Kaczyński idzie w dobrym kierunku, taka jego szłość samojedna

spotkanieLiderów

Jarosław Kaczyński ma prawo być zadowolony po spotkaniu z liderami innych partii. Wokół jego demolki tyczącej nie tylko Trybunału Konstytucyjnego ma powstać Rada Dialogu Politycznego.

Dlaczego w Sejmie nie działa „dialog polityczny”, tylko ma działać w radzie? Czyżby chodziło o to, że za mało jest polityki w polityce sejmowej, jak masła w maśle animalnym? I ta rada. Czyżbyśmy zmierzali do kraju rad?

Na razie zwycięża bolszewizm pisowski. Nie podoba on się nigdzie poza PiS-em. Nie podoba się w Unii Europejskiej, ani w USA. Nie podoba się polskiemu społeczeństwu obywatelskiemu.

Element animalny, Grzegorz Schetyna, nie był tak zadowolony, jak specjalista od „dialogu politycznego” Kaczyński: „Nie widzę szansy i możliwości kompromisu przy takim założeniu, jakie zaprezentował prezes Kaczyński.”

Inny element animalny, Ryszard Petru, zagra w ruletkę dialogu społecznego: „– Ze strony PiS jest otwartość na wycofanie się z pewnych zapisów ustawy grudniowej o TK. Konkrety nie padły, ale ewidentnie będziemy poszukiwać porozumienia.”

A specjalista od demolki w swoim języku na koturnie: „Wiadomość jest dobra – nie świetna może, ale dobra. Będziemy dalej szli w tym kierunku.”

Chyba nie będziecie szli po Krakowskim Przedmieściu?

Idą nowe problemy – bynajmniej nie z Kaczyńskim po Krakowskim Przedmieściu – szef Rady Europy Thorbjoern Jagland będzie pytał prezydenta Andrzeja Dudę i premier Besatę Szydło o kolejne „dobre zmiany”: w mediach, tudzież powróci do Trybunału Konstytucyjnego.

Te dwa „elementy lepszego sortu” Duda i Szydło nie zdają egzaminu w żadnym dialogu, bo niespecjalnie chcą z nimi rozmawiać.

Może by „w tym kierunku” poszła delegacja Rady Dialogu Społecznego?

Pisowska klownada się rozpoczęła, będziemy szli i szli, taka „szłość samojedna”, jak w słynnych spektaklach antyreżimowych w PRL-u (Słupsk i Pleonazmus).

Szli i szli, ale nie doszli, bo przeszli. Słowa są Mirona Białoszewskiego. Wówczas literatura poradziła sobie z komuchami, poradzi z boszewizmem pisowskim.

jarosławKaczyńskiElementAnimalny

Więcej >>>

Kaczyński zdziecinniał, ale nie ma czemu się dziwić

kaczyńskiWtrójce

W wywiadzie dla radiowej Trójki Jarosław Kaczyński potwierdził swoją niedojrzałość – jako człowiek i polityk. Prezes PiS nie ma już czasu uzyskać tego, co dla wielu jest normalne. Kaczyński niedojrzały schodzi ze sceny politycznej i z życia.

Nie dojrzał, choć to zwykły tetryk. Ta niedojrzałość to niemoc intelektualna, starcze ględzenie. Inni się z nim nie zgadzają, więc tupie. W osobie Kaczyńskiego – i nie tylko w nim – starzec spotyka się z dzieckiem. Zdziecinnienie. I taką w tej chwili mamy w Polsce politykę – dziecinadę. Niedojrzały Kaczyński nie skonfrontuje się z innym, bo go nie stać psychicznie na wymianę argumentów. Nie przyjmuje do wiadomości, że nie ma racji, że demokracja intelektualnie została sformułowana przez umysły od niego ileś razy głębsze, lotniejsze, że zweryfikowany został ten byt ustrojowy w rzeczywistości. Jedynie ludzki i sprawiedliwy

Na temat polityki międzynarodowej Polski, gospodarki, prezes PiS zaprezentował klasyczną pulpą (tak świetnie narracyjnie i metaforycznie uchwyconą przez Tarantino). Pulpa jest nic niewarta intelektualnie, jest treściwie bezwwartościowa, ale nadaje się jej znaczenie emocjonalne, które polega na poplucia na wszystkich i na wszystko, na przekraczaniu granic smaku, przyzwoitości, etc.

Prezes PiS plwocinę (chark) „podarował”prof. Andrzej Rzepliński. Kaczyński plunął w górę, bo nie dorasta szefowi Trybunału Konstytucyjnego, więc plunięcie zwróciło się przeciw prezesowi. Nie pluje się w górę i pod wiatr, bo plwocina wraca i to na twarz.

Ale do tej wiedzy praktycznej trzeba być dojrzałym.

