Drybler Tusk i Gowin w atakującej obronie

Donald Tusk fundnął sobie porażkę na własne życzenie. Ta porażka nie dotyczy tylko jego, ale partii rządzącej. Premier jest jednym z lepszych w kraju socjotechników, więc można spojrzeć na tę porażkę przez inny okular. Mianowicie, aby zapobiec głębokiemu kryzysowi, kryzys się wywołuje. Tusk świadomie go mógł wywołać.

Platforma w kryzysie jest od dawna. Do kryzysu programowego doszedł kryzys sondażowy – zarówno kiepskie notowania PO, jak i Tuska. Aby nie pójść na dno, wierchuszka PO wymyśliła wcześniejsze wewnętrzne wybory. Ktoś naprzeciw Tuska musiał (a w każdym razie powinien) stanąć. Wyzwanie podjął Jarosław Gowin. A mógł to zrobić jeszcze Grzegorz Schetyna. Można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby dzisiaj Platforma, gdy ta trójka ścigała się o fotel przewodniczącego.

Kryzys programowy PO (niemożność przyjęcia ustaw in vitro, związków partnerskich, ustaw okołokościelnych, itd.) skutkował w sondażach i postrzeganiem Tuska, jako kiepskiego menadżera rządu i włości Platformy.

Tuska czeka jeszcze gorąca jesień. Tradycyjnie Kaczyński będzie deptał w miesięcznice smoleńskie ze swoim „zamachem” i mojżeszową „drogą do prawdy” przez pustynię „Wina Tuska”, na domiar złego uderzą w rząd związki zawodowe i to centralnie, w Warszawie.

Tusk chciał legitymacji walczącego przed roszczeniami, a może nawet pozbycia się prawego skrzydła w Platformie, aby ono skonstruowało jakąś przeciwwagę dla PiS. W czasie kampanii wyborczej wszak Gowin skonstruował jakiś program republikański. Nieprzypadkowo „republika” w ustach Gowina tak silnie była artykułowana.

Gowin wraz z Przemysławem Wiplerem i Pawłem Kowalem mogą stworzyć cywilizowaną prawicę, która nie wyprze PiS ze sceny politycznej, ale partię Kaczyńskiego mogą osłabić.

Wszystko powyższe to tylko dywagacje i „pobożne życzenia”. Znaczyłoby to, iż PO będzie przesuwała się w lewą stronę sceny, a przynajmniej liberalizmu, o którym w kraju już zapomniano. Bo tak naprawdę nie mamy lewicy, wszak SLD jest partią sentymentu PRL-owskiego.

Wybory w PO to był drybling Tuska – nadal w kraju na politycznym boisku jest Lionelem Messi – Gowin atakował, ale tylko na własnej połowie. Co to więc za atak, acz z takim przeciwnikiem może czegoś się nauczył i gdy stanie w walce z Kaczyńskim o ten sam elektorat (plus Wipler i Kowal), coś uszczknie z elektoratu „katolicko-patriotycznego”. Coś. Wówczas mógłby ogłosić się zwycięzcą.

Prof. Bauman rezygnuje z doktoratu honoris causa, wykładowcy apelują o zmianę decyzji

Prof. Zygmunt Bauman zrezygnował z doktoratu honoris causa, jaki miał otrzymać w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Napisał do rektora, iż nie chce, aby doszło do takich zdarzeń, jak w czerwcu na Uniwersytecie Wrocławskim, gdy w stronę wybitnego socjologa neofaszyści z NOP wraz z kibolami krzyczeli „Wypier…” i „Norymberga dla komuny”.

Bauman nazwał te protesty „niepotrzebną wrzawą”, zwłaszcza po wpisach w internecie na prawicowych portalach. Skrzykiwali się w nich, aby zakłócić przyznanie doktoratu honoris causa: „Musimy tam iść dużą gromadą. Niech ten stary komuch znowu narobi w gacie”.

Dwójka wykładowców z DSW – dr Mirosław Tryczyk i dr Monika Spławska-Murmyło - zwróciło się do prof. Baumana z dramatycznym apelem, aby zmienił decyzję. Aby nie rezygnował z nadania doktoratu honoris causa. Wykładowcy piszą: „Panie Profesorze, drodzy studenci, wrocławianie, Polacy, jest źle. Tak naprawdę jest tak fatalnie, że gorzej już być nie może”.

