Marenin kontra Michalik

Zażalenie Małgorzaty Marenin na umorzenie z prywatnego oskarżenia przeciwko abp. Józefowi Michalikowi zostało przez wrocławski sąd oddalone. I na tym sprawa by się zakończyła.

A jednak w tym postanowieniu słychać wiele zgrzytów. Hierarcha Kościoła nie zniesławił imiennie Marenin, co było głównym powodem, iż postępowanie sądowe nie może się odbyć.

Pokombinujmy. Premier rządu, bądź prezydent RP po ujawnieniu, iż w Kancelarii Premiera bądź Prezydenta są pedofile, spotyka się z krytyką społeczeństwa, mediów, feministek i rozwodników.

Premier bądź prezydent wychodzi na mównicę sejmową i mówi:

„Za pedofilię wśród moich urzędników (ministrów, podsekretarzy stanu i drobiazgu administracyjnego) winę ponoszą agresywne feministki i rodzice decydujący się na rozwód. Takie dziecko rozwiedzionej feministki przybiega do przepracowanego urzędnika, tuli się, wobec czego urzędnik nie może zdzierżyć i folguje sobie przestępstwem pedofilii”.

Gdyby tak tłumaczył premier bądź prezydent przypadki pedofilii wśród administracji rządowej, to co byśmy zrobili?

Albo Majdan na Krakowskim Przedmieściu, albo poddałby się natychmiast wzmiankowany wyżej do dymisji, bo to kompromitacja na cały świat, albo zaparł się, jak Michalik, i doczekał do wyborów, na których dostałby zero głosów z jakimś promilem po przecinku.

Chyba, że zdarzyłaby się Marenin i wzmiankowane posunięcia społeczeństwa uprzedziła, zaskarżyła z prywatnego oskarżenia. Jak by się zachował sąd? Tak samo, jak  w przypadku abp. Michalika?

Czy sąd stwierdziłby, że premier bądź prezydent nie nazwali z imienia Marenin? Przecież sąd też byłby oburzony, niezależnie ilu wśród sędzin/sędziów jest feministek i rozwodników.

Szybko musiałyby się odbyć wokandy, bo decyzją wyborców, premier bądź prezydent byliby byłymi premierem i prezydentem, oskarżenie zaś byłoby bezprzedmiotowe – bo osoby nie sprawowałyby odpowiedzialnego urzędu.

I tu est pies pogrzebany. Abp Michalik nie może być byłym arcybiskupem. Wszak ma władzę – innego rodzaju – ale nie czuje odpowiedzialności, a nawet prawo nie może go ukarać za pomówienie i nieodpowiedzialność, bo nie nazwał Marenin z imienia.

Jak w takiej sytuacji, gdy prawo jest bezsilne – co wydaje się być bzdurą z tą imiennością – odwołać hierarchę, który ewidentnie dopuścił się pomówienia, bezpodstawnego oskarżenia.

Abp Michalik odebrał dobre imię feministkom i rozwodnikom. Przecież jest na to paragraf. Czy na pewno on definiuje, iż przestępca jest przestępcą, jak pomówi z imienia, a jak ogólnie to nie jest przestępcą?

Czy złodziejem się jest, gdy kradnie prywatnej osobie, a przy złodziejstwie publicznym sąd rozgrzesza?

Gdy wyjdę teraz na ulicę i rozbiję latarnie publiczne, nie będę chuliganem? A jak wejdę do domu Kowalskiego i wytłukę mu wszystkie żarówki, to będę odpowiadał przed prawem?

Coś mi się widzi, że sędziowie wrocławscy, którzy oddalili oskarżenie Marenin, przed bardziej cywilizowaną instancją bekną.

Kaczyński z ulgą, Tusk z kłopotem

Wyobrażam sobie ulgę Jarosława Kaczyńskiego, gdy przeczyta najnowszy „Wprost”. A może już prezes odczuwa ulgę, bo nie wątpię, że w Platformie ma kreta.

„Wprost” informuje: „Po raz pierwszy od miesięcy w wewnętrznym sondażu, zamówionym przez sztab PO, partia Donalda Tuska wygrywa z PiS”.

