszystko się toczy.

Papież Franciszek może okazać się każdym. Może być Atlasem, który dźwignie posadę Kościoła i uczyni z tej instytucji żywą społeczną tkankę, może z czasem się przystosować, lecz ze względu na wiek czasu na heroizm może mu nie starczyć.

Na co liczy polski Kościół? Że rdza nie dobierze się do ich lexusów i mercedesów w garażach w czasie postu zafundowanego przez Franciszka. Liczy też na wieczność, w której cisi i korni przetrwają, a czas da radę Franciszkowi, wszak na tym padole łez nie jest wieczny.

Kościół polski sobie poradzi. Można było zobaczyć to na obrazku z Katedry Oliwskiej, „politycy” PiS w hołdzie feudalnym złożonym temu, który też ma „swoje słabości”.

Kaczyński jak zmokły kapiszon

Wielkimi krokami zbliża się 3. rocznica katastrofy smoleńskiej. Nie wiadomo, jak wyjdzie. Organizacyjnie wiadomo, że będzie to sukces. Pytaniem jest, czy dopisze publika. Bo 50 tys., czy 100 tys. to mało. Tyle to pomieści byle plac.

Potrzebna jest mobilizacja, a do niej świeża retoryka. Przejadło się gawiedzi: wina Tuska i niedosiężnego dla polskiej polityki, Putina.

Przecież Tusk sam nie majstrował przy śrubkach i nitach tupolewa, ani nie naciskał guzika, by spowodować wybuchy na pokładzie samolotu. Nikt też nie widział go pod Smoleńskiem ze stingerem na ramieniu. Musiał mieć pomagierów.

Jarosław Kaczyński zaczął rozszerzać listę winnych katastrofy smoleńskiej w ramach nowej strategii smoleńskiej. Wszak to jedyny sukces prezesa PiS w polityce wewnętrznej. Smoleńsk. Prezes jest postrzegany, jako najgorszy polityk, PiS wlecze się za PO, jak kadzidło inaczej. Nie wypaliły Alternatywy i kandydat na parapremiera rządu technicznego. Wszystko prezesowi spala się na panewce.

Tylko ten Smoleńsk wychodzi, bo coraz więcej rodaków sekowanych teoriami spiskowymi zaczyna wątpić w ekspertów. Ekspert ma wiedzę, a taki Macierewicz ambicje polityka popkulturowego. W tym czasie też zorganizowano bojówki w ramach Klubów Gazety Polskiej, Klubu Ronina i Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Ta gwardia, jak żelazna pięść kiedyś wszak musi uderzyć.

Potrzebna jest nowa strategia smoleńska, która przekonałaby, że Republika Smoleńska to nie fiu-bździu prezesa. Poznajemy właśnie zręby tej „myśli politycznej” i jej praktycznego zastosowania.

Przetarcie było przed posiedzeniem komisji zagranicznej, gdy opiniowano kandydaturę Tomasza Arabskiego na ambasadora RP w Madrycie. Wyszło, jak wyszło. Następnym delikwentem do obróbki w ogniu smoleńskim okazuje się Radosław Sikorski.

Wyraźnie prezes to powiedział w wywiadzie dla Niezalezna.pl. Powiedział i pogroził, bo jak odczytywać zdania: ”Trzeba zadać pytanie o to, czyim on (Sikorski) w gruncie rzeczy jest ministrem (…). Sądzę, że przyjdzie taki czas, kiedy będziemy mu to pytanie bardzo konkretnie stawiać”.

Nie dziwię się Sikorskiemu, że przebiera nogami. Minister uważa się za szefa resortu dyplomacji polskiego rządu. Kaczyński jednak uważa, że jest inaczej. Jakiego rządu i państwa jest ministrem Sikorski?

To pytanie mogłoby być obstawiane u bookmacherów. Prezes PiS Polskę postrzega jako kondominium niemiecko-rosyjskie. Na dwoje babka wróżyła, Sikorski może być nawet Niemcem (ministrem niemieckim), pochodzi z Bydgoszczy, gdzie aktywna była V kolumna. Może być Rosjaninem, wszak był korespondentem wojennym w Afganistanie i tam Rosjanie mogli go przerobić. Tam także miejscowi partyzanci dostali do strącania sowieckich samolotów właśnie te stingery.