Dostało się Unii Europejskiej i USA, wiadomo dlaczego, bo upomnieli marionetki Kaczyńskiego, a tym samym ich promotora. Upomnienie dotczy podstaw, a więc alfabetu. A prezes i jego fuguranci (dlatego tak dobrani) to analfabeci w kwestii demokracji i nie tylko. Ten chark (międzynarodowy) wróci w dwójnasób..

Już jesteśmy osamotnieni w UE, a USA dystansuje się, jak podczas trwającej właśnie wizyty Andrzeja Dudy za oceanem. Będzie jeszcze gorzej. Nie ma tego złego, co by jednak na dobre nie wyszło. Mateusz Kijowski zaczyna być traktowany, jak Wałęsa w czasie reżimu PRL. Dokładnie idzie postrzeganie Polski w tym kierunku. Kaczyński nie zamknie Kijowskiego, bo nie ma mocy reżimu Jaruzelskiego, nie zaszczuje opozycji i KOD-u. Nie internuje, bo służby wypowiedzą posłuszeństwo. Może tylko pojedynczo wyłuskiwać persony – i tak będzie. Dlatego w rządzie mamy takie postaci, Jak Ziobro, Kamiński, Błaszczak.

Czy z pozycji Kaczyńskiego widać jego koniec? Z pozycji niedojrzałości, dziecinady, piaskownicy? Tak! On widzi przeczuciem, dlatego każde jego wystąpienie jest takie emocjonalnie. Kres przeżywa na głos. I taki jest wywiad z Kaczyńskim w radiowej Trójce, to znamię jego impotencji duchowej, intelektualnej i zwyczajnie ludzkiej (moralnej).

Więcej >>>

Karczewskiemu wyzionął rozum, jak to w sekcie PiS

olejnikZgadza

Pojęcie sekty jest nieprecyzyjne, ma charakter religijny, wyraża wiarę w niebyt i autorytety z cenzusem dogmatycznym. Religie głównego nurtu obdarzają tym pejoratywnym rzeczownikiem inne pojmowanie religijne niż własne, nakładając na nie infamię, jeżeli są w posiadaniu mocy prawnej.

Podobne zjawiska występują w polityce, sekciarskie zachowania. Swego czasu wybitny historyk Norman Davies nazwał PiS sektą, trafiając tę partię w splot słoneczny.

To tej pory PiS zalicza dechy, jako partia demokratyczna. Nam Polakom zdarzyło się nieszczęście, że ta sekta rządzi. Jeżeli chcemy być normalnym krajem z normalnie funkcjonującym społeczeństwem, tj. nowoczsnym, PiS musi odejść od władzy wcześniej niż później, bo zniszczy, jak szarańcza, czego się dotknie.

Oto komparatystycznie wpadł, jak śliwka w pewną substancję śmierdzącą, marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Nie znam gościa, ale słysząc kilka jego wypowiedzi, stwierdzam, iż rozumowi się nie kłania, bo nie wie, co to jest.

Przeciętniak do bólu, który nigdy nie powinien być w polityce, najwyżej odźwiernym jej, gdyby polska polityka była normalna. A już na to czas, bo trochę lat upłynęło po 1989 roku.

Mimowolnie Karczewski zdefiniował sektę PiS w rozmowie z Moniką Olejnik, która potrafi z takich Forrestów Gumpów wyciagnąć ich kompleksy.

Otóż papież Franciszek wyraża opinię wg Forresta Gumpa Karczewskiego („Mamy się zgadzać ze wszystkimi? Ja z panią redaktor i ja z Ojcem Świętym? Mogę się nie zgodzić z jakimś stwierdzeniem czy jakąś opinią”).

Opinię jak wiadomo wyraża też Komsija Wenecka i Trybunał Konstytucyjny. Pomijam kwestię, jaki  z Karczewskiego katolik, potrafi tylko na pokaz z rąk tworzyć piramidkę, podobno to modlitwa.

Ale autorytet dla Gumpa, który jest marszałkiem Senatu, to Jarosław Kaczyński. Pytany przez Olejnik, czy zawsze zgadza się z Jarosławem Kaczyńskim, odparł: – A oczywiście, że się zgadzam!

Typowa sekta polityczna, która dorwawszy się do władzy, nie odda jej w procedurach demokratycznych, ale trzeba wyrwać im ołtarze, święte figury wywieźć na śmietnik, pokazać ich nicość, żadność, zakłamanie.

Ciężka praca czeka opozycję i KOD. Walka z zakłamaniem jest najtrudniejsza, bo takie zło przeistacza się, to smok wielogłowy, utniesz jeden łeb, odrasta kolejny. Hydra.