List dwójki wykładowców wyczerpuje wszystkie znamiona opisu publicznego zła, z jakim mamy do czynienia w dzisiejszej przestrzeni. Ten list powinien być czytany, jako homilia, jako odezwa do wszystkich, którym zależy na wolnej przestrzeni kultury, nauki, życia publicznego i politycznego.

Zacytuję kilka akapitów, całość listu jest dostępna tutaj.

W wolnej Polsce wielka postać międzynarodowej humanistyki, osobowość świata nauki i kultury, człowiek, który za swój wkład w rozwój nauk społecznych powinien być hołubiony w Polsce jak mało kto, odmawia przyjęcia tytułu naukowego największej prywatnej uczelni na Dolnym Śląsku, bo stał się obiektem ataku za to, że jest Żydem, oraz za to, że w młodości popełnił błąd, służąc w oddziałach KBW na stanowisku kancelisty.

Nie wahamy się tego nazwać końcem demokracji i upadkiem wolności. Co mogą zrobić jeszcze bardziej spektakularnego środowiska neofaszystowskie niż to, co właśnie udało im się osiągnąć, czyli uniemożliwić wyższej uczelni wręczenie tytułu naukowego nie w nagrodę za czyjeś „życie”, ale za dokonania naukowe?

Przecież to zamach na jedną z podstawowych wolności, wolność nauki. Udawało się tego dokonać Kościołowi przez całe stulecia epoki średniowiecznej i późniejszych, kiedy to za swoje poglądy uczeni trafiali na indeks ksiąg zakazanych czy nawet stosy, ale nawet wtedy nie zakazywano nadawania tytułów naukowych za pochodzenie narodowe i za czyny polityczne czy niepolityczne, zwyczajnie głupie, bo młodociane.

Co środowiska neofaszystowskie i kibolskie mogą w sensie politycznym zrobić jeszcze gorszego? Pomaszerować na Warszawę w marszu czarnych koszul, by obalić rząd? W pełni skutecznie już i bezkarnie blokują nominacje naukowe w Trzeciej Rzeczpospolitej, zastraszają intelektualistów, przerywają wykłady, biją na ulicach, nieustannie łamią Konstytucję, nawołując do nienawiści na tle rasowym i religijnym. To się już dzieje, co będzie dalej?”

Te środowiska dostają wsparcie polityczne i publicystyczne wydawałoby się poważnych polityków i publicystów, którzy neofaszystów i kiboli usprawiedliwiają, a nawet nazywają to niepokornością lub opatrując podobnym eufemizmem. Piotr Semka w najnowszym numerze „Do Rzeczy” takie wprowadza wartościowanie: „Przy okazji walki z ekstremizmem prawicowym chce się w Polsce zdezawuować antykomunizm. Jeśli prokurator uznaje, że hasło – Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę- jest wzywaniem do czynnej przemocy, to żadnego frontu porozumienia w walce z prawdziwym ekstremizmem nie będzie”.

Semka uważa, że kibole wyrażają swoje patriotyczne poglądy, Ruch Narodowy jest pośrodku, groźni są tylko bandyci atakujący mieszkania imigrantów. Pewnie dlatego groźni, bo jeszcze nie zorganizowani, a więc nie można ich politycznie wykorzystać, jak do akcji na Uniwersytecie Wrocławskim, po której to „niepotrzebnej wrzawie”, wybitny socjolog zrezygnował z doktoratu honoris causa na DSW.

Jest fatalnie, bo wiele umysłów w Polsce jest zaćmionych, przesiąkniętych polityczną nienawiścią, a więc usprawiedliwiających brutalne i brunatne czyny skierowane w stronę przeciwnika (czyt. wroga).

Jak poseł PO urabia braci Karnowskich

Bloger Grzegorz Jakubowski przyłapał braci Karnowskich (faktycznych właścicieli tygodnika „W sieci” i portalu wPolityce) na gorącym uczynku – jak to nazywa – prostytucji dziennikarskiej. Dzisiaj Karnowscy znani z tego, iż nieprzytomnie walą w Donalda Tuska i rząd, takimi nie byli w przeszłości.