A jak wiemy, partie kłamią na zewnątrz, aparat się nie oszukuje. Można wziąć za pewnik, iż PO pogoń za PiS ma za sobą, a przed sobą kolejne lata rządów Tuska.

Kaczyński może być z tego powodu tylko wniebowzięty. Nie grozi mu prokuratura, Trybunał Stanu, ani inne problemy z prawem. A stałoby się tak, gdyby prezes PiS powtórzył IV RP, za którą do tej pory musi się tłumaczyć w prokuraturach i od czasu do czasu posłowie sobie przypominają: a może by Kaczyńskiego postawić przed Trybunałem Stanu (wraz z Ziobrą) za rządy wbrew prawu.

Nie grozi mu recydywa, a mogłoby go dopaść prawo i zatrzasnąć się za nim, niczym kraty w kazamatach. Kaczyński zwykle to, co mówi, realizuje. To człowiek, który słowa zamienia w czyn. Prawda aż od niego bucha.

Program polityczny Kaczyńskiego znamy. Jest nad wyraz niekonwencjonalny, ostatnio wprowadził rzecz „niesłychaną” (ulubione słówko prezesa), tak oryginalną, iż w świecie demokratycznym byłbym prekursorem.

W Koluszkach (duży węzeł kolejowy, ale teraz i węzeł polityczny) prezes zapowiedział kontrolę nad sądami i prokuraturą. Prawnicy byliby dyscyplinowani poza sądem, czyli przez Kaczyńskiego, bądź ludzi Kaczyńskiego, takiego dajmy Hofmana.

Monteskiuszowski trójpodział władz pod wnikliwym osądem intelektualnym prezesa wali się w gruzach. To novum godne Kopernika. Prezes musi wiedzieć, co mówi, wszak jest prawnikiem z wykształcenia.

Na przeszkodzie polskiego Monteskiusza a rebours mogłaby stanąć Konstytucja, szczególnie 10. artykuł:

1) Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.

2) Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.

A Kaczyński, jako prawnik wie, jak takie rzeczy obejść (przecież w Koluszkach nie mówił sobie, a muzom), czego nie wie stan prawniczy, bo nie posiada geniuszu prezesa.

I co by się stało? Kaczyński wprowadziłby te plany będąc premierem i jak w 2007 roku oddałby władzę, bo koalicjant jakaś Samoobrona in spe, albo Roman Giertych, wywinęliby numer.

A wówczas ci prawnicy, którzy nie rozumieją geniuszu Kaczyńskiego, dopadliby go dużo skuteczniej, niż za IV RP. I naprawdę geniusz jak Giordano Bruno zgniłby w więzieniu.

Zaprawdę powiadam wam, Kaczyński odczuje ulgę po lekturze „Wprost”. A niech Tusk się męczy z prezesem PiS w opozycji.

Palikot od antyApokalipsy z wysokości beczki

Wśród polityków mamy samych wizjonerów. Przynajmniej liderzy takimi się prezentują. Do Jarosława Kaczyńskiego się przyzwyczaiłem. To wizjoner na etacie przy Wiejskiej i Nowogrodzkiej.

Tych św. Janów od Apokalipsy, Stefanów Ossowieckich jednak mamy więcej. Myślałem, że zeszli przed wojną, albo w działaniach wojennych. A jednak – nie. Po wojnie matki Polki takich nam urodziły.

Takim urodzonym wizjonerem jest Janusz Palikot. To, że kiedyś twierdził, że będzie premierem, nie jest żadną wizją, bo zawsze ktoś tym premierem jest. Najczęściej premierów mamy bez wizji. Palikot nie był, ale wizję w razie czego ma, jakbyśmy kogoś z taką charyzmą potrzebowali.

Palikota mamy w blokach startowych. Czekamy Janusz – chciałoby się powiedzieć, przyjdzie kolej na twoją wizję, na razie Kaczyński ma szansę na praktykę swojej wizji (wg sondaży).

Palikot jednak się wyrywa ze swoją wizją. Właśnie oświadczył na blogu, Putin nie przeleje słowiańskiej krwi, jak Stalin.

