Śmierć na plebani: ancymonki klękają przed arcybiskupami

Polskie prawo klęka przed klerem. Tylko tak można zinterpretować decyzję prokuratury w głośnej sprawie, jaka miała miejsce na jednej z plebanii w Poznaniu.

Kobieta, kochanka księdza Mariusza G., samotnie rodziła w jednym pomieszczeniu, a ten uciekł do innego, aby słuchać muzyki, zagłuszyć bóle porodowe. Gdy po kilku godzinach wrócił, było po połogu, a noworodek nie żył.

Dopiero wówczas księżulo wezwał pogotowie. Później nastąpiły z wikariuszem przeróżne hece, dał nogę z kraju. Za wiedzą kurii poznańskiej. Został znaleziony przez dziennikarzy na Ukrainie, skąd ciupasem dostarczono go przed oblicze prawa.

Formułowaniem oskarżenia zajęła się miejscowa prokuratura w Poznaniu. I co? Nic. Prokuratura uznała, iż ksiądz zachował się lekkomyślnie. I uwaga: ale nie było to przestępstwem, bo nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia porodowego.

Horrendum. Co na to abp Michalik, albo prof. Andrzej Hoser (Opus Dei)? Jak się ma nauczanie katolickie o płodach, zygotach?

Dalej jest jeszcze ciekawiej? Prokuratura w postępowaniu stanęła przed pytaniem: „Kiedy płód staje się człowiekiem?”

Pewnie dlatego, iż nie było dowodów na to, kiedy dziecko/płód zmarło. W macicy, czy już na świecie?

Nieważne staje się to pytanie wobec innego. Ksiądz zdawał sobie sprawę, że urodzi się człowiek. Przyczynił się do jego śmierci. Nieważne jest, czy był lekkomyślny. Ksiądz był świadomy, że poród bez pomocy akuszera jest narażaniem na śmierć. A to jest do udowodnienia.

Najlżejszy zarzut prokuratorski powinien dotyczyć mimowolnego zabójstwa – przyczynienia się do śmierci płodu/człowieka.

Innym horrendum prokuratury jest stwierdzenie, iż decyzja księdza o niewezwaniu karetki „nie naraziła noworodka na realne niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku”.

Jak to nie naraziła, kiedy płód/dziecko zmarło, zeszło z tego świata?

Zaostrzenie prawa aborcyjnego, które niedawno wyszło na wierzch, z powodu propozycji Komisji Kodyfikacyjnej, w której „płód” miał być zastąpiony terminem „dziecka poczętego”, w tym wypadku nijak się ma do tego, co stało się na plebanii w Poznaniu.

To nie był akt aborcji, to był akt połogu. Prokuratura zajęła się terminologią egzystencjalno-prawniczą, a nie zajęła się przestępczym zachowaniem księdza. Paragrafów na to jest dużo, sąd zająłby się sprawą na wokandzie, czy prokuratorskie zarzuty zostały poprawnie sformułowane. Od formułowania zarzutów na podstawie dostępnych paragrafów – od tej roli odstąpiła instancja oskarżająca. Horrendum.

Politycy klękają przed klerem, prawo klęka przed klerem. Podobno także Bóg klęka przed Michalikiem i Hoserem (arcybiskupami).

Nie mamy polityków, nie mamy prawników, mamy ancymonków klęczących przed arcybiskupami.

Lemańskiego rekurs odrzucony przez Watykan

Gdyby konklawe wiernych w Jasienicy wybierało swego pasterza już po pierwszej turze ukazałby się biały dym, proboszczem zostałby ks. Wojciech Lemański.

Jasienica to jednak nie Rzym. Po drodze jest przystanek „abp Henryk Hoser”. Gdyby Franciszek (Jorge Bergoglio) znalazł się w sytuacji Lemańskiego też może nad jego kandydaturą pojawiłby się biały dym, także napotkałby dekret abp. Hosera, który ukarałby go za nieposłuszeństwo, a nawet za buciory.