Może tym tropem biegnie myśl Kaczyńskiego, jak na Sherlocka Holmesa przystało, więcej po śladach dostrzega, niż my, szaraczkowie.

Sikorski też czuje się nieswojo, bo nie wie, czy prezes trafił, czy tak sobie ku uciesze pospólstwa insynuuje. Minister dyplomacji via media przedstawił Kaczyńskiemu propozycję: - Prosiłbym pana prezesa Kaczyńskiego, żeby zaprzestał tchórzliwych insynuacji, tylko jak mężczyzna powiedział: „tak-tak, nie-nie”, a ja wtedy obiecuję, że dam mu szansę udowodnienia swoich zniesławień w sądzie.

Wiele w tej kwestii, jak i ramach strategii smoleńskiej, będzie podane 10. kwietnia. Zapowiada się huczny festyn żałobny z wieloma atrakcjami, o których my, szaraczkowie nie mamy pojęcia.

Mam nadzieję, że znowu nie spali prezes na panewce, jak zmokły kapiszon.

Strajk, który generalnie nie wyszedł

Polityka to ciężki kawałek chleba. Przekonali się o tym Piotr Duda, szef „Solidarności” i Paweł Kukiz. Strajk generalny na Śląsku, który trwał dwie godziny, może trzy, cztery, wkurzył ludność tubylczą, bo komuś nie chciało się pracować w transporcie (w komunikacji miejskiej i na PKP), choć paru kolesiom na ciepłych posadkach udało się w cieple gabinetu sformułować żądania (płacowe oczywiście).

Duda i Kukiz przyszli pod Urząd Wojewódzki w Katowicach, aby konsumować politycznie „strajk generalny”, raptem zjawiło się 300 ludzi.

A że mamy zimę (kalendarz też leci w bambuko z wiosną), więc musieli wspomagać biciem pod pachami: „Strajk wyszedł bardzo dobrze, lepiej niż oczekiwaliśmy”.

Czyżby oczekiwali na 200 ludzi przed UW, a przyszło „aż” 300, czy strajk „generalny” rozszerzył się na Czechy, a tam polskie media nie zaglądają? Dudzie i Kukizowi skok na politykę najwyraźniej nie wychodzi. Wraz ze „strajkiem generalnym” marzenia o Wiejskiej należy odłożyć do jakiegoś pawlacza, gdzie wstyd nie sięga.

Dobrze, że Duda z Kukizem nie przyszli z tabletami, z których wszak mógł przemawiać jakiś kandydat na parapremiera rządu technicznego. Aż tak daleko nie zaszli – to znaczy nie zaszli na Wiejską, tylko pod UW w Katowicach – więc nie potrzebują takiego paralizatora w tabletach, aby zaklinać rzeczywistość.

Jak dyplomatycznie określił rzecznik PKP: „strajk był dotkliwy, ale niczym z grudniowym chaosem, gdy połączenia regionalne przejmował spółka Koleje Śląskie”, albo gdy zadyma śnieżna spowodowała nieprzejezdność trakcji.

Duda z Kukizem nie dogadali się z aurą, choć ta jest zimowa, a nie jak kalendarz podaje – wiosenna. Dudzie trochę się dziwię, wszak „Solidarność” ma tradycję strajkową – mógł zasięgnąć języka u Lecha Wałęsy – a Kukiz mógł spojrzeć na tę „czerń” 300 osobową pod UW w Katowicach i z rozrzewnieniem westchnąć: kiedy to tylu ludzi przychodziło na moje koncerty. Gdyby Kukiz był praktykującym muzykiem, a nie obibokiem estrady, mógłby sprzedawać im swoje płyty.