Św. Janusz od antyApokalipsy nawet znalazł dogmat historyczny: „Nieprzelewanie słowiańskiej krwi to dogmat polityki rosyjskiej”.

Raczej to paradygmat, ale nie będę się z Palikotem sprzeczał, w końcu to magister filozofii (dyplomowany).

Faktycznie, Stalin nie przelewał ukraińskiej (słowiańskiej) krwi. W latach Wielkiego Głodu zamorzył ich. Jednak nie wszystkich, taki Chruszczow się uratował. A głód to nie krew.

Nie wiem z czego pisał magisterkę Palikot, wychodzi, że z sofistyki, a do tej pory podejrzewałem go, że jest sybarytą, a przynajmniej epikurejczykiem.

Jako żem Polak, to doglądam swego pępka. A ten pępek zadaje mi pytanie. Słowianin jestem, czy nie?

W końcu to Kościuszko ogłosił insurekcję i Rosjanie potulnie przybyli, aby mu wybić ją z głowy. Tak samo z powstaniami listopadowym i styczniowym – to my, my ześmy przystąpili do rozlewu krwi, a nie Rosjanie.

Niejaki kłopot mam z wojną 1919-21, ale można ją interpretować, Trocki nie był czystym Rosjaninem, a Piłsudski Rosjaninem.

Czesi też mogą mieć kłopot ze swoją słowiańszczyzną. Spowodowali, iż w 1968 roku wszedł na ich terytorium Jaruzelski, a Rosjanie na doczepkę, bo obowiązuje dogmat polityki rosyjskiej „nieprzelewanie słowiańskiej krwi”.

Co powyżej napisawszy, nabieram przekonania, iż Palikot swoją magisterkę robił z Diogenesa z Synopy (tego od beczki).

Nie wiem, czy Palikot toczy przed sobą beczkę, wiem z Twittera, że udał się na kampanię wyborczą. Może za Kaczyńskim zjedzie do Koluszek.

Tam Kaczyński dał wizję, Palikot też koluszkowianom da wizję antyApokalipsy. W beczce można prorokować, ale na beczce można stanąć i wiecować.

Oniryzm PiS w dekoracjach Tuska

Jestem pewien, że jakiś pisarz z piórem gombrowiczowskim popełnia teraz surrealną prozę o PiS, bo potrzebujemy dzisiaj takiego „Transatlantyku” o Baronie, Ciumkale i Pyckalu i ich Końskim Psim Interesie.

Tak jak jestem pewien, że o katastrofie smoleńskiej powstanie dzieło podobne w charakterze do Benigniego „Życie jest piękne” i nie będzie to film Krauzego, bo z tego może powstać tylko knot, ale jakoweś „Kartoflisko”, o którym wspominał Juliusz Machulski.

Taka jest logika twórczości, sztuki, narracji. Tego nie zmienią zaklęcia polityków, niedorobionych publicystów, ani tromtadracja narodowa. Przerabiamy ją ciągle w historii i zawsze kończy się katastrofą.

Widocznie mamy taki szwankujący gen. PiS się zamarzyło, a konkretnie posłowi tej partii Stanisławowi Pięcie, aby zrealizowany został oniryczny spot wyborczy w dekoracjach miejsca pracy Donalda Tuska. Spot wyborczy do Parlamentu Europejskiego. Dlaczego nie w gabinecie Manuela Barroso?

W tym miejscu podkreślę, co stale podkreślam, że marną mamy klasę polityczną. Nietwórczą, bez polotu, bez waloru kreacji.

O czym można było przekonać się choćby w spocie wyborczym PiS, który oprócz grubych błędów (jak w 30 sekundowym materiale można zaliczyć tyle wpadek?), nie był o tym, co partia Kaczyńskiego proponuje na zewnątrz, w UE.

Może dlatego są politykami, bo nic w życiu by się nie dorobili, ani nie stworzyli. Dzielą się swoim oniryzmem, marzeniami i taką Polakom proponują politykę. Zaiwanić komuś dekoracje, podpiłować nogę od stołka, którą ktoś zdobył w procedurach demokratycznych, pomylić białe z czarnym.