Ks. Lemański został odwołany, bo zajmował głos w sprawach swoich wiernych, nie mając gotowej recepty na ich bolączki. Lemański rekursem odwołał się od decyzji zwierzchnika, którego wierni w Jasienicy nigdy by nie wybrali, do watykańskiej komórki (kongregacji) via nuncjatura w Warszawie. I właśnie nadeszła odpowiedź komórki, ks. Lemański nie ma być posłuszny swoim wiernym, ale dyspozytorowi losu abp. Hoserowi, a ten wydał dekret, którego ma przestrzegać.

A jaka inna mogła być odpowiedź?. Ks. Lemański służb dyplomatycznych w tym zhierarchizowanym świecie nie posiada, wierni w Jasienicy chodzą do Kościoła, a nie jeżdżą do Rzymu. Koledzy abp. Hosera w komórce w Watykanie trzymają po prostu z nim sztamę, zresztą mają kogoś takiego nad sobą, jak Lemański, Franciszka.

Kongregacja tak naprawdę odpowiedziała na rekurs Franciszka, któremu nakazała przestrzeganie utartych schematów, tkwić w tym gnuśnym świecie, nie wykazywać żarliwości do świętości życia. Potępiać, a nie być miłosiernym.

Mam nie tylko wrażenie, ale przekonanie, że ci z watykańskiej komórki, jak Hoser i podobni mu hierarchowie, utracili kontakt z osobliwością życia, jego niepowtarzalnością, świętością, wystarczy im papu i lulu, aby nie zakłócana była ich pozycja.

Franciszek miesza im w tym grajdole, jak Lemański namieszał Hoserowi. Lecz to się zmieni, nauki Franciszka dotrą i nad Wisłę, do pałacu biskupa Hosera także. Czy wdzieje buciory, jak Franciszek i Lemański, czy wyjdzie przed pałace, aby nauczać, by ludzie czuli się kochani, a nie odrzuceni. Bo na razie Hoser odrzuca żar działania, uczestnictwo z wiernymi, niepowtarzalność życia, odrzuca dekretem, a w komórce partyjnej w Watykanie potwierdzili tylko tę gnuśność.

Macierewicz nie jest szpiegiem, to pan Jourdain

Antoni Macierewicz nie jest szpiegiem. Powiedział Donald Tusk. Przyznam, że mnie uspokoiło. Kurczę, wiceszef największej opozycyjnej partii działający na korzyść Kremla, czułbym się, jak Zbigniew Herbert przy Oleksym, który wyzwał go na ubitą ziemię.

Uff. Nie jest szpiegiem. Charaszo. A kim w takim razie jest? Premier uspokaja, że jego działania świadczą o ekstrawagancji i braku odpowiedzialności, a nie o złych zamiarach.

Uff. Teraz to mi ciśnienie się podniosło. To wymarzony szpieg – szpieg mimo woli, a przynajmniej agent wpływu. Nie trzeba płacić pożytecznemu idiocie, a zrobi więcej, bo z przekonaniem, nie musi wdziewać maski aktorskiej na twarz. KGB-ista Putin coś o tym wie.

A może Macierewicz to naszej wrażliwej polityki taki pan Jourdain, który przez całe życie polityczne nie wiedział, że mówił prozą szpiegowską, nie wiedział, że tak postępuje jak ewentualni wrogowie Polski sobie życzą.

A to walnie we władze helem, a to wybuchami na pokładzie tupolewa, brzozą pancerną, a na końcu zdegustowany i bezsilny workami śmieci, tudzież rozprutymi parówkami i puszkami po red bullach.

Podkreślam Jourdain, a nie jakowyś Chaplin. Czy to jest ten problem z Macierewiczem?

Nie! Problemem z nim jest, iż pozostaje obecny w sferze publicznej, że zawraca głowę swoją prozą szpiegowską, a to prozą z wątkami lustracyjnymi, a to z raportem WSI, a to z zamachem pod Smoleńskiem.