Duda powinien przemyśleć swoją strategię i powrócić do stołu rozmów z rządem. W 2013 roku na 5 posiedzeń prezydium Komisji Trójstronnej był tylko raz, a na trzy posiedzenia plenarne tej samej komisji nie raczył się zjawić ani razu.

Rozumiem Dudę, był zajęty przygotowaniem do strajku generalnego, ciężka robota. Duda powinien się liczyć z tym, że to Donald Tusk się zbuntuje i przystąpi do strajku generalnego. A wtedy może zabraknąć nawet tego placu przed UW w Katowicach, gdzie mógłby ogłosić zwycięstwo strajku generalnego.

Squaw Terlikowskiego

Chciałoby się zapytać, czy żona Tomasza Terlikowskiego, Małgorzata, to żona taliba? Terlikowski to niewątpliwie fundamentalista medialny, na której to wartości stał się rozpoznawalny. Fundament katolicki zdobi go, jak szaty duchownego, to więcej niż ksiądz, to cywilny biskup celebryta.

Ciężko na to pracował i wśród celebrytów jest rozpoznawalny. Nawet twarzy nie musi otwierać, aby domyślić się, co ma do powiedzenia. Jego wypowiedzi stają się coraz nudniejsze. Dlatego ich autor jest coraz bardziej zaciekły, bo na rynku mediów trzeba walczyć, aby swoją pozycję potwierdzać, a więc być wyraźniejszy i wyraźniejszy: prosty, prostacki, bez mała w wyrażaniu myśli wulgarny.

Zdaje się, iż ta droga wymusiła na nim, iż wypchnął żonę z mieszkania, aby poświadczyła to, co stoi za wyznawanym przez niego w mediach fundamentem. Wartości rodzinne i katolickie (chyba winno być to wymienione w odwrotnej kolejności).

I co się dowiedzieliśmy z wywiadu Małgorzatą Terlikowska w „Wysokich Obcasach”? Niby nudny, nic nowego, żona biskupa. A jednak poskrobawszy, dowiadujemy się sporo. Może nie tyle, co od Danuty Wałęsy o Lechu. Jeszcze Krystyna Janda nie zrobi z tego przekazu artystycznego, ale gdy Terlikowski się postara, to kto wie.

Może Terlikowski natchnie swoją pasją publicystyczną żonę? Może. W każdym razie nudy w wigwamie Terlikowskich o czymś świadczą. Mąż walcząc o fundamenty w świetle mediów, spijając ich blichtr, wraca do domu z wewnętrzną dumą, naładowany pozytywną energią, w tym katolicką. I z rozpędu chce poszerzać też wartości katolickie, rodzinne. Ilość chce przekuć na jakość, domaga się od Małgorzaty (jak Faust), aby dalej zaświadczać o wartościach, o których inni słyszeli, a żona niekoniecznie, bo na głowie ma czwórkę dzieci.

Tym zaświadczeniem byłoby piąte dziecko. Tomasz chce piątego, a żona na razie nie wyraża zgody. Ale że mamy do czynienia z wigwamem katolickim, od Małgorzaty dowiedzieliśmy się, że jak na squaw przystało, jeszcze nie wyraża zgody, ale to kwestia czasu. Zgodzi się w którymś momencie molestowania wartościami katolickimi.

Napisałem wyżej, że Terlikowska nie powiedziała tyle o Terlikowskim, co Wałęsowa o Wałęsie. No, właśnie – może powiedziała więcej, jak każda dobra narracja ma drugie i trzecie dno. Najważniejsze w niej jest to, co płynie ukrytym nurtem, co jest głębią.

Mianowicie, mąż celebryta, którego pióropusz wartości w kraju jest rozpoznawalny, nie może powiedzieć, że jego życie jest szare, że zostało zmarnowane. Jak na myśliwego do domu przynosi całe fury trofeów i domaga się tylko jednego, wyznawanego blichtru wartości. Piątego dziecka, bo w takim jest sztosie. A Małgorzata zmęczona, negocjuje, może dałby jej spokój, jak squaw się do niego odzywa, może spocznie na macie.