Dekoracje może zbudować firma reklamowa, która będzie tańsza niż spot PiS z licznymi błędami i nie o sobie. Niektórzy potrafią tylko marzyć, mamić zmorami, nie swoimi bilionami. Zajmować się drugim, bo samemu nic się nie dostało w rozumie, bowiem w nim tylko głucho obijają się o siebie dwa puzzle – jak to samokrytycznie o sobie swego czasu powiedział Andrzej Gołota.

Poseł Pięta nawet te dwa puzzle nie potrafi dopasować.

Walkower PiS – analiza spotu

Średni spot na eurowybory zaprezentowało Prawo i Sprawiedliwość. Reklamówka jest nie o sobie. Nie przekonują w niej do walorów swoich kandydatów, jak Jarosław Kaczyński, który na konwencji określił kandydatów, że nie są celebrytami.

To zapewnienie pominę milczeniem, bo jak nazwać intelektualny wkład wdów po Gosiewskim w myśl polityczną, bądź partyjną?

Spot PiS jest o Platformie Obywatelskiej i to o jej czterech postaciach, które nie są celebrytami. Więc punkt dla PO.

Te postaci w kolejności: Jacek Protasiewicz, Jacek Rostowski, Michał Boni i Michał Kamiński. Który z nich jest celebrytą? Może ten ostatni? Lecz tego ostatniego można usprawiedliwić, iż dlatego opuścił PiS, aby zerwać z celebrowaniem moralnych zwycięstw.

Zarzut w stosunku do Protasiewicza jest, iż sobie chlapnął darmową wódkę w samolocie przewoźnika. No, źle. Ale to tylko połowa zła, drugiej się nie dopuścił, albowiem nie wyciągał na wierzch penisa i nie nagabywał stewardessy, ani tym bardziej celnika by się pochwalić przyrodzeniem. A przeciwnie – wrodzonym patriotyzmem, PiS-owskim resentymentem do Niemiaszków.

Dwa zero dla PO.

Jacek Rostowski obrywa za zadłużenie Polski i podniesienie wieku emerytalnego. Toż to w Unii Europejskiej praktyka w każdym niemal kraju i były minister będzie w Brukseli oblegany: jak to robił, że w wielu rankingach zachodnich uznano go za najlepszego ekonomistę, a Polskę – mimo kryzysu – uczynił zieloną wyspą na oceanie czerwonego kryzysu.

Trzy zero dla PO.

Michał Boni. Z nim mam kłopot. Bo mam kłopot z polską indolencją. Czego rodacy się nie dotkną, spieprzą. Ale nie Boni jest temu winien, tylko polskie firmy informatyczne. Gdyby zlecił niemieckiej, cyfryzację byśmy mieli odfajkowaną.

Ten spot PiS to walkower oddany partii Donalda Tuska. Zastanawiam się, kto za jego realizacją stoi. W spocie jest wkomponowane tzw. intencja podprogowa. Nazywam to charakterem pisma, trawestując Jacques’a Derridę. Znak zostawia się na końcu, bądź na początku. Pachnie mi to PiS-em i penisem. W przekazie werbalnym zawsze taka semantyka zdaje egzamin.

Więc nie zdziwiłbym się, że to robota Hofmana. I najważniejsze. Spot pokazuje jak nietwórczą mamy elitę polityczną. Od siebie: aby nie potrafić zrealizować pozytywnego przekazu o sobie, nie wyartykułować w 30 atrakcyjnych sekundach prostej żołnierskiej autopromocji, należy się realizatorom gleba, albo relegowanie do cywila i odebranie żołdu poselskiego.

Patriotyzm smoleński w miejscowości Baniocha

Niepostrzeżenie 1. maja zmieniło datę na 10. kwietnia. Wówczas manifestowało się pod flagami biało-czerwonymi i czerwonymi. Zacieśniała się więź robotniczo-chłopska z miłościwie panującym reżimem, a patriotyzm był wbijany do młodych głów obowiązkową obecnością.

Najpierw praktykowali dorośli, a następnie latorośle. Taką manifestację pierwszomajową dla młodzieży w dniu 10. kwietnia planują w miejscowości Baniocha 25 km od Warszawy, gdzie szczepiony jest patriotyzm smoleński – odmiana pierwszomajowego, z tego samego pnia mentalnego.