A honorarium płacimy my, wszyscy Polacy (ile wynosi dieta poselska i biuro poselskie?), plus umowy za dzieło (1,3 mln zł za raport WSI wypłaciło MON) odtwórcy komedii mieszczańskiej z gmachu przy Wiejskiej.

Od takiej komedii wolę slapstick, mogę wyjść z kina, a w razie czego walnąć Chaplinowi w facjatę jakimś tortem, sobie zostawić kawałek do spożycia, bo lubię łakocie i frukta.

Tak więc reżyser naszego życia publicznego Tusk mnie nie za bardzo uspokoił, Macierewicz nie jest szpionem, bo to Jourdain. Mógłby premier zatem zafundować mu lekcje przyzwoitości, etyki, bo na rozum za późno. I nie za nasze.

Katastrofa smoleńska ciągle trwa, katastrofa polityków

Krzysztof Kłopotowski w „Rzeczpospolitej” domaga się dofinansowania „Smoleńska”, filmu Antoniego Krauze, dotacją z PISF kwotą połowy założonego budżetu produkcji – 5,5 mln zł.

Z tego, co wiemy o tym filmie, nijak się ma do katastrofy smoleńskiej. Jest li tylko agitką zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza. Założenie fabularne Krauze czerpie z Wajdy „Człowieka z marmuru”, filmu wszak wybitnego. W postać dziennikarki odtwarzaną przez Krystynę Jandę miałaby być wtłoczona Ewa Stankiewicz, której wiedza o katastrofie smoleńskiej da się opisać, iż wypowiadając się o niej – ostatnio czytałem relację z jakiejś kruchty kościelnej – jest mową z nożem w zębach.

I taki będzie/byłby film Krauzego, twórcy, którego cenię. Dlaczego dał się wpuścić w maliny? Nie wiem. Tylko mogę podejrzewać, iż znalazł się w obozie pisowskim, w którym o katastrofie się nie mówi, ani nie docieka, tylko wrzeszczy. Zakrzykuje.

Kłopotowskiego argumentacje w „Rzepie” pominę milczeniem, bo pisze nie na temat, jak to PO torpedowało („zaciekły opór”) powołanie PISF, a bez braci Kaczyńskich polskie kino byłoby trupem. Argumentacja ni przypiął, ni przyłatał.

Nijak się ma do tematu. Krauze może jest „idealnym twórcą”, ale nie do takiej wymowy narracji, w tym wypadku smoleńskiej.

Jakąś prawdą o Smoleńsku byłby film o tym, jak odkręcane były i są „ustalenia” zespołu Macierewicza i środowisk, które z katastrofy uczyniły polityczne narzędzie. Taki film Krauze mógłby zrobić przeciw sobie. Byłoby to wyzwanie dla niego, jako twórcy. Na pewno nie byłoby to wyzwanie dla jego scenarzysty Marcina Wolskiego, który jest ledwie średniego – i tak zawyżam – lotu twórcą.

Krauze skazał się na przegraną. Nie z tego powodu, że Zdrojewski mu pieniędzy nie przyzna. Nawet gdyby w jakiejś przyszłości miało dojść do realizacji obrazu, będzie to tylko gniot. Jego „Smoleńsk” nic nie będzie miał wspólnego ze sztuką filmową.

Kiedyś może „Smoleńsk” się doczeka wyrazu artystycznego, lecz będzie to dzieło o upadku moralnym polityków. O katastrofie, która zaczęła się 10. kwietnia 2010 roku i skutecznie była przez polityków kontynuowana przez następnych kilka lat (nie wiem, ile lat, bo ciągle ta katastrofa trwa).

Taki film mógłby zrobić Krauze o katastrofie polityków, którzy na katastrofie chcieli ubić polityczny interes, a tylko upodlili na dziesiątki lat wyborców, bo Polacy długo z tego błota smoleńskiego się nie podniosą. Ta trauma smoleńska też jest do opisania.