Jakubowski analizuje wybory polityczne Karnowskich i dochodzi do takiej konkluzji:

Sympatie polityczne Karnowskich ulegały wielokrotnej przemianie w ciągu ostatnich kilku lat. Od pozytywnych opinii na temat Prawa i Sprawiedliwości i Jarosława Kaczyńskiego, przez krytykę IV RP i sprzyjanie Platformie (Michał Karnowski na łamach Dziennika), po niedawny powrót do obozu propisowskiego. Ciekawy jest natomiast fakt, że prawie wszystkie artykuły z okresu, gdy Michał Karnowski krytykował IV RP zniknęły z sieci i archiwów internetowych „Dziennika”. (…) Wszystkie te teksty zachowały się w bibliotekach. Także te w których Michał Karnowski z sympatią pisał o nadchodzących rządach Donalda Tuska.

Blogera „natchnęło” to, iż w tygodniku „W sieci” – cierpiącym na brak reklam – pojawiają się reklamy Cedrobiu, której to firmy szefem rady nadzorczej jest najbogatszy poseł PO i w Sejmie, Mirosław Koźlakiewicz.

Znany jako „Król Drobiu”, Koźlakiewicz ma poważne problemy z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym, o czym została powiadomiona marszałek Sejmu Ewa Kopacz. Koźlakiewicz złamał ustawę sprawowania mandatu posła i senatora, ponieważ prowadzi działalność gospodarczą na państwowych gruntach dzierżawionych od Agencji Nieruchomości Rolnych. Biuro Analiz Sejmowych potwierdziło podejrzenia CBA.

Bracia Karnowscy Koźlakiewicza nie ruszają, a zwykle co jest związane z Platformą, ogłaszają jako aferę nad aferą i wieszczą rychły upadek rządu. „Król Drobiu” przynosi tygodnikowi „W sieci” szmal, jako jedyny obok sponsora, SKOK-ów.

Karnowscy uprawiają prostytucję dziennikarską, a Koźlakiewicz w ten „subtelny” sposób korumpuje ich. Wycisza nieprzychylne prawicowe media. Interesy medialno-polityczne są ponad podziałami politycznymi, a to nie tylko wspomniana prostytucja i korupcja, ale wspólne psucie przestrzeni publicznej.

To zgnilizna. Pasożytowanie na profesji dziennikarskiej i politycznej. W jakim my kraju, żyjemy, cholera – że strawestuję Jacka Żakowskiego.

Rostowski jako potwór z Loch Ness

Jacek Rostowski w bieżącym sezonie ogórkowym robi za potwora z Loch Ness. Na wody rekonstrukcji rządu Donalda Tuska wyruszył najpierw Reuters, powołując się na 3. świadków, którzy widzieli/słyszeli dinozaura z parku jurajskiego..

Za Reutersem swoje czułki wystawiły pozostałe media, bo nie może im umknąć taka ryba medialna – potwór Rostowski z rządu Tuska (pardon: z Loch Ness).

Rząd Tuska wobec tego stał się Loch Ness, bo kto to widział – wszędzie kryzys, a my nie jesteśmy zieloną wyspą. Potwór Rostowski przyjął różowe założenia budżetowe, a powinien ciemne, jak wody Loch Ness (przepraszam: rządu Tuska).

Na brzegach Locha Ness – czyli bliskiego upadku Tuska – ustawiła się, jak zwykle, bystra obserwatorka wszelakich toni politycznych: Jadwiga Staniszkis. Przeciekającej łajby użyczył jej portal prawicowy braci Karnowskich, który słynie z dziadowania (jak to kiedyś akuratnie określił prof. Wojciech Sadurski). W zamian prof. socjolog orzekła: potworem na wodach Loch Ness nie jest Rostowski, ale występują w nim mniejsze potworki, jak Barbara Kudrycka, Krystyna Szumilas, Bartosz Arłukowicz, Joanna Mucha i Marcin Korolec.

Pani Profesor, to nie potworki, to piranie. Staniszkis tradycyjnie uważa, że potworem i to wielkości Loch Ness jest właściciel tegoż jeziora, Tusk.