Więcej >>>

Kaczyński – „Zmierzch wandala”

kaczyńskiKocha

Robert Krasowski zbudował swoją książkę polityczną na prostym antagonizmie Tusk – Kaczyński i dał jej tytuł „Czas Kaczyńskiego”.

Niewątpliwie to pisarz polityczny interesujący, który skupia na sobie uwagę językiem, niekoniecznie skalpelem analizy.

Proza polityczna Krasowskiego krwawi językiem, krwawi emocjami, ale ciągle to posoka, błękitna pisarska krew. Niemniej jest publicystą, a nie pisarzem stricte literatury pięknej. I zaznaczam, pisarzem politycznym w tej chwili sytuującym się w gronie najlepszych.

Ostatnia pozycja zawęźla polską politykę do dwóch przywołanych postaci, przy czym jedna z nich wędruje na tytuł, Kaczyński jako bohater publicystyki politycznej otrzymuje negatywne odium, ale antybohater Tusk jeszcze silniejsze.

Krasowski opisuje swoich bohaterem językiem psychologii, a nie socjologii, a nawet antropologii politycznej. Nie chcę decydować, czy to słabość jego pisania, acz mam o tym jednoznaczne zdanie.

Krasowski stawia trafne diagnozy, ale jego psychologizm nie potrafi wyciągnąć konsekwencji, zarysować scenariuszy rozwiązań, bo tak postawiony w jego narracji Kaczyński jest bohaterem. Oto w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” wychodzi poza czas polityczny opisywany w książce, poza „Czas Kaczyńskiego”:

„Słuszne oburzenie atakiem na Trybunał Konstytucyjny zbyt szybko przeszło w apokaliptyczną diagnozę, że Polska demokracja jest o krok od katastrofy. Tymczasem nie jest, to tylko kryzys wywołany awanturnictwem Kaczyńskiego oraz prymitywizmem jego politycznego warsztatu. Bo Kaczyński wszystkie problemy rozwiązuje młotem. Platforma próbowała przejąć większość w Trybunale dyskretnie, miękką intrygą, cichą manipulacją. A Kaczyński zamiast postąpić podobnie, w biały dzień zbombardował Trybunał. Jednak nie był to zamach na liberalną demokrację, to nie była próba budowy nowego ustroju, lecz zwykły wandalizm.”

To jednak tylko posoka, acz emocje krwawią. Wandal w jakimkolwiek systemie dokona swojego czynu, stanie przed odpowiedzialnością za niego. Chyba, że nie pozwoli być sądzonym, bo będzie nadal władał. A w tym wypadku zniszczy demokrację.

Tego nie jest w stanie zrobić Kaczyński, zaprowadzić w kraju nawet takiego więzienia demokracji, jak Orban na Węgrzech. Kaczyńskiemu zostanie wyrwany czerwony dywan spod nóg i znajdzie się na zimnej posadzce prawa i sprawiedliwości.

Wówczas liberalna demokracja będzie go sądzić. Wandal wydał na siebie wyrok sądzenia. O ile Tusk był pierwszym politykiem, który potrafił wyjść poza romantyczną narrację, o tyle Kaczyński będzie pierwszym po 1989 roku, który będzie poddany romantycznemu osądowi.

I w tym momencie dotykamy paradoksu polskiej historii, o której pisał Jarosław Marek Rymkiewicz, domagający się ofiar. Prezes PiS zostanie pierwszą ofiarą rewolucji romantycznej, antypozytywistycznej.

Cieszą takie książki, jak Krasowskiego, ale ten pisarz polityczny zatrzymuje się w pół kroku w opisie politycznego świata przedstawionego. Ten „Czas Kaczyńskiego” mógł być zachwując proporcje „Jesienią patriarchy”, jest tylko „Zmierzchem wandala”.

Więcej >>>

Kaczyński – zuchwały, twardy wróg nie fragmentów, ale całej rzeczywistości [KRASOWSKI]

Fragment książki politycznej Roberta Krasowskiego „Czas Kaczyńskiego”. Książki bardzo ważnej dla zrozumienia naszego zycia politycznego.