Takie dzieło powinno powstać i wiem, że powstanie. A pisanie Kłopotowskiego, jak w „Rzepie” będzie tylko marginalnym przypisem w bibliografii smoleńskiej i z adnotacją: ofiara mentalnych skutków katastrofy.

Krzyż jako symboliczna maczuga

W Polsce problemy z krzyżem mają wszyscy. Wierzący (bo muszą go bronić), ateiści (bo jest bronią na nich; maczugą). Z krzyżem ma problem godło Polski, bo nie wiadomo, co jest ważniejsze: orzeł czy krzyż. Z krzyżem problem ma Kościół, gdyż wyprowadzony z miejsca kultu, narażony jest na profanację (pamiętny krzyż pod Kancelarią Prezydenta).

Z krzyżem ma problem historia, tradycja. Był wprowadzony w Polsce, jako emancypacja cywilizacyjna, dzisiaj tej emancypacji jest zaprzeczeniem, bo krzyż z emancypacją płci (gender) zaciekle walczy.

Można byłoby nawet powiedzieć, że krzyż jest nad wyraz żywy. Jednym przeszkadza, drugim służy, jako broń.

Problem z krzyżem wyraziło prawo, gdy sąd apelacyjny w Warszawie oddalił pozew Twojego Ruchu w sprawie obecności krzyża w Sejmie. W prawie nie ma zapisów, iż symbol krzyża jest równy orłu w godle, więc sędziowie uciekli się do retoryki publicystycznej, iż krzyż jest symbolem „pasywnym”. Podobnie kiedyś prawo użyło określenie „pomroczność jasna”.

Oksymoron to językowe kleszcze, także dla prawa takimi kleszczami jest symbol krzyża.

Krzyż już dawno przestał być tym, czym w istocie jest. Miejscem skupienia dla wierzących, konfesją niepokojów egzystencjalnych, zadumą, iż nawet Bóg (Chrystus) przegrywa z człowiekiem, jest przez śmiertelnych mordowany. To nie Bóg morduje, to Boga mordują.

I ten symbol unicestwienia boskości ma za zadanie unicestwiać tych, którzy owemu unicestwieniu nie dają wiary. Krzyż ma unicestwiać dążenie człowieka do doskonałości (postępu), do wolności wyrażania siebie.

Kiedyś krzyż stał się miejsce kaźni dla Boga, dzisiaj krzyż ma powodować kaźń emancypacji, czyli stawania się doskonałym.

Krzyż w rękach obrońców krzyża jest narzędziem walki, jest maczugą na tych, którzy chcą się emancypować, jak wówczas emancypował Chrystus, który twierdził, że jest Bogiem.

Wówczas walnięto krzyżem w dążącego do doskonałości Chrystusa, dzisiaj wali się krzyżem w tych, którzy chcą się emancypować. 2 tys. lat i nic się nie zmieniło. Dalej się krzyżuje, acz symbolicznie.

I z tym sobie nie poradził sąd apelacyjny. Z oksymoronem, z własną „pomrocznością jasną”. Jak Sanhedryn.

Jarosława Gowina jabłko, czy ogryzek?

Powstała oczekiwana, bądź nie, nowa partia po prawej stronie sceny politycznej. Przyjęła nazwę nieoczekiwaną, bo w tytule jest zamieszczone nazwisko lidera, Polska Razem Jarosława Gowina. Już to wydaje się być dziwnym, gdyż szef tego ugrupowania wcale nie jest najsilniejszy intelektualnie w tym zespole. Ale to polityka, która nie jest racjonalna, jak chcielibyśmy.

Zostawmy w spokoju program, który na pierwszej konwencji tej partii został zaprezentowany, wszystkie programy są słuszne póki nie zderzą się z rzeczywistością i z innymi partiami. A partia Gowina obierze kurs na zderzenie z dwoma podmiotami, macierzystą lidera Platformą i rozbitków z PiS.