Wędkarz, któremu jakoś ryba nie szła, a obecnie obserwator, do którego zgłaszają się media, aby zapytać: Co tam panie w polityce słychać, jest Roman Giertych. On też ustawił się nad brzegami rządu z Loch Ness i wypowiedział się o dryfowaniu potwora. Otóż potwór Rostowski zostanie wymieniony na potwora Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Za Reutersem nawet wyruszył członek rządu Loch Ness i to koalicjant, Janusz Piechociński. Uspokoił wzburzone fale medialne, rzucił na żer jakąś płytę kwadratową płytę chodnikową i zadał pytanie Sfinksa: Jak to jest, rzucam kwadrat, a fale rozchodzą się okrągłe? „Rozstrzygnięcie, czy potwór Rostowski zostanie w rządzie, zapadnie w listopadzie”.

Panie wicepremierze! Listopad to okres pamięci narodowej, okres, gdy mogą nastąpić mrozy patriotyczne i Loch Ness pokryje się lodem. A my Polacy chcemy – już, już – zobaczyć tyranozaura Rostowskiego, a najlepiej Tuska.

Klęska literatury

Pisarze uciekają z Polski, albo od pisania. Sławomir Mrożek dwa razy z kraju uciekał. Raz, bo musiał – w PRL-u. Drugi – w Polsce suwerennej, kiedy nie musiał. Oczywiście, są to sytuacje o wiele bardziej skomplikowane. Tak jednak układa mi się spojrzenie w dniu, gdy dowiedziałem się o jego śmierci.

Mrożek w PRL-u to była codzienność. Mówiło się, jak z Mrożka. Choć to był pisarz arystokratyczny. Jego język takim był, jego przekaz narracyjny, który szukał drugiego, trzeciego i czwartego dna. Były to piekła naszej egzystencji. Kręgi piekielne, jak u Dantego.

Nauczyliśmy się w tym piekle żyć, przystosowaliśmy, a nawet chwaliliśmy. Nie chwaliliśmy piekła, ale nasze życie codzienne, bo to było nasze życie, nasze radości. Inaczej nie można żyć.

Ale Mrożek się nie radował, on był z innego świata. Ze świata wewnętrznego, z którego wszystko widać. Wydawało się, że Mrożek znalazł punkt alfa (z Borgesa), z którego obserwuje świat, Polskę i wszystko pojmuje.

Bo Mrożek wszystko pojmował, dlatego często był dziecinny, bezradny. Był smutnym wielkoludem. Stąpał swoją literaturą i ziemia drżała. Może nie wszyscy odczuwali te drgania sejsmiczne, bo nie każdy jest czuły na Ziemię.

Wstępował do teatru, w którym grano jego sztukę, wchodził do jakiejś garderoby i milczał. Jego obecność wśród innych to było milczenie, do którego dodawał jakiś kwiatek jednego słowa. Jeden z aktorów Teatru Starego w Krakowie miał doświadczyć zdania trzy, bądź cztero-wyrazowego. Nazwał to tyradą. Wielką przemową Niemowy.

Bo wielkolud jest zamknięty w sobie na cztery spusty, na cztery strony świata. Jest bezradny. Nie zapomnę scenki z Mrożkiem, gdy zawitał do innego wielkoluda, Witolda Gombrowicza w Vence (pisze bodaj o tym Kazimierz Głaz), byli głodni, a Rita gdzieś wyjechała. Gotowali makaron, ale i to danie spieprzyli.

Mrożek uświadamia mi, że w Polsce literatura poniosła klęskę. Literatura jest bezradna wobec swojego kraju. Pisać można tylko na obczyźnie. Cała wielka literatura polska powstała na obczyźnie. Tutaj miejscowi nie znoszą literatury i pisarzy. A tematów jest bez liku, codziennie dostarcza je życie publiczne i prywatne.

W Polsce świetnie ma się dar zabijania pisarza. Aby na miejscu napisać narrację, która rozkrawałaby naszą rzeczywistość na sztuki, należy być przygotowanym, że po publikacji rozkrawają cię na sztuki. A pisarz to mimoza, czasami wielka mimoza jak wielki Mrożek.