Fragment podaję za 300polityka.pl >>>

Przejęcie władzy przez Kaczyńskiego poprzedziły długie miesiące oczekiwania na apokalipsę. Bo w obrońcach status quo zwycięstwo PiS wzbudziło wielki strach. Kaczyński nie musiał nic robić, wystarczyło, że stał pośrodku politycznej sceny. Przez 15 lat wyrobił sobie wizerunek rewolucjonisty, twardego wroga rzeczywistości, nie jej fragmentów, ale całości. Państwo było skorumpowane, dyplomacja na granicy narodowej zdrady, gospodarka chora, bieda krzycząca. Przypominał radykałów, którzy twierdzą, że trzeba cały świat postawić do góry nogami, aby zaczął wyglądać normalnie. Ale nie miał radykalnych planów. Tusk i Rokita przez dwa lata chcieli koalicji z Kaczyńskim, bo wiedzieli, że jego krytyka szybuje na wysokim poziomie abstrakcji, a takie diagnozy są w polityce bezzębne. Petryfikacja struktury społecznej, peryferyjna mentalność, kapitalizm polityczny, postkomunistyczny cynizm, kryzys patriotyzmu – z takiego pułapu nie da się przejść do konkretnych decyzji. Kto szybuje tak wysoko nad ziemią, w polityce nawet kroku nie zrobi. W istocie, pod maksymalistyczną retoryką IV RP kryły się skromne decyzje. Chciał Kaczyński likwidacji jednej ze służb specjalnych, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego; chciał powszechnej lustracji; chciał powołania nowej służby specjalnej patrzącej władzy na ręce oraz reformy wymiaru sprawiedliwości. To był dość oczywisty pakiet w epoce wystraszonej korupcyjnymi aferami rządów SLD.

Jednak jego epoka – zwłaszcza jego wrogowie – widzieli w Kaczyńskim człowieka zdolnego do czynów wielkich, które Polskę zmienią. Na dobre lub na złe, ale zmienią głęboko. Powodem wyniesienia Kaczyńskiego nie były jego poglądy, lecz jego charakter. A dokładniej, jedna nitka tego charakteru: niezwykła zuchwałość. Odkąd pojawił się na politycznej scenie, nie uznawał żadnych zasad, żadnych granic, żadnych świętości. Stanął na politycznej scenie w 1989 roku, w świecie wyraźnych, opozycyjnych hierarchii i jako jedyny odmówił ich respektowania. Uderzał w każdego, kto mu stanął na drodze. A że stali najwięksi, z nimi wszystkimi poszedł na wojnę. Geremek mu zablokował karierę, więc Kaczyński sprawił, że nie został premierem. Mazowiecki go odtrącił, Kaczyński wypowiedział mu wojnę. Wałęsa zablokował sukces PC, rzucił się do gardła samemu Wałęsie. Wystarczyły dwa lata i walczył z całym solidarnościowym establishmentem. W walce nie uznawał reguł, oskarżał wszystkich o wszystko, Mazowiecki i Geremek byli kryptokomunistami, Wałęsa agentem. Ciężar zarzutów zawsze był niezwykły. Kaczyński szarżował bez umiaru, od faktu, że dwadzieścia lat temu Wałęsa był Bolkiem, przeskakiwał do oskarżenia, że będąc prezydentem, nadal jest agentem. Grał brutalnie nawet wtedy, gdy brutalność nie była potrzebna. W latach 90. namówił prezesa Sądu Najwyższego do startu w wyborach prezydenckich, ale się rozmyślił i cofnął mu poparcie. Mógł się rozstać dyskretnie, wybrał prostacką awanturę. Hall, który wydarzenia oglądał z bliska, wspomina: „Tego… nie sposób nazwać inaczej niż świństwem. Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego było nie tylko obrzydliwe, ale także irracjonalne”, a on sam „niepoczytalny”.

Ale było w Kaczyńskim coś więcej niż brak samokontroli. Był kierunek, w który skręcał, gdy kontrolę tracił. Zawsze w dół, w stronę praktyk ostentacyjnie brutalnych. Gdy trzeba było niszczyć rywala, Tusk sięgał po sztylet lub truciznę, dyskretne narzędzia niezostawiające śladów. Kaczyński odwrotnie, wolał pałkę lub kastet. Tłukł nimi przeciwnika na oczach wszystkich – dziko, zajadle, aż krew bryzgała dokoła. Jak wyrzucał kogoś z partii, to w aurze skandalu. Jak oskarżał, to ześlizgując się w oczywiste kłamstwa. Toczone przez niego wojny zawsze były brudne, nawet gdy racja była po jego stronie. Posuwał się do środowiskowych donosów, od niego Polacy dowiadywali się, że Wachowski zakłada Wałęsie kapcie albo że Kuroń pije wódkę z komunistami. Każdy polityk zna wiele podobnych historii, ale ujawniał je tylko Kaczyński. Dlatego inteligentom trudno było wytrwać u jego boku, uwodził ich diagnozą, ale zawstydzał praktyką. Zarazem brutalne zachowanie dawało mu osobliwą siłę. W swoich wrogach wzbudzał strach – szczery, głęboki, paraliżujący. Dzięki niemu zawsze miał więcej wrogów niż zwolenników. I to oni byli jego wojskiem. Jego prawdziwą siłą byli ci, którzy się go bali, a nie ci, którzy za nim stali. Bo większość zwolenników głosowała na niego dlatego, że w drugiej stronie wzbudzał tak wielki strach. To mu dawało wiarygodność. Prawdziwą armią Kaczyńskiego byli jego wrogowie wpatrzeni w niego jak zając w kobrę. To ich strach sprawił, że ponad dekadę cała polska polityka obracać się będzie wokół Kaczyńskiego, bez względu na to, czy ma władzę, czy nie.