Młodzież tak samo będzie wychodziła ze szkoły, miast pod trybuną z miejscowym kacykiem i jego gwardią przyboczną, dotrze do ambony w miejscowym kościele, gdzie proboszcz w słowie pasterskim da wykładnię, dlaczego poległ w tym dniu prezydent RP.

A że mamy zawieruchę na Ukrainie, łatwo będzie wskazać, kto za śmiercią prezydenta stoi.

Przesadzam? Broń boże. Ta sama tradycja nie licząca się z rozumem, a z ideologią. Wówczas komunistyczną, dzisiaj z ideologią smoleńską. Komuś to poplątanie z pomieszaniem służy, na pewno nie ma nic wspólnego ze światłością, ani z młodzieży wychowaniem. Dyrektor szkoły w Baniosze twierdzi, że to przysposobienie do patriotyzmu.

Dyrektor szkoły musi mieć kłopoty z pedagogią. Bo przysposobieniem do patriotyzmu – polskiego, prawda? – nie może być spotkanie w miejscowym kościele. Jaki to patriotyzm? – nie będę rozstrzygał. Watykański, metafizyczny, inny?

Szkoła winna uczyć imponderabiliów związanych z patriotyzmem. O ile wiem, najlepsze są do nauki książki, a nie wykładnie dyrektorów szkół w Baniochach. Dyrektor mógłby poddać się lekturze raportu komisji rządowej Jerzego Millera, dałby sobie szansę na zrozumienie patriotyzmu smoleńskiego. I dojść własną myślą, czym się różni od patriotyzmu jako takiego – w tym wypadku polskiego.

Do bólu logiczny jest raport rządowy. A jak za dużo w nim języka technicznego opisującego katastrofę, dyrektor winien zasięgnąć rady nieskołtunionego publicysty, przetłumaczyłby mu na język zrozumiały dla niego.

Bo to co proponuje młodzieży, to patriotyzm katastrofy. Wówczas lepiej pójść z młodzieżą na „Greka Zorbę”, tam jest ten patriotyzm wyłożony językiem alegorii przestępnym dyrektorowi szkoły w Baniosze.

Dla pewnej części Polaków 1. maja obchodzone jest o 20 dni wcześniej. Uroczystość poroniona, by nie napisać politycznie zgnojona.

Gmyz wskazuje na Azraela biorącego rosyjską kasę

Cezary Gmyz wsławił się odkryciem trotylu na smoleńskim tupolewie, którą to wiedzę posiadł z niezależnego źródła. Skutkował ten trotyl poważnym nadszarpnięciem wiarygodności „Rzeczpospolitej”, w której wówczas pracował i wyleciał z niej z hukiem.

Węszenie za tego rodzaju podejrzeniami to specjalność nie tylko jego, ale rzeszy dziennikarzy kojarzonych z prawicowym syndromem „resortowych dzieci”.

W sobotę wieczorem na Twitterze Gmyz podzielił się kolejną wiedzą, „odkrył” z dwóch niezależnych źródeł z SKW (Służb Kontrwywiadu Wojskowego), że znany bloger na literę A bierze kasę z rosyjskiej ambasady.

W najnowszym numerze „Do Rzeczy” ukaże się tekst o tym, kto w Polsce popiera rosyjskiego prezydenta, jego politykę w stosunku do Ukrainy.

Na Twitterze szybko zidentyfikowano, iż tym blogerem na A jest Azrael Kubacki, sam Gmyz nie użył nazwiska.

Gmyz nie negował, że A to Azrael, dodał tylko, że nie wymierza ciosów na oślep i pisze to bardzo poważnie.

Nie wszystko czytam, co Kubacki pisze, ale jego tekst z początkowego okresu kryzysu na Krymie, gdy odbywało się referendum, przeczytałem. Uważam tekst za celny, zresztą tak napisałem na Twitterze do Kubackiego.

Analizy Kubackiego są chłodne, nie poddaje się patriotycznej tromtadracji. Większość dostaje patriotycznego wzwodu.