Mrożek umarł w Nicei, blisko miejsca, gdzie umarł Gombrowicz. Uciekł z Polski, a teraz uciekł z życia. Lecz nie uciekł z literatury, z języka polskiego, bo to są trwałe nieśmiertelne terytoria.

Krzyż Karola Szwalbe w rękach bp. Henryka Tomasika

Karol Szwalbe z bezimiennego komendanta policji w Radomiu stał się niemalże konsekrowanym na terenie swojej diecezji. Oto bp Henryk Tomasik krzyżem Karola Szwalbe pobłogosławił uczestników 35. Pieszej Pielgrzymki.

Wartościowym w nomenklaturze pielgrzymki jest przymiotnik „piesza”. Czym dojechał bp Tomasik na swoje błogosławieństwo krzyżem im. Karola Szwalbe? Czy rowerem – jak zaleca, a zatem wymaga papież Franciszek – a może, jak pielgrzymi: per pedes. A może jeszcze inaczej.

Franciszek ma też do rozstrzygnięcia, czy bp Tomasik zaprowadza nowe porządki liturgiczne, posługując się krzyżem, którego hierarcha nie jest właścicielem, a jest nim Szwalbe, wszak zdjął go ze ścian swojego gabinetu.

Do rozstrzygnięcia jest problem wiarygodności krzyża im. Karola Szwalbe. Czy bp Tomasik miał certyfikat potwierdzający, że to ten właśnie krzyż. A takowy dokument może wystawić tylko komendant policji miejskiej w Radomiu Szwalbe.

Jeżeli nie byłby to ten krzyż – krzyż Szwalbe – bp Tomasik dopuściłby się kłamstwa, szalbierstwa i mistyfikacji. Zdaje się, że hierarcha wie, co powiedział o podobnych postawach moralnych Chrystus i do kogo powiedział.

Nie wiem, do jakiego okresu swoich dziejów dotarł polski Kościół. W literaturze – a dzieje cywilizacji zachodniej posługują się nazewnictwem zaczerpniętym z literatury – po grotesce zwykle następuje burleska, w sztuce filmowej odpowiednikiem tej ostatniej jest komedia slapstickowa.

I nie jestem pewien, czy w tym slapsticku bp Tomasik jest Chaplinem kopiącym w tylną część ciała żandarma? A żandarmem jest komendant Szwalbe, aby trzymać się logiki. Zaś nie podejrzewam, aby bp Tomasik miał świadomość geniusza komedii Chaplina, wychodzi mi na to, iż jest li tylko żandarmem nie swojego krzyża.

W narracji slapstickowej żandarm był i jest pośmiewiskiem. Bp Tomasik sprowadził Kościół i jego symbol na takie ścieżki. Zwykle po kopnięciu, żandarm wpadał w głęboką kałużę, w przepaść, w niebyt. Ten gest liturgiczny – błogosławieństwo nie swoim krzyżem – to zapowiedź kresu, końca „takiej postaci świata”. Jeżeli bp Tomasik jest głęboko wierzący – a powinien – może zapytać wiszącego na krzyżu Chrystusa, czy on, który umarł za grzechy ludzi, odczuwa cios profanacji wymierzony przez hierarchę, czy ten cios go nie boli?

No, ale… Hierarchów mamy takich, jakich mamy, jak bp Tomasik, który pielgrzymujących pieszo błogosławił krzyżem im. Karola Szwalbe. No i czym bp Tomasik odjechał z miejsca błogosławieństwa pielgrzymów pieszych, ze Mstowa k. Częstochowy? Rowerem, czy per pedes?

Tusk i Kaczyński jako taksówkarze

Premier Norwegii Jens Stoltenberg usiadł za kierownicę samochodu i przez jeden dzień robił za taksówkarza. Woził Norwegów i turystów po Oslo, kasując za kurs, ile taryfa wybiła. Choć miał na nosie ciemne okulary, bywał rozpoznany, bo obcując nos w nos z telewizorem, nawet kamuflując się, jak antyterrorysta, szefowi rządu trudno ukryć swoją tożsamość przed elektoratem.

Powód: bliżej ludzi? Nie! Wybory już 9 września. Czego się nie robi i mówi w czasie kampanii wyborczej. Resory sondażowe Partii Pracy lekko siadły, słupek poparcia spadł, Stoltenberg rządzi już 8 lat, więc wyborcom się opatrzył.