Co z tego wyniknie? Zależy od polityków tej partii. Od nich – podkreślam, a nie od programu, który od dawna nie jest tajemnicą (wolny rynek kapitalistyczny plus wartości chrześcijańskie). Najpierw wymieńmy walory tego bytu, a następnie wady.

Siłą PRJG (co to za skrót? niestrawny) są politycy – i to nie ci, którzy odeszli z PO, ale którzy z PiS zostali wypchnięci. Jeżeli Gowin postawi na Kowala, Poncyliusza, Wiplera, Migalskiego może na coś liczyć, a jeżeli na Godsona albo Jakubiak, którzy tylko trajlują, to nie wróżę powodzenia.

Intelektualnie moc partii Gowina wcale nie jest gorsza od dwóch największych partii w parlamencie, a nawet myślę, że partia Gowina PiS przebija w wielu aspektach.

Jak będą obecni w przestrzeni publicznej i medialnej, od tego głównie zależy – i to ich obecność w mediach mainstreamowych, bo prawicowe kompletnie się nie liczą, acz szumu robią nad wyraz dużo. Jest to li tylko brudna piana.

Jeżeli sondaże będą dla PO zachowywały dotychczasową dynamikę spadku, partia Gowina może z tego uszczknąć, ale frukta są w elektoracie PiS, który jest bardzo niejednorodny. Wystarczy partię Kaczyńskiego zepchnąć do mediów prawicowych i zająć ich miejsca w TVN-ach i Polsatach.

Słabością partii Gowina jest sam Gowin, polityk resentymentu. Gdyby wyzbył się wspomnień po swoich rządach w ministerstwie sprawiedliwości i startu na szefa PO, zyskałby publicznie. Gowinowi jednak często głowa odmawia posłuszeństwa.

Fatalna nazwa. Lepsze jest logo, apple o konturach Polski, które na razie jest ogryzkiem – i takim może pozostać. I dlaczego jabłko jest zielone? Niedojrzała partia, a już skonsumowana?

Co z tym Śląskiem?

Sąd Najwyższy cofnął rejestrację Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej, co wśród elit śląskich spowodowało wzburzenie. Kazimierz Kutz, Jerzy Gorzelik i Szczepan Twardoch dają upust swojej niechęci do nacjonalistycznej decyzji sądu. Uważają, że pod togami sędziów SN kryją się publicyści i politycy, a nie prawnicy, którzy powinni mieć przed sobą prawo ustrojowe Konstytucji i dobre leksykony, gdzie zdefiniowany jest naród i nacja.

Młodego pisarza Twardocha tak poniosło, że strawestował Ginsberga i napisał na Facebooku : „Pier*** się Polsko”.

Jak się ma decyzja SN do spisu powszechnego, kiedy można było wpisywać narodowość śląską? Domyślam się, że sędziowie nie łazili po Śląsku i nie stawiali ptaszka pod narodowością, ani nie układali pytań i rubryk w kwestionariuszu.

Idąc jednak tropem myślenia sędziów (przepraszam z góry ludzi, którzy potrafią posługiwać się rozumem, a nie są narodowości sędziowskiej), wyniki socjologiczne spisu powszechnego powinny iść do kasacji.

Definicja narodu jest miękka, a więc wielce umowna i może w polu znaczenia mieć co najwyżej dwa twarde pojęcia: języka i państwa, o ile nacja żyje w niepodległym państwie. Ta miękka definicja nacji może dotyczyć co najwyżej narodów europejskich, bo już nie np. Amerykanów.

Podejrzewam, że sędziowie SN pomylili nację z rasą, wyszło im, jak politykom, że mamy rasę polską. Nie jestem pewien, czy o narodowości mogą rozstrzygać prawnicy, bo prawo ustrojowe i prawo stanowione dotyczą państwa i społeczeństwa go zamieszkującego, tubylców, ale nie narodowości.