Terlikowski może osiągnąć sukces w negocjowaniu piątego dziecka. Drugi, trzeci raz wypchnąć żonę do blichtru, a samemu wziąć na barki wychowanie piątego dziecko, pójść na tacierzyński, ten argument negocjacyjny może skłonić Małgorzatę, iż w wigwamie Terlikowskich pojawi się piąta pociecha. Upragnione ukoronowanie wartości katolickich.

Do przodu, Fauście!

Palikot popiera hipokryzję prawa

Co popiera Janusz Palikot, zdaje się nie wiedzieć on sam. Zmęczony bywaniem w mediach, nie panuje nad słowami, wymykają mu się w toku peror, polityk popadł w chorobę zawodową: logoreę, słowotok.

I tak się stało w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”, w którym zauważył, że inicjacja seksualna 13-latków jest jednym z przykładów hipokryzji polskiego prawa. Palikot powiązał seks z prawem. Dorzucił jeszcze etykę, moralność (hipokryzja).

Miał do tego prawo, nie takie wiązania przeprowadzali politycy. Przynajmniej publicyści mają o czym pisać. I piszą. Oraz odzywają się politycy, bo to łatwe do słania gromów na Palikota.

Chyba, że Palikot popiera hipokryzję prawa, to wówczas sprawa się komplikuje, ale nie trzeba tokować u Olejnik o seksie 13-latków. Powiedzieć wprost: jestem za hipokryzją prawa, a przeciw pedofilii.

Żaden polityk w kraju tego nie mówi, że się podoba mu hipokryzja prawa, nawet tak odmienne osoby, jak Tomasz Terlikowski i Joanna Senyszyn, które zakrzyknęły w jednym chórze: to pedofilia, co proponuje Palikot.

A Palikot wszak tego nie powiedział, tylko stwierdził o hipokryzji prawa w kwestii inicjacji seksualnej 13-latków. Z tego jego akolita Andrzej Rozenek wyciągnął wniosek, że hipokryzja prawa nadaje się do zastosowania wobec tak odmiennych postaci, jak Terlikowski i Senyszyn i postawił ich plus kilka innych osób, przed hipokryzją prawa.

Terlikowski i Senyszyn mogli te hipokryzję prawa powiązać z hipokryzją ordynacji wyborczej dla 16-latków, którą wszak nie można nazwać pedofilią wyborczą (aż takich kreatywnych umysłów narracji nie posiadają), ale można zaliczyć do poszerzenia pola walki. W Polsce ten termin politologiczny jeszcze nie jest zbyt rozpowszechniony, ale na świecie używany.

W tym aspekcie można odczytać, że Palikot szykuje sobie elektorat, który nie może być jeszcze używany, gdyż to zalatuje przestępstwem.

Tymczasem Palikot popiera hipokryzję prawa.

Tomasz Lis bierze na klatę Hienę Roku

Tomasz Lis bierze na klatę nominację do Hieny Roku. Jeżeli przyjrzymy się członkom szacownego jury (zarząd główny SDP), które wydało decyzję o nominacji, to nie dziwię stanowisku naczelnego „Newsweeka”, iż przyjmuje „to ze spokojem, a nawet niejakim rozczuleniem”.

Jednak muszę zadać to pytanie: jak środowisko dziennikarskie dopuściło do tego, że we władzach są Krzysztof Skowroński, Agnieszka Romaszewska-Guzy i Piotr Legutko, którzy wszyscy razem wzięci i pomnożeni przez dwa, nie dorównują talentowi i wkładowi z żurnalistykę Lisa.

Ano, to jest Polska właśnie. Lisa spotkało to wyróżnienia za okładkę „Newsweeka” (z 25 lutego), na której gość w sutannie trzyma w jednej ręce różaniec, a głowa dziecka jest usytuowana na wysokości jego krocza.

Była to ilustracja do tekstu o pedofilii w polskim Kościele. Raczej nikt nie wątpi, że duchowni dopuszczają się tego przestępstwa wobec nieletnich wiernych. A jeżeli się dopuszczają, to niszczą młode osobowości na zawsze, bo guzik prawda, że kogoś można metodami psychoanalitycznymi wyleczyć z traumy, która jest konsekwencją takiej „zbrodni” na konstytucji psychicznej dziecka.