Przypomina to coś? Jasne. Ale u nas do wyborów jeszcze szmat czasu, Donald Tusk rządzi już 6 lat. Ale kto wie, jak zachowa się w kampanii wyborczej. Poprzednio jeździł tuskobusem, może przesiądzie się na taksówkę. Lecz opozycja nie będzie próżnować.

Gdyby Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zrobić do tego czasu prawo jazdy i nauczył się parkować przy Nowogrodzkiej, to taki wjazd taksi na Wiejską mógłby mu przysporzyć tych potrzebnych procent, aby samodzielnie rządzić, bo nikt z PiS nie wejdzie w koalicję.

No, a co stałoby się z ochroną, która prezesa rocznie kosztuje przeszło milion zł. Wszak czterech drabów nie posadzi na tylnym siedzeniu. Jest to wbrew prawu, a gdzie miejsca dla pasażerów.

Jako że Kaczyński boi się zamachu na swoje życie, mógłby po Warszawie jeździć czołgiem, ochroniarze robiliby za załogę. Żart? Ależ nie. Gdy myśli się o silnej Polsce, kraj potrzebuje silnej armii, Kaczyński jako czołgista „Rudego”, a za Szarika mógłby robić jego kot, albo Adam Hofman.

Radzę polskim politykom przyglądać się kampanii i wynikom wyborów w Norwegii. Jeżeli Stoltenberg zostanie premierem na kolejne cztery lata, nie zawracać sobie głowy PR-owcami, bo wymyślą to, co inni wymyślili. Szkoda szmalu, budżet ledwo zipie. Jest nadzieja, że niektórym politykom tak spodoba się szoferowanie, że nie zechcą wrócić na Wiejską.

Gargamel Terlikowski

Tomasz Terlikowski dojrzał. Wyrósł z krótkich spodenek i nadrabia zaległości w edukacji kulturalnej. Widział co prawda telewizyjne „Smerfy”, ale bywszy brzdącem niespecjalnie wiedział, co jest w nich dobre, a co złe. Wtulał się w opowieść, jak w pluszowego misia i chłonął magiczną narrację.

Dojrzały Terlikowski inaczej odbiera sequel „Smerfów”, czemu daje wyraz w recenzji na portalu Fronda.pl. Odrzuca magię, patrzy realistycznie.

Nie podoba mu się Gargamel, w którym dojrzał samo zło. Tyle samo widzi w nim zła, ile w nowoczesnej przestrzeni publicznej. Dojrzały Terlikowski jednak nie dojrzał, że jest podobnym do Gargamela w przestrzeni publicystycznej. Także gania z kołkiem osikowym, jak bajkowy bohater i chciałby przyszpilić do ziemi, zesłać do piekła, a to związki partnerskie, a to in vitro i wszelakie odstępstwa od wartości chrześcijańskich. Jest bardziej zdecydowany w uśmiercaniu wampirów nowoczesności, niż sami biskupi, którym powinno szczególnie zależeć, bo nowoczesność uśmierca ich sens zawodu, a więc egzystencji.

Terlikowski nie ma litości dla nowoczesnego społeczeństwa, jak Gargamel. Dojrzał w Gargamelu samego siebie, acz się do tego nie przyznaje. Gdy był dzieckiem przystawał na magię zła, którego gdyby nie było, nie bylibyśmy w stanie rozpoznać dobra.

Dzisiaj dojrzały Terlikowski nie może dojrzeć tego w sobie, co inni w nim widzą, a on rozpoznaje pod omacku za pomocą różdżki „wartości chrześcijańskich”, która wskazuje w zależności, w kogo rękach się znajduje.

Jedyną pociechą dla Terlikowskiego jest jego osobista pociecha, córka, która ojcu przytaknęła z rozpoznaniem, że Gargamel jest złem. Obcuje z podobnym Gargamelem na co dzień. Pociecha Terlikowskiego jest także pociechą dla innych, że wyrwie się z magii wartości chrześcijańskich, dojrzeje.