W każdym razie wzburzyło to elitę Ślązaków, których na siłę uszczęśliwia się polskością.

Gorzelik, szef Ruchu Autonomii Śląska, zapowiedział, że z narodem śląskim uda się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z nadzieją, iż ten „wytłumaczy to państwu polskiemu”, że na jego niepodległym terytorium żyje naród śląski. Całkiem pokaźna mniejszość, bo ze spisu wynika, iż deklarują ją – na razie – 800 tys. Ślązaków.

Z Kutzem i Twardochem oraz wspomnianym Gorzelikiem chyba należy się zgodzić, iż „Ślązacy są w ten sposób popychani do tego, by jeszcze bardziej podkreślać swoją odrębność i walczyć o prawa”.

Gwoli sprawiedliwości inne zdanie mają równie znani Ślązacy Krzysztof Globisz i Jan Miodek, uważają, że Polak i Ślązak się nie wykluczają. Ale nie każdy dobrze czuje się w skórze Polaka, przynajmniej emocjonalnie. Narodowość śląska to takie gender nacji z coraz silniejszymi narzędziami naukowymi.

Piotrowicz, patriota dwóch partii, jako prokurator sadzał, a dzisiaj już nie sadza

W programie Tomasza Sekielskiego „Po Prostu” Chris Cieszewski przykrył inną interesującą postać, jeżeli nie ciekawszą.

Cóż Chris vel Krzysztof uciekał z Polski z workiem śmieci (współpracy z SB), zamierzał triumfalnie powrócić, jako ekspert leśnik, któremu zdarzyła się brzoza pod Smoleńskiem, powtórnie emigruje z workiem śmieci tym razem z pola Bodina pod Smoleńskiem. Może i profesor, za dużo w nim charakterologicznego śmieciarstwa.

Ta druga przykryta postać to prokurator Stanisław Piotrowicz, członek dwóch partii PZPR i PiS. PZPR wyprowadziło sztandar, Piotrowicz doszedł do wniosku, że nowy sztandar Leszka Millera nie da mu takiego schronienia, jak patriotyczny PiS – i został senatorem partii Jarosława Kaczyńskiego.

Podobne retoryka „patriotyczna” PZPR i PiS, jeżeli ktoś dobrze pamięta. Piotrowicz to dobrze zapamiętał, bo w czasie stanu wojennego sadzał za kraty działacza „Solidarności”, Antoniego Pikula.

Takie rzeczy dobrze się pamięta, zwłaszcza gdy reaktywowano „Solidarność” w 1989 roku i sadzającemu musiały zadrżeć łydki. Więc próbował naprawić błąd „patriotyczny” (PRON i WRON) i zapisał się do „prawdziwych patriotów” PiS.

Patrioci tak mają, że ze sobą sztamę trzymają. Piotrowicz, który jeszcze nie był senatorem, a w dalszym ciągu prokuratorem rejonowym w Krośnie, zaczął naprawiać błędy.

Już nie sadzał, ale bronił. Tak bronił pierwszego księdza pedofila z Tylawy, słynnego także z powodu obrony przez abp. Józefa Michalika, który na tym przykładzie zaczął budować zręby ataku na gender. Wszak pierwszy krok to „lgnięcie dziecka do księdza pedofila”.

Piotrowicz to prekursor tego „lgnięcia”, bowiem w 2001 roku oczyścił pedofila z Tylawy, twierdząc, że pedofil dotykał dziewczynek z powodu swoich „zdolności bioenergoterapeutycznych”.

Abp. Michalikowi zwracam uwagę, że bioenergoterapia jest dużo lepsza od lgnięcia.