Mam drugie pytanie: jak zilustrować na okładce pedofilię duchownych? I tak ta okładka była w miarę subtelna, metaforyczna i informująca o kondycji dzisiejszego polskiego Kościoła w sposób alegoryczny.

Ba, Kościół nie jest w stanie załatwić tego problemu sam. Jak w USA i Irlandii będzie musiało pomóc mu państwo. Nie wątpię, że prędzej, czy później tak się stanie. Acz powstają nadzieje (może nie bezpodstawne), że wkład wniesie papież Franciszek, który już wprowadził stan lęku w szeregach kleru.

Póki co, to dziennikarze muszą krzyczeć o tym problemie i innych nadużyciach. Krzyczeć! Bo to jest zbrodnia. Zresztą Kościół w Polsce jest poza kontrolą i wiele „grzechów” dopiero teraz przy Franciszku będzie wychodziło na wierzch. Kościół już dawno nie „produkuje” wartości moralnych, które miałyby zastosowanie w „zmieniającej się postaci świata” (a jest to zalecenie ze Starego Testamentu).

Od obnażenia mechanizmów grzechów, manufaktury anachronicznych wartości, które nijak się mają we współczesności, są dziennikarze. Mają krzyczeć, a okładka „Newsweeka” nawet nie zbliżyła się do alegorii Muncha, jest zbyt subtelna.

Lis jest zbyt dobrym dziennikarzem, aby nie przyjąć na klatę tego kiepsko wymierzonego zagrania, wystarczy, że piłka po przyjęciu spadnie mu na nogę i takiego strzeli gola, że dziennikarz Skowroński będzie mógł tylko rzec: – Nic się nie stało!

Polski Fox na żywo – czekanie do maja

Oczekiwałem, że już za dwa tygodnie poznam smak telewizji, która stoi „po stronie prawdy”. Struna mojego oczekiwania została przeciągnięta o kolejny miesiąc, polski Fox startuje w maju.

Wytrzymam.

W zamian strona internetowa Telewizjarepublika.pl dawkuje napięcie w postaci informacji o ramówce. Dziennikarze niekoniecznie będą zajmowali się tym, na czym najlepiej się znają. Taki Cezary Gmyz nie będzie propagował trotylu, ale prowadził „Kuchnię polską”. Nie może być inaczej, w tym kanale wszystko będzie polskie.

Zawodowi telewizyjni kucharze mogą spać spokojnie, Gmyz nie zrobi im konkurencji. Robert Makłowicz może jeździć za granicę, gdzie chce i pichcić choćby na antypodach. Gmyz zajmie się wszakże podniebieniem Polaków, a także rozmowami przy gotowaniu, w trakcie spożywania i trawienia. Acz nie jestem pewien, czy te rozmowy nie będą trotylowe, wybuchowe, bo gdy ruskie pierogi spotkają na sąsiednim talerzu karpa po żydowsku, czy nie wyniknie jakiś pogrom. Program jest reklamowany także plackiem po węgiersku, który „wyda śmiertelny bój fasolce po bretońsku”. Rozumiem, że należy odczytywać: Orban kontra Hollande – wiadomo, kto zwycięży. Bez trotylu jednak w takim boju się nie obędzie, jakieś przyprawy trzeba dodać, a kuchnia węgierska jest na ostro.

Oczekiwałem z napięciem reportażu z wyprawy na Węgry, na które delegacja pojechała ze sprzętem telewizyjnym. Ale żadnej relacji z uroczystości Orbana nie będzie, bo premier Węgier wziął i wszystko odwołał, zima stanęła na przeszkodzie. Mróz, zawieje śnieżne, ale powrót był reportażowy. Szyny pod wpływem aury się rozstąpiły, a może nawet spiskował minister Sławomir Nowak. Tomasz Sakiewicz, szef wyprawy śladami Józefa Bema zapowiedział nawet jakiś pozew przeciw Intercity. Węgry okazują się „twórcze” dla rodzimej twórczości, relacja ze spisku kolejowego może na ścieżce dźwiękowej mieć podłożony utwór Niemena „Bema pamięci rapsod żałobny”.