Gdy w 2005 roku wygrał wybory, powszechnie uznano, że jego zuchwała brawura nikogo się nie wystraszy. Żadnej potęgi, żadnego autorytetu, żadnej świętości. Oczywiście był to mit, wielka pomyłka epoki. Nie było w Kaczyńskim tej zawziętej woli, która buduje wielkich buntowników. Jego nieobliczalność była nieobliczalnością publicysty gotowego wypowiedzieć każde zdanie, bez względu na to, jak szalone by było. Ale od słów do czynów droga daleka, wymagająca umiejętności, których Kaczyńskiemu brakowało. Uprzedzając dalsze fakty – Kaczyński, podobnie jak Miller, był wielkim graczem, ale władcą nijakim. Techniki politycznych gier znał perfekcyjnie, technik rządzenia w ogóle. Chciał podpalić III RP, ale nie wiedział, jak się rozpala ognisko. Jego rewolucja mogła się wydać groźna tylko przez jego osobistą zuchwałość. Swoje nieśmiałe plany przedstawiał dziesiątki razy, mimo to ciągle się wydawały drapieżne. Wszystko z powodu dziwnej natury tego polityka.

Kościół po stronie PiS, USA i Zachód po stronie KOD

nowaTargowica

Dla hierarchów Kościoła katolickiego kruszejąca się władza PiS w kraju załamuje im nadzieję na zaprowadzenia przyczółka miękkiej teokracji.

Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki zauważył, że Jarosław Kaczyński podąża śladami Chrystusa, a to dlatego, że wyciąga ręce do pojednania. Kaczyński jednać się chce na gruzach demokracji.

Jeszcze silniejsze przekonanie do gruzów ma poprzednik na stanowisku przewodniczącego Episkopatu abp Józef Michalik, dla którego wstąpienie Polski do UE i do świata zachodniego jest równoznaczne z Targowicą, bystrzak z Przemyśla nazywa to nawet „nową Targowicą”.

Nie będą zajmował się treścią wypowiedzi Michalika, bo nie warto, niewiele w nich wartości intelektualnej, a chrześcijańskiej zero.

Proponuję obwołać lidera KOD Mateusza Kijowskiego Antychrystem, bo ten zostanie wyżej potraktowany w USA niż urzędujący prezydent Andrzej Duda – w najsilniejszej i najbardziej liberalnej demokracji na świecie.

Pisałem wczoraj o zaproszeniu Kijowskiego na spotkania z Kongresem i Departamentem Stanu USA.

Ten ostatni przykład pokazuje, jak polityka jest nieprzewidywalna i dynamiczna. Kijowski zaczyna być traktowany przez cywilizowany świat, jak Lech Wałęsa w latach 80. ubiegłego stulecia, gdy panował nam miłościwie panujący reżim PRL.

Kijowski jest przedstawicielem demokratycznej Polski.

Uśmiałbym się, gdyby PiS posunął się dalej w demolce demokracji, a Kijowski wytrwał w KOD (wraz ze mną), i wpadłby mu pokojowy Nobel w ręce. W ten sposób demokracja w kraju dostałaby najwyższe wyróżnienie.

Podpowiadam „niepokornym”, aby dokumentowali w życiorysie Kijowskiego niezapłacone raty za alimenty, a IPN i jakiś Cenckiewicz opisali go sikającego do chrzcielnicy.

Obawiam się najgorszego, nie tego, że abp Michalik walnie się ze swoją retoryką polskiego katolicyzmu, bo to facet Lapsus, ale gdzie prowadzi Kaczyński.

Ranny odyniec uderza na oślep i na oślep ucieka. Zaś wiem, do jakiego gestu ostatecznego dla polityka powinien się odwołać Duda.

Dobro zawsze zwycięża, acz różne są drogi do sukcesu. Brawo Kijowski, brawo my!

Więcej >>>

Waszczykowski ćwiczy gesty Reytana

waszczykowskiZnów

Jarosław Kaczyński wykonał za mały znak pokoju. Zaświeciły mu się w oczach i słowach świąteczne serduszka (nie te od Owsiaka, ale katolickie), polscy politycy podjęli temat. Czemu, nie – możemy pogadać o pokoju i kompromisie, czyli rozważyć jak konstytucję nagiąć do kaczyzmu.

Takie tam gdakanie ze strony opozycji, a prezesa – kwakanie.