Spotkałem kilka tekstów, które wskazują, iż Putin ma w kraju swoich ludzi, którzy „biorą pieniądze z ambasady rosyjskiej” lub inaczej są opłacani, choćby publikacjami na oficjalnych stronach rosyjskich przeznaczonych dla polskiego czytelnika. To bardzo łatwo wskazać – takich Mateuszów Piskorskich.

Ale nie Azrael, który dla portalu naTemat.pl powiedział: „To kłamstwo. Nigdy nie współpracowałem ani z ambasadą rosyjską, ani żadną instytucją, która ma coś wspólnego z Rosją. Tym bardziej nie dostałem żadnych pieniędzy”.

Jakie Gmyz przedstawi dowody, bo gołosłowna jest wiedza z „dwóch niezależnych źródeł”. Może dojść też do procesu, bo to nadweręża wiarygodność Azraela.

Niepełnosprawne dzieci z posłem SP Mularczykiem w tle

Ktokolwiek zorganizował protest rodziców niepełnosprawnych dzieci w Sejmie, uderzył w środek empatii. Rozwiązanie tego problemu musi się spotkać z retorycznym jąkaniem. I tak jąkał się Donald Tusk, który rozpoczął negocjowanie w finansowaniu opieki rodziców nad swoimi niepełnosprawnymi dziećmi.

Akurat „inicjatorem” tej empatii politycznej – inaczej nie można nazwać – jest poseł Solidarnej Polski, Arkadiusz Mularczyk. Plącze się w tle, a jak trzeba daje polityczny głos w mediach. Bo o to chodzi: „ja współczuję rodzicom, a rząd jest nieczuły”.

Prosty komunikat Mularczyka idzie w Polskę. Udało mu się wzbudzić empatię – niestety głównie do siebie. Do uciekającej ławy poselskiej, którą niewątpliwie straci w następnej kadencji. Acz Mularczyk liczy – a może się jeszcze udać.

Podobny charakter empatii, którą Mularczyk chciał wydobyć w elektoracie do swojej uciekającej ławy poselskiej w następnej kadencji, był także w przypadku sprzed kilku miesięcy z bezdomnym zamieszkującym w kontenerze nieopodal jego wypasionego mieszkania. Tamta empatia nie wyszła, bo przeciwstawił się jej ów bezdomny, który stwierdził, że o jego wyborze, gdzie chce mieszkać, nie będzie decydował Mularczyk żyjący w luksusach.

W proteście rodziców niepełnosprawnych dzieci polityka aż szczypie w oczy. Zostali świetnie przygotowani do krzyżowego ognia pytań przed spotkaniem z Tuskiem.

Na propozycję premiera, aby już od maja rodzice tych dzieci dostawali 1000 zł, można było od nich usłyszeć przygotowane dobrze napisane kwestie dramatyczne, które przygotował im reżyser empatii Mularczyk. Scena Sejmuj wszak jest centralną w Polsce.

„Nie zgadzamy się na tę propozycję. Będziemy prosić inne państwa Unii Europejskiej by pomogły naszym dzieciom. Już trzy lata temu, kiedy jeździł pan tuskobusem, powinien był pan zbudować dla nas ten system”.

„Potrzebne są rozwiązania systemowe, a nie rzucanie ochłapów”.

Itd.

Tusk w tej konfrontacji empatii medialnej poległ. Zwykle politycy głaszczą dzieci po główkach i to działa. Tutaj nie mogło, bo to nie premier przyszedł do dzieci, ale dzieci – do tego niepełnosprawne – wraz z rodzicami przyszły do premiera i ich główki nie zostały ręce premiera udostępnione.

Za tę akcję empatii medialnej Mularczykowi należy się piątka z plusem, a za cynizm, który sypie się wraz z pakułami z jego wystąpień nawet powinien dostać szóstkę.

Czego to nie robi się dla dobra materialnego – własnego (Mularczyka) za pomocą niepełnosprawnych dzieci. W takiej konfrontacji przegrałby każdy polityk i tak się stało z Tuskiem.

Empatia medialna posła Mularczyka, którą wydobywa z telewizyjnej publiczności, jest godna landszaftu jelenia na rykowisku. Tym zwierzęciem politycznym jest poseł Solidarnej Polski.