Patriocie z PZPR i PiS, dzisiaj senatorowi odebrano sprawę księdza pedofila z Tylawy, dopiero inny prokurator wywalczył wyrok – marny, bo marny (2 lata w zawiasach) – a sędzia nie uwzględnił owych zdolności bioenergoterapeutycznych, stwierdził, iż ksiądz z Tylawy „brał dziewczynki na kolana, wkładał ręce pod bluzkę, dotykał piersi, wkładał rękę do majtek i dotykał krocza, całował w usta z penetracją językiem jamy ustnej, wkładał palec do pochwy, dotykał nóg powyżej kolan”.

Cieszewski okazał się profesorem z workiem śmieci, ale nie jest przynajmniej senatorem, chyba, że go Amerykanie z Georgii wybiorą do stanowego, a może federalnego senatu, Piotrowicz jest senatorem, a abp Michalik hierarchą, który toczy wojnę cywilizacyjną na nowym polu: gender.

A ja nie byłem w PZPR, więc nie mogę zapisać się do PiS, choć jestem patriotą.

Kaczyńskiego resentyment pamieci

Warszawiacy muszą już się cieszyć, a krakusi martwić. Jarosław Kaczyński nie ucieknie pod Wawel, jak to zrobił 11. listopada, 13 grudnia będzie maszerował. Dlaczego 13., a nie 10. – w miesięcznicę smoleńską? Wychodzi na to, że mamy do czynienia z chodziarzem, a może prezes PiS ma jakiś przeciek z Komitetu Olimpijskiego Oldbojów dla zawodników emerytów po 60. roku życia. Może szykuje się jakaś para-olimpiada dla tych, których Donald Tusk ustawą emerytalną przedłużającą wiek produkcyjny do 67. roku życia chce wpędzić do grobu.

13. grudnia jest rocznicą wprowadzenia stanu wojennego. Tego i w następnych dniach roku 1981 nastąpiły internowania. Nie wiem, czy Kaczyński był internowany, nie znam jego biografii, nie czytałem, bo nim się nie zachwycam.

Znałem wielu przywódców „Solidarności”, kilkuset. Wierchuszkę ówczesnych ludzi dążących do suwerenności kraju (nazwę z grubsza tak ten ruch). Nie było wśród nich Kaczyńskiego. Pojawił się, jak królik wyciągnięty z kapelusza przez Lecha Wałęsę, w roku 1989. Za jakie zasługi tak został doceniony przez lidera klasycznej „S”? Nie wiem.

Tumanić to my, a nie nas. Takie oto słowa padły na konferencji prasowej, na której prezes PiS powiedział o swoich – wg mnie mniemanych – przygotowaniach do wzmiankowanych igrzysk: „żeby trwała pamięć o tej podniesionej przeciwko narodowi ręce. Ręce sługusów Związku Sowieckiego”.

Pamięć trwa, ale nie taki resentyment. Ba, to nawet coś więcej, jak resentyment prezesa Kaczyńskiego, to narzędzie nienawiści. Och, zapomniałbym o igrzyskach. To olimpijski płomień nienawiści.

A co do pamięci, niech prezes zapyta się o pamięć tych, którzy w 1981 roku byli istotni w „S”. Adama Michnika, Lecha Wałęsę, itd. Powiedzą coś prezesowi o pamięci. Z pamięci trzeba umieć korzystać, uczyć się. A Kaczyński, co robi? Dolewa oliwy do ognia nienawiści.

Pamięć to nie igrzyska nienawiści. ZSRR dawno już nie ma. Takie napinanie dzisiaj mięśni na imperium zła, które zniknęło z mapy świata, mówi o kompleksach Kaczyńskiego, jako człowieka i jako polityka. Polacy nie chcą obecności zakompleksiałego człowieka w przestrzeni publicznej, a przynajmniej ci, którzy mają trochę oleju w głowie.

Ten olimpijski ogień nienawiści prezesa nikomu nie oświetli drogi do jutra, do przyszłości. Ciekawy jest zestaw komitetu honorowego na 13 grudnia. To nawet nie dziesiąty szereg ówczesnej „Solidarności”. Aż tak daleko moje oko nie sięgało i nie wiem, co oni znaczyli w 1980 i 81 roku.