Prezes nie zwrócił się do największej opozycji w kraju KOD, ale Mateusz Kijowski nie jest w parlamemcie i w cuglach wygrałby bój z „niezłomnym” Dudą.

Nie tylko znak pokoju nie dotarł do Kijowskiego, ale nie dotarł do szefa Rady Europejskiej Thorbjoerna Jaglanda i wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa.

Ci dwaj przyjadą na długo przed przyjazdem papieża Franciszka do Polski, bo już na początku kwietnia.

Czy nie słyszeli w Brukseli o trudnej sytuacji w Europie? A to, że Rosja zagraża nie tylko Ukrainie, czy nie słyszeli w Brukseli o zamachach terrorystycznych w Brukseli?

A prezes prosi, poczekajcie, aż papież wyjedzie, tj. do końca sierpnia. Może już nie będziecie mieli do czego przyjeżdżać, bo w kraju nad Wisłą, priwislanskim, nie będzie demokracji.

I co?  O czym z wami miałby wówczas prezes gadać? O demokracji, której może nie być? Poczekajcie, znak pokoju poszedł na razie w Polskę, pójdzie w świat.

Tymczasem szef dyplomacji Witold Waszczykowski ćwiczy Reytana.

Pierś swą odważną obnaża i trenuje krzycząc w drzwiach swego gabinetu: „Będę pytał: po co to drążycie?”.

Ja osobiście cieszę się, że Waszczykowski jest mało kumaty, bo w tej frazie lingwistycznej obnażył się psychologicznie, jako Reytan.

„Drążycie”, czyli chłopię (z Gombrowicza) „drży”. Po staropolsku: robi w porcięta.

Jest wyjście: w drzwiach na Okęciu, a może nawet na lotnisku im. Lecha Wałęsy, postawić, jako Reytana, Beatę Szydło.

Po pierwsze, oryginalne. Kobieta jako Reytan w polskiej kulturze jest nieobecna, kobiety tylko rwą szarpie. A po drugie i najważniejsze, Szydło nie zna sie na Unii, nie dość, że nie wie, kiedy Polska została do niej przyjęta, ale i kiedy powstała.

W tym wypadku to jest zaleta. Mądrością wszak jest, aby słabości przekuć na siłę.

Nie wspominam, że Reytanem może być Andrzej Duda, ale to oczywista oczywistość, wszak to niezłomny.

W każym razie prezesie, twój znak pokoju diabli wzięli, w Europie nie znają się na tych katolickich gestach, tak jest ona zlaicyzowana, dzisiaj brakuje takich mężów stanu jak ks. Tiso. Warto pomyśleć o tym. Gdy otworzy się okienko transferowe do posad w Unii Europejskiej, PiS jako partia rządząca w Polsce może zgłosić swego kandydata w habicie, o. Rydzyka, który jest znany z reytanizmu, jak mało kto.

O. Rydzyk w znakach pokoju jest biegły, ma nawet doktorat z teologii, ale przede wszystkim jest świetny z wyciągania szmalu z budżetu. Po kiego diabła ma być przyssany do budżetu w Warszawie, którego nie starcza na populizm i ratingi nam dołują, a niech przyssa się w Brukseli, wyciągnie dla siebie i dla biliona Mateusza Morawieckiego.

Oni w nas opiniami Komisji Weneckich, to my w nich Reytanami. Tyle o znaku pokoju prezesa Kaczyńskiego.

Więcej >>>

Duda na resorach. Zawartość intelektualna wywiadu dla „Washington Post”

wywiad

Andrzej Duda jest odbiciem prezesa PiS w kilku zasadniczych kwestiach. Ten sam cynizm i językowa pokrętność, aby ukryć bezprawie. No i spod tego opakowania wychodzą pakuły absurdu. Gdy takie kwestie przepuszczone są przez filtr umysłu i opuszczają usta, stają się immoralne. I takim wartościom „niezłomnym” hołduje Duda.

W wywiadzie dla „Washington Post” przed  IV Szczytem Bezpieczeństwa Nuklearnego w Waszyngtonie prezydent powtarza pisowskie mantry na temat Trybunału Konstytucyjnego, mediów i innych demolek swej partii, które uzyskiwały jego parafy.

Duda nawet bierze na klatę Trybunał Stanu: „I biorę odpowiedzialność za wszelkie decyzje, które podejmuję”. Duda ma teścia wybitnego poetę Juliana Kornhausera i to zdania winno być zakończone: „…które parafuję”.

Zwracam uwagę Dudzie, że jezyk polskim źle znosi wewnętrzne pęknięcia, w jego ustach zamienia się w tombak. Tak Duda wygląda: błyszczy tombakiem (oczywisty oksymoron).