„Czemu cieniu odjeżdżasz, ręce załamawszy na pancerz” i w tym momencie facjata Nowaka. Telewizja Republika jeszcze nie działa, a na brak materiałów i pomysłów nie narzekają. Czekam niecierpliwie na polski Fox. Właśnie, przydałby się także jakiś patriotyczny stand-up, np. „Polski Fox na żywo”.

Wytrzymam do maja.

Ruch Palikota, a może Ruch Kwaśniewskiego

Sondaże jak sondaże: chorągiewki na wietrze publicznej opinii. PO przed PiS. Chyba, że PO przy lądowaniu – jak w skokach narciarskich – zachwieje się, wówczas punkty są odejmowane i PiS jeden raz udało się minimalnie wyprzedzić partię Donalda Tuska.

Bardziej interesująco jest za plecami faworytów, którzy powinni oglądać się za siebie. Do kadry Ruchu Palikota wskoczył zawodnik, który bez treningu osiąga to, co inni robią na wiecznym dopingu. Aleksander Kwaśniewski skoczył bez trzymanki i proszę – Ruch Palikota (Europa Plus) od razu znalazło się na podium.

Niezrozumiałym może być, iż w sondażu „co by było, gdyby wybory miały się odbyć w niedzielę”, Ruch Palikota ledwie przekracza próg wyborczy, a gdy ta sama partia zamienia się na Europę Plus, którą elektorat słyszy Ruch Kwaśniewskiego, zamienia się w lwa sondażowego. W sondażu GfK Polonia Ruch Kwaśniewskiego (a może Europa plus Kwaśniewski) zyskuje w tej chwili 15%, a może liczyć, gdyby doplusowali Włodzimierz Cimoszewicz i Ryszard Kalisz, na 21%.

Wystarczy, że Kwaśniewski poruszy palcem w bucie, powie cokolwiek do sitka, że „może wrócić do polityki”, a byt polityczny, który jest potencjalnym, bo tak naprawdę nie istnieje, zagraża dotychczasowemu betonowi sceny partyjnej: PO i PiS.

Czy polska polityka jest taka marna? Czy może Polacy oczekują zmian, bo przejadł im się przekładaniec: PO/PiS. A może były prezydent tak hipnotyzuje swoim nazwiskiem, że wystarczy, iż ankieterzy je wypowiedzą, a pojawia się plus.

Janusz Palikot powinien poważnie się zastanowić i nie stawiać na Europę Plus, ale na Ruch Kwaśniewskiego. Chyba, że Kwaśniewski swoje nazwisko traktuje jak znak handlowy i postawi takie warunki, że Palikot ze swoim kontem w rajach podatkowych nie podoła.

Polska polityka jest wybitnie spersonalizowana i niezależna od osiągnięć i głoszonych idei. Politolodzy winni się zająć: dlaczego ten sam Ruch z innym nazwiskiem osiąga diametralnie inne wyniki sondażowe. I czym tak naprawdę mami publikę Kwaśniewski, wszak nie apanażami od prezydenta Kazachstanu.

Festyn na 100 tys. żałobników w 3. rocznicę katastrofy smoleńskiej

Rząd oddał Smoleńsk walkowerem. Trzecia rocznica katastrofy tuż-tuż, a wszystkie uroczystości w rękach PiS. Festyn zapowiadany jest na 100 tys. uczestników. W Warszawie przemarsze w tę i wewtą. W części artystycznej zaprezentowany zostanie nowy raport Antoniego Macierewicza. Poseł PiS zaczynał od noweli z helem, doszedł do rozmiarów powieści z wybuchami. W każdym razie będzie to jego dzieło życia. Trochę zazdroszczę przyszłym pokoleniom, bo „cegła” Macierewicza zajmie poczesne miejsce w dziale: groteska polityczna.