Jeszcze jedno. Wyczytałem taką frazę: „Marsz Wolności, Solidarności i Niepodległości”. To będą trzy marsze? Bartłomiej Sienkiewicz – minister spraw wewnętrznych – ma kolejne utrapienie: zabezpieczyć trzykrotnym kordonem ambasadę Rosji. Na szczęście nie ma ZSRR.

Najważniejsze, że warszawiacy się cieszą, że prezes nie ucieka do krakusów. Przy koksownikach będą mogli zacierać ręce.

Aha! Resentyment pamięci to skleroza. Jeżeli tak, to rozumiem prezesa, dlaczego dolewa oliwy do ognia.

Etos Macierewicza ma złamany nos

Ekspert Antoniego Macierewicza – Chris Cieszewski – drugi raz nakrywa się nogami. Pierwszy przy „fiu bździu” i słynnym satelitarnym zdjęciu pola Bodina, na którym dojrzał, że pięć dni przed katastrofą smoleńską „pancernej” brzozy jakoby już nie było, została ścięta. Potem udowodniono mu czarno na białym, że pomylił brzozę z workami śmieci.

Cieszewski zalicza drugą wpadkę. I to zdecydowanie większą, bo z dekalogu etosu PiS: „Nie będzie żaden esbek pluł nam w twarz”. Cieszewski wprawdzie esbekiem nie był, ale im się wysługiwał, jako TW Nil. To jeszcze gorzej – pomagier wrogów naczelnych – homo wrogens (homo hostem).

Wg Tomasza Sekielskiego, który zrobił kwerendę w archiwach IPN, Chris Cieszewski jeszcze jako Krzysztof Cieszewski wstąpił na służbę delatorską na początku stanu wojennego i „bohatersko” wytrwał 3 lata.

Sekielski podał to swoim programie w TVP „Po Prostu”, przy tym zachowując się, jak profesjonalny dziennikarz, zawiadomił obiekt swoich dziennikarskich dociekań i zadał mu pytania w rozgryzanym temacie. Cieszewski, jak czujny czekista, tuż przed programem uruchomił prawicowe portale, na których podał swoją wersję zdarzeń.

Czytałem na niezależna.pl i wPolityce.pl tłumaczenia Cieszewskiego, są niewiarygodne, jeżeli zna się tamte czasy. Nie wchodzę w powody, dlaczego tak postąpił Cieszewski i dlaczego tak łatwo przeszwarcował się na Zachód, gdy to było prawie niemożliwe.

To był jego wybór, jego sumienie, jego delatorstwo. Ale z tego wynika, iż nic się nie zmienił. Snuje chore teorie dzisiaj, jak wówczas chore zachowania, gdyż pasożytował na kolegach i środowisku.

Tłumaczy się Cieszewski złamanym nosem, który uszkodził na praktyce we Francji, a w związku z tym SB pozwoliła mu kurować ten nos w Kanadzie. Żartuje gość, to nawet nie nadaje się do kabaretu, chyba że do kabaretu PiS. O, to przepraszam – nie chodzę na ich występy.

Kierownik kabaretu Macierewicz twierdzi, że „nie ma dowodów na współpracę”. Twórca teorii spisku smoleńskiego i wybuchów na pokładzie tupolewa pewnie nie dotarł do dowodów, do teczki, którą widział Sekielski. Macierewicz buduje swoje teorie nie z takich oczywistych dowodów, ale z dowodów śmieciowych.

Macierewicz nie potrafi się przyznać, że dostał w nos. Jego etos zaliczył dechy i nie podnosi się. Najlepszy do pomocy w tym nokaucie etosu Macierewicza byłby uzdrowiciel Kaszpirowski, który mógłby etosowi PiS zacząć odliczanie: adin, dwa, tri…

Leci jucha Macierewiczowi, że hej. A on mówi, że nic się nie stało, jak zawodnik po wstrząśnięciu rozumu.