Duda o mianowanych przez pisowskich posłów sędziach Trybunału Konstytucyjnego: „„zgodnie z polską konstytucją TK nie jest upoważniony do oceniania uchwał, na podstawie których mianowani są sędziowie”.

Zatem. Dlaczego nie przyjął przysięgi 3. sędziów mianowanych przez poprzedni Sejm?

Tombak Dudy. W ten pośredni sposób przyznaje się do złamania konstytucji, bo postąpił niezgodnia z nią, gdyż nie przyjmując przysięgi „ocenił uchwały”.

Dobry adwokat zada pytanie oskarżonemu Dudzie: „Co stało na przeszkodzie, że oskarżony Duda nie postapił zgodnie z konstytucją?”

Duda będzie miał dwie odpowiedzi, gdy uzyska wreszcie cechę charakteru nazywaną moralnością, a nie prezentowaną dotychczas amoralność.

Pierwsza odpowiedź: „Przeszkodą był prezes Kaczyński, który różnymi metodami wymógł na mnie bezprawie konstytucyjne”.

Druga odpowiedź oskarżonego Dudy: „Nie odpowiem, bo nie jestem tak wybitnym konstytucjonalistą, jak prof. Andrzej Rzepliński, ani jak wizytujący prawnicy z Komisji Weneckiej”.

W tym wywiadzie podobnych mantr pisowskich typu „wina Tuska” jest mrowie. Ten wywiad, jako dokument umysłu jest niewiele warty, bo to cyrograf niesamodzielności intelektualnej i politycznej.

Jeszcze jeden grzybek z tej zatrutej zupy prezydenta Dudy. Poprzednia koalicja chciała „przejąć na własność TK”. Ależ muchomor.

Jak?

Jeszcze raz proszę Dudę, aby udał się na naukę języka polskiego do wybitnego poety Kornhausera. Bo równie dobrze mógł powiedzieć – absurd pisowski – iż Platforma Obywatelska przejęła na własność Komisję Wenecką, która wydała opinię zgodnie z interesem PO, itd.

„Bzdury na resorach” należy zmienić na „Dudy na resorach”. Blisko to nawet lingwistycznie słynnej gumy BMW.

Duda więc szybko uczy się złych rzeczy. Już za późno, aby zszedł z tej amoralnej ścieżki, bo po niej się człowiek stacza.

Jeżeli Kaczyński przypomina Króla Ubu, bo prezypomina, to Duda Ubeka, a nie Ubika. Nie jestem od wyjaśniania naszym niezgułom politycznym, jak tak gra semantyczna winna być czytana. Kroi się więc groteska (inspiracja Jarry) o Kaczyńskim i Dudzie: „Ubu i Ubek”, a może z gombrowiczowska: „Ciumkała i Pyckal”, itd.

Prezydencie Duda, twój pokrętny portret jest w polskiej (i nie tylko) literaturze dawno opisany, nawet w „Quo vadis”. Niczego się nie uczysz, idziesz w zaparte.

Nie napiszę, jak twój Gepetto, że zostałeś wybrany przez pomyłkę, bo oszwabiałeś w trakcie kampanii wyborczej. Ale nie dorastasz do funkcji, jesteś niedojrzały intelektualnie i duchowo. Widać w tych mantrach, które przekazałeś w wywiadzie dla „Washington Post”.

Więcej >>>

Kaczyński orędziem, więc nie będę gorszy

kaczyńskiApeluje

Jarosław Kaczyński w Wielki Czawartek wygłosił krótkie orędzie do narodu. Siedźcie cicho, bo przyjedzie papież. Może do tego czasu cały naród chwycę za twarz.

Nie to było przesłaniem prezesa PiS? Polska się sypie, demokracja zdemolowana. Nie funkcjonuje Trybunał Konstytucyjny, strażnik konstytucji, a więc nie funkcjonuje konstytucja.

A Kaczyński: siedźcie cicho. PiS szuka na Zachodzie agencji od wizerunku. Ależ niekompetencja, aby nie wiedzieć, od czego są agencje PR-owskie.

Kołtuna nie zasłoni żaden kwiatek, ani wstążka, także welon, nawet gdyby wybrańcem Kołtuna miał być Orban.

Kaczyński straszy Rosją, terrorystami. Macie siedzieć cicho. A co Rosja dopiero teraz się pojawiła na globusie i jako nasz problem geopolityczny? A terroryści wcześniej nie dokonywali zamachów? Przy okazji dowiedziałem się, że Kołtun, przepraszam: Beata Szydło nie odróżnia uchodźców od terrorystów.