Terlikowski dojrzał w Gargamelu samo zło, czym potwierdził psychoanalityczną regułę starą, jak świat. Najbardziej jesteśmy niebezpieczni dla siebie, tkwiąc w nierealistycznej ocenie samych siebie. Mając o sobie magiczne, a nie realistyczne pojęcie.

Terlikowski dojrzał metrykalnie, ale nie dojrzał, że czasy się zmieniły. To, co kiedyś było magią, dzisiaj jest realistycznym złem, a kimś takim jest frondysta w przestrzeni publicystycznej, Gargamelem. Przynajmniej jego córka potrafi się przed nim bronić, jak to smerfetki mają. To jest pociecha.

Agent Tomek donosi w stylu Woody Allena

Nie wiedziałem, że w komendach i komisariatach wiszą krzyże. Nie bywam. Ale gdybym wiedział, zadałbym pytanie, czy wiszą po to, aby je profanować. Pewnie tak, by następnie uskutecznić jakąś chryję polityczną, że Kościół jest atakowany.

Bo w Polsce Kościół mieści się w krzyżu, dlatego państwo i jego instytucje mają z przedstawicielami Kościoła krzyż pański. Bowiem ci czują się atakowani i wychodzą w proteście, aby „bronić”. Sensu w tym niewiele, jak sensu nie można dopatrzyć się w postawie agenta Tomka, który dostał się psim swędem do najważniejszej instytucji przedstawicielskiej w kraju, Sejmu.

Co przedstawia sobą agent Tomek? Może męskość z remizy, na pewno nie ma za wiele rozumu, co dokumentuje każdą swoją obecnością w sferze publicznej.

Oto doniósł ten „przedstawiciel” na komendanta policji w Radomiu Karola Szwalbe do pięciu instytucji, a mianowicie do: szefa MSW, Prokuratora Generalnego, Państwowej Inspekcji Pracy, Rzecznika Praw Obywatelskich i do Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania.

Nie jest to mój żart, ani tego tekstu nie piszę dla żadnego kabaretu, to fakt z życia intelektualnego „przedstawiciela” w Sejmie, agenta Tomka. Jakiś początkujący scenarzysta i reżyser filmowy mógłby z tej postaci wykreować całkiem smaczną fabułę komedii. Byłby pożytek dla narodu z charakterystyki tego „przedstawiciela”, bo śmiech to zdrowie. A może Bartosz Arłukowicz wynająłby agenta Tomka dla schorowanych ludzi, niejeden mógłby wyjść z jakiejś ciężkiej depresji na spotkaniu autorskim z tym „przedstawicielem”.

Nie podlega dla mnie dyskusji, iż sam agent Tomek mógłby robić za epizodycznego bohatera Woody Allena, bo jego donos (do pięciu instytucji w kraju) jest prima sort. Wenę agent Tomek ma taką, jak nad słynną walizką pieniędzy przed akcją CBA, którą jak zwykle nawalił (czysty Allen, p. „Drobne cwaniaczki”):

Wnoszę o podjęcie działań w sprawie ochrony praw policjantów dyskryminowanych ze względu na przekonania religijne tj. wyznawanie wiary katolickiej przez inspektora Karola Szwalbe, który nakazał im usunięcie katolickich krzyży z budynków policji oraz zakazał uczestniczenia w organizowanej przez funkcjonariuszy pielgrzymce do Częstochowy.

Komenda bądź komisariat to kaplica, kościół, zakrystia? A pałka policyjna to kropidło? Pałka policyjna służy do kropienia, ale po łbie przestępców. Policjant w czasie służby nie może się modlić, ani popatrywać na krzyż, bo po pierwsze – nabawi się kompleksów i z niemocy (ukrzyżowanie to przegranie) popadnie w depresję i musiałby się z niej leczyć, a po wtóre – o czym pisałem wcześniej, przestępca mógłby sprofanować, bardzo to lubią, a ponadto komendant Szwalbe nie jest biskupem.

Choć – trzymając się logiki z remizy – jako komendant miejski Szwalbe jest odpowiednikiem biskupa – komenda jest odpowiednikiem kurii – ale „przedstawiciel” agent Tomek nawet w tej kwestii nie trzyma „ruki po szwam” Gwoli przypomnienia elektoratowi, agent Tomek nazywa się Tomasz Kaczmarek. Głosowaliście, to macie.