Sakiewicz wymawia współpracę Salon24

Współpracownik Salon24.pl Tomasz Sakiewicz składa wymówienie temu portalowi blogerskiemu („nie widzę dalszej możliwości współpracy”).

A to z jakiego powodu? Cenzury. Bowiem „wcześniej nie zdarzały się tu tak drastyczne przypadki cenzury”.

A jakie wcześniej były nie tak drastyczne przypadki cenzury? Hę?

Sakiewicz posługuje się językiem polskim, jakim posługuje. Nie czytam go, bo jego płaski język polski jest pokrętny. Taki oksymoron prawicowy.

O wiele lepiej niż z językiem polskim Sakiewicz radzi sobie z naczalstwem „Gazet Polskich”. Wydobył je z niszy za pomocą biznesu smoleńskiego, który ostatnio kuleje, więc gazety nie budzą takiego zainteresowania prostych bezkrytycznych umysłów czytelników.

Sakiewicz oskarżył Ruch S. A., który przypuścił „atak” na „Gazetę Polską”. Jak atak można przypuścić? Granaty wrzucił dystrybutor do redakcji, czy co?

Nie! Chce zracjonalizować swoją logistykę. Ruch dostaje trzykrotnie więcej egzemplarzy „GP”, niż jest zapotrzebowanie rynku. Składuje, transportuje „GP”, czyli dopłaca.

Ruch nie jest monopolistą, ma tylko 40 proc. rynku. Niech Sakiewicz podpisze umowę na rozpowszechnianie z kimś, kto zechce dopłacać do transportowania „GP”.

Atak Ruchu na bohaterską „GP” to „wypowiedzenie wojny” (wszystkie sformułowania w języku polskim wzięte w cudzysłów są z Sakiewicza). Ruch blokuje jego gazety na zlecenie Rosji.

Ale Sakiewicz tak łatwo swojego Krymu nie odda. Ruch chodzi na pasku Rosji?

A na czyim pasku chodzi Sakiewicz? Na pewno nie jest to pasek profesjonalizmu dziennikarskiego.

Sakiewicz powinien zdecydować się zaskarżyć Ruch i zmierzyć się w sądzie. Na razie tylko straszy. Nawet wyroku nie obstawię u bukmachera, bo nie przyjmuje zakładów na wynik z góry wiadomy.

No, ale wtedy sąd może chodzić na pasku Moskwy.

IV filar bezpieczeństwa Polski – Ukraina

Donald Tusk wygłosił orędzie (krótkie – 7:46) w kontekście tego, jak poczyna sobie Rosja z Ukrainą.

Premier mówił o czterech filarach bezpieczeństwa Polski. Trzy już poznaliśmy: 1) 25 lat lat sielanki transformacji bez zewnętrznych zagrożeń.

2) pozycja PL w UE, coraz silniejsza.

3) sojusz NATO i nasze wzmożenie militarne.

I czwarty filar, który był powodem orędzia premiera. IV filar, który jest potrzebą, a który musimy dopiero wypracować. IV filarem bezpieczeństwa Polski jest Ukraina, której możemy pomóc w urządzeniu bezpiecznego i demokratycznego państwa. Ale musimy w sobie przepracować tragiczne relacje w historii.

Czy orędzie uspokoiło atmosferę w kraju, a przynajmniej uspokoiło tych, którzy Tuska słuchali? Jak każda oficjałka, można odbierać ją jako gadkę szmatkę. Wyraźnie jednak wyartykułowana została doktryna bezpiecznej Polski, najistotniejsze filary, które poprzez agresję Rosji w stosunku do Ukrainy, mogły spowodować zachwianie poczucia bezpieczeństwa.

Tusk powiedział: popracujmy nad czwartą nogą naszego bezpiecznego państwa. Powiedział do rodaków, powiedział pośrednio do zachodnich sojuszników. Jako kraj jesteśmy niewystarczająco silni, aby samotnie budować swoją przyszłość. Poprzez trzy filary, które dobrze funkcjonują, są solidne, możemy pomóc zbudować dla siebie i dla tej części Europy IV filar bezpieczeństwa – demokratyczną Ukrainą.