O niej szkoda gadać, ale jest premierem. I wstyd na cały świat. Ojciec narodu ma świadomość, że rozwalone zostały służby porządkowe, nie ma nawet komendanta głównego policji, bo minister „Śmiech na Sali” Błaszczak (Mariusz) niedopatrzył, ale ma projekt ustawy antyterrorystycznej, który w obecnym brzmieniu jest w stylu: „ni przypiął, ni przyłatał” do problemu.

Ale „przyłatać” pałą można KOD-owi. Dorwała się do władzy „dobra zmiana” ośmieszająca Polskę i Polaków na całym świecie, a prezes chce mieć spokój na święta, a potem do przyjazdu papieża Franciszka.

Co? Nie będzie się uchwalać ustawy anteterrorystycznej, anu innych antydemokratycznych ustaw? Tak spieprzyć kraju nie udało się nawet komuchom. Polsce jest potrzebny spokój bez Kaczyńskiego.

Moje orędzie kończę tak: polska polityka bez Kaczyńskiego będzie spokojna nawet długo po wyjeździe papieża. Na święta życzy się „po polsku” przysłowiowego jajeczka, Kaczyński zafundował dwuminutowe jaja („ale jaja”).

Na tym kończę moje orędzie! Do przyjazdu papieża bez Kaczyńskiego, a potem się zobaczy.

Więcej >>>

Kuchciński zadynda na paragrafach przed Trybunałem Stanu

marszałekKuchciński

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński wydał oświadczenie z mocą publicystyczną, że mamy kres obowiązującego prawa w Polsce na fundamencie Koństytucji RP, obowiązuje od tej chwili bezprawie.

Publicystyka Kuchcińskiego jest, jak on. Żadna, nie potrafi sklecić sensownego zdania podrzędnie złożonego, dlatego nie występuje w mediach, bo ośmieszyłby się, a dziennikarz średniego sortu zmiażdżyłby go.

Ale właśnie te „zasługi” wywindowały go na drugą pozycją w kraju po prezydencie. „Każdy w teczce nosi sort Kuchcińskiego” (nowe przysłowie polityczne).

Kto zatem jest autorem publicystyki Kuchcińskiego? Sprawca tego, co się dzieje w Polsce, jest Jarosław Kaczyński. O ile, Andrzej Duda może liczyć z dużym prawdopodobieństwem na Trybunał Stanu, to sprawca demolki Polski tylko na zwykły sąd karny. Splendor Trybunału Stanu ominie Kaczyńskiego.

Ale niech pomyśli, jak zdegradować Beatę Szydło do rzędu burmistrza Brzeszcz, aby samemu zbierać zasługi na Trybunał Stanu, jak oficer baretki.

Kuchcińskiemu zaś nie pomoże to, że będzie się tłumaczył, iż publicystyka nie jest jego dziełem, bo on nie potrafi się nią posługiwać.

Prawo nie zna czegoś takiego, jak nieznajomość prawa. Nie znasz prawa, odpowiadasz za jego przekroczenie. W innym wypadku złodziej tłumaczyłbym się, że nie wiedział, iż jest paragraf na jego czyn. A dlaczego? Bo złodziej – tak mógłbym się tłumaczyć – dokonałby innego czynu.

Podobnie jest z Kuchcińskim? Nie tłumaczy, że oświadczenie jest ponad jego intelektualne możliwości, ale oświadczenie jest dokumentem w tej chwili już prawnym sygnowane jego nazwiskiem.

A ten dokument oświadczenie stwierdza – wg norma prawnych – że marszałek Kichciński ogłosił obowiązujące w Polsce bezprawie.

Będę owe bezprawie nazywał Bezprawiem. Oto Bezprawie sygnowane przez Kuchcińskiego stwierdza, że Trybunał Konstytucyjny stawił się ponad prawem.

Co jest Bezprawiem pod nomenklaturą Kuchcińskiego? Albowiem Trybunał Konstytucyjny nie mógł się stawić ponad prawem, bo stosuje Konstytucję RP.

Trybunał Konstytucyjny ma nawet potwierdzenie swego stanowiska praworządności wobec Konstytucji PR wydane przez Komisję Wenecką.

Opinie Komisji Weneckiej nie są obowiązujące, ale są wykładnią. A to – publicysto z drugiej ręki, Kuchciński – jest obowiązujące w każdym prawie: w prawie rzymskim (czyli polski) i anglosaskim, prawu nadającym nawet większe znaczenie.

Wykładnia! Powtórz, publicysto z drugiej ręki! Wykładnia!

Dlatego, publicysto Kuchciński z drugiej ręki, przybyła Komisja Wenecka do Polski.

Tym aktem oświadczenia nieświadomy Kuchciński zadynda na niejednym paragrafie przed Trybunałem Stanu, bo to jest dokument orzekający, iż w Polsce obowiązuje Bezprawie PiS.

Bezprawie – jak wiadomo – unieważnia prawo.

Więcej >>>