Franciszek jak Gorbaczow. Czy też skończy, jak on?

Tomasz Lis wierzy, że na czele Kościoła stanął reformator. Nie pisze czy wielki reformator, a jeżeli porównuje go do Michaiła Gorbaczowa, śmiem przypuszczać, iż tak.

Porównanie nie spodoba się prawicy, która zafiksowana jest na „nie” na wszystko, co pochodzi z komuny. Dla prawicy najlepiej byłoby, gdyby komuna trwała, nie istnieliby, ale mieliby przynajmniej czyste sumienia.

Franciszek jak Gorbaczow. Śmiałe. Otwarcie wierzei Kościoła, aby go przewietrzyć z zaduchu moralnego, zakleszczenia cywilizacyjnego, z przekrętów finansowych. Jakby nie patrzył, Franciszek chce darować ludzkości Kościół z ludzka twarzą. Przedsięwzięcie zaiste dziejowe, bo do tej pory w Polsce Kościół ma twarz ojca Rydzyka, w innych krajach raczej Kościołem się nie przejmują, bo w wielu jest już wielkim nieobecnym, jest tradycją, jak we Francji, gdzie zapomniano o Kościele i o Rewolucji Francuskiej.

Na razie Franciszek podoba się mediom. Podobają się jego gesty i uniesienia – dosłownie – jako owo w samolocie, gdy wyraził się o homoseksualistach.

Bardziej mnie interesuje nauczanie Franciszka, niewiele o nim wiem, a to, że ma być jak najbliżej prostego człowieka, też niewiele tłumaczy. Jak sobie poradzi z figuratywnością świata zza cienkiej czerwonej linii, jak z dziewictwem Maryi, z cudami, które np. u nas mają się świetnie, ostatnio udostępniono nawet na tę ewangeliczną okoliczność Stadion Narodowy (za opłatą).

Franciszek z racji przyjętego imienia Kościół widzi ubogim, a w każdym razie jego pasterzy. To nie jest powrót do źródeł, to powrót do otwartości, którą Kościół co pewien czas definiuje (albigensi, katarzy, bogomiłowie), ale zawsze jak przy okazji pierestrojki i głasnosti spotyka się z puczem Janajewa.

Tego się obawiam, że Janajew przyjdzie z jakiegoś silnego Kościoła narodowego, np. z Polski. O. Rydzyk jest zaprawiony w bojach „w obronie” i może zechcieć Gorbaczowa Kościoła usunąć. Ale może być tak, że po Franciszku przyjdzie Jelcyn i podpisze akt niepodległości dogmatów Kościołów, klerowi pozwoli na ożenek, kobiety wpuści do celebry przed ołtarzem. Albo nawet ogłosi zerwanie konkordatów, które wiążą Kościoły w poszczególnych krajach z miejscowymi nacjonalizmami.

Obserwuję tylko Kościół polski. Jedyna nauka, jaką pobrali miejscowi hierarchowie od Gorbaczowa z Watykanu jest, iż ogłosili sierpień miesiącem abstynencji. Gorbaczow też ogłosił, też przegrał, ale przynajmniej zaowocowało w literaturze genialną pozycją „Moskwa – Pietuszki” Wienii Jerofiejewa. Katolicyzm w tej chwili nie ma żadnego porządnego pisarza, ostatni Graham Greene dawno zeszedł. Terlikowski nie pisze, uprawia publicystykę i celebrę medialną – zresztą gdyby zaczął pisać, pożegnałby się ze swoimi wartościami.

A może Franciszek chce zrobić z Kościoła to, co się stało z największym politykiem w dziejach Kościoła Szawłem/Pawłem, zechce olśnić świat za pomocą epifanii. Zrozumiałaby stała się reakcja Ewy Wójciak na Facebooku w dniu, gdy konklawe zakończyła teatrum z dymem z Kaplicy Sykstyńskiej.

Wszystkie metafory związane z Franciszkiem są ryzykowne. Na pewno jest niewygodną postacią publiczną dla każdej ze stron post-ideowego świata, w którym tak naprawdę nie ma lewicy, prawicy, zostały co najwyżej nacjonalizmy, ale Kościół z ludzką twarzą mógłby łagodzić obyczaje.