Festyn żałobny zapowiada się imponująco. Do Smoleńska na miejsce tragedii nikt z PiS się nie wybiera, już w tej chwili jest to zapomniane miejsce, zaorane. Bo w katastrofie smoleńskiej przecież nie o to chodzi, że zginęło 96 osób, ale o zyski polityczne, kreację gatunku narracji partyjnej.

W kraju Smoleńsk przez rząd i rozsądek Polaków został oddany walkowerem, bo jak walczyć z tym, co uczynił z katastrofy PiS? Donald Tusk nie znalazł żadnego antidotum, aplikacja w postaci raportu komisji państwowej została odrzucona, organizm PiS jej nie przyjął. Czy w takim stanie chorobowym jakikolwiek organizm może przetrwać?

Za właściwe uroczystości w miejscu katastrofy w Smoleńsku odpowiada minister kultury Bogdan Zdrojewski. Zdziwiło mnie to. Żałoba i kultura? Ale kto miałby w rządzie odpowiadać za uroczystości związane z katastrofą smoleńską? Każde wyjście jest złe. Przynajmniej Smoleńsk będzie chroniony od festynu i nadana mu zostanie powaga.

Pół biedy, że Tusk i rząd oddali Smoleńsk walkowerem. Jak nazwać to, co wyczynia ze Smoleńskiem PiS i prezes Jarosław Kaczyński? Samobóje? Comiesięczny period samobójów?

Jako postać historyczna, którą Kaczyński będzie za kilkadziesiąt lat, zakwalifikowany zostanie do tragicznych polityków, a może nawet makabrycznych, który z tragedii zrobił tragifarsę.

Tego ostatniego nie zazdroszczę przyszłym pokoleniom.

Duda na Platformie do Katapultowania

Po co Piotrowi Dudzie, szefowi „Solidarności”, Platforma Oburzonych, czyżby za mało miał pracy w związku zawodowym, albo roszczeń pracowniczych nie starczało do protestów?

Na zgromadzenie w słynnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej nie wpuszcza polityków, bo ci wnoszą ze sobą struktury i zaplecze partyjne. Politycy opozycyjni dokładnie wnieśliby to, co chce Duda wyrazić swoimi roszczeniami. Spektrum roszczeń opozycji sejmowej jest podobna do spektrum roszczeń Platformy Oburzonych.

Każde roszczenie wobec rządu jest polityczne, a Duda nie chce widzieć w Sali BHP polityków, czyli prosty wniosek z tego wynika: Duda chce się katapultować do polityki. Nie chce robić tego poprzez PiS, bo byłby tylko pistoletem prezesa do używania „rozstrzeliwania” Donalda Tuska.

Duda powtarza gest Mariana Krzaklewskiego. Nie te jednak czasy, partie postsolidarnościowe zajęły scenę polityczną, jedna rządzi, druga jest największą opozycją. Miejsca jest niewiele, a chce się usytuować po prawej stronie. Do tego pcha się w to jeszcze jeden prawicowy podmiot, Ruch Narodowy.

Pomysł z nazwą jest niczego sobie. Skrót zaciemnia sytuację polityczną (PO), a Oburzeni sugerują nowoczesność i lewicowość. Formuła czysto polityczna. Melanż przeciwników rządu Tuska, który gromadzi Duda na swym dziewiczym spędzie, to zbiór od sasa do lasa, który całkiem dobrze przekuwa się w szeroki partyjny program. Na razie tylko Paweł Kukiz jest ukształtowanym celebrytą ze skromnym manifestem jednomandatowych okręgów wyborczych.

Sala BHP wydaje się odpowiednią platformą do katapultowania na orbitę polityki, ma świetną tradycją. Podczas spędu należy nadać im jakieś lepiszcze strukturalne i personalne.

Zobaczymy więc Dudę na Platformie Oburzonych, skąd będzie się katapultował na orbitę politycznych roszczeń, a te są oczywiste. Być kimś ważnym, aby was, Polacy, uszczęśliwiać swoim rządzeniem dla waszego dobra.