Ash, 07.01.2017

 

Timothy Garton Ash: Patrzę na Polskę. Śmieję się i płaczę

Timothy Garton Ash, 07 stycznia 2017
Timothy Garton Ash
1 ZDJĘCIE

Timothy Garton Ash (Fot. Mateusz Skwarczek)

Cieszę się, bo znowu ci krnąbrni Polacy przystępują do walki o wolność. Płaczę, bo taka mobilizacja nie powinna być potrzebna po 27 latach demokracji.
Rok temu napisałem komentarz, w którym przestrzegałem przed zagrożeniami w polskiej polityce. Ukazał się w „Guardianie” pod dramatycznym tytułem „Niszczone są filary polskiej demokracji” i spowodował gniewne reakcje zwolenników rządzącego w Polsce Prawa i Sprawiedliwości.Tytuł był, jak wtedy, szczerze mówiąc, sądziłem, nieco przesadzony. Jednak po roku widzę, jak coraz bardziej dewastowane są filary liberalnej polskiej demokracji. Jak chwieją się, choć jeszcze nie zostały zniszczone.

Timothy Garton Ash: Uwaga, Polska na zakręcie

Kiedy myślimy o stosowalności w przypadku Polski skrótowej formuły „nieliberalna demokracja”, winniśmy rozróżnić dwie rzeczy. Po pierwsze, mamy ideologiczno-kulturalno-polityczny program narodowo-populistycznej partii, która wygrała jednocześnie wybory parlamentarne i prezydenckie.

Nieżyczliwie można go nazwać połączeniem konsekwentnego antyliberalizmu z zastarzałym resentymentem zaprawionym paranoją. Nie lubię znakomitej części PiS-owskiego pakietu, jednak większość wyborców dała jasno do zrozumienia, że woli go od reszty oferty, a zwycięska partia ma prawo realizować swoją politykę.

Nie ma jednak prawa rozmontowywać instytucji, które umożliwiają społeczeństwu dokonywanie wolnych, przemyślanych wyborów, zapewniając zarazem ich wzajemną kontrolę. A to właśnie robi PiS.

Często oglądam polską telewizję publiczną. Niemal z dnia na dzień zamieniła się ona z nieco nudnego, lekko prorządowego kanału w tubę propagandową PiS-u.

Szopka noworoczna w TVP, czyli Sikorski jako „pan Applebaum”, a Rzepliński gada z penisem. Wolski: „Nic bym nie zmienił”

Trybunał Konstytucyjny poddany został kontroli sędziów związanych z partią rządzącą mimo protestów społecznych organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji i kolejnych ostrzeżeń Brukseli, że łamane są unijne zasady rządów prawa.

W zaproponowanym wariancie projekt ustawy o zgromadzeniach przewidywał rzecz niesłychaną: że zarejestrowana demonstracja, powiedzmy partii opozycyjnej, przegrywa z później zarejestrowaną demonstracją rządową lub, uwaga, kościelną.

Podczas Bożego Narodzenia Sejm zamienił się w farsę, kiedy opozycja zaczęła okupować mównicę, a posłowie rządzącej partii przenieśli się do sąsiedniej sali, gdzie w chaosie unoszonych rąk uchwalili ustawę budżetową. Analitycy przewidują, że kolejnym krokiem może być zmiana ordynacji wyborczej.

Ruch Kontroli Wyborów proponuje zmiany w systemie wyborczym. „Prosił o to marszałek Kuchciński”

Ale bardziej niż tempo i zajadłość tej „orbanizacji” szokuje słabość, jaką objawiły instytucje polskiej liberalnej demokracji, na którą nakłada się słaba jakość opozycji.

Zamiast umacniać instytucje, Polska cofnęła się do żywej tu tradycji protestów pozaparlamentarnych, wizji społeczeństwa organizującego się obok państwa lub przeciw niemu. Niektóre z tych demonstracji robią wrażenie, zwłaszcza tzw. czarny protest, podczas którego dziesiątki tysięcy kobiet zabrały głos przeciwko katolicko-konserwatywnemu zaostrzeniu prawa aborcyjnego.

Przede wszystkim jednak, kiedy patrzę na marsze przeciągające ośnieżonymi ulicami polskich miast i słyszę znajomą kadencję skandowania, kiedy stary dobry Lech Wałęsa mówi, że „patrioci muszą się zjednoczyć”, żeby pozbyć się PiS-u bliżej nieokreślonymi „mądrymi, atrakcyjnymi i pokojowymi” metodami, chce mi się naraz śmiać i płakać.

Cieszę się, bo znowu ci krnąbrni Polacy przystępują do walki o swoją wolność.

Płaczę, bo taka społeczna mobilizacja nie powinna być potrzebna po 27 latach parlamentarnej demokracji.

Jak mówi Brechtowski Galileusz, „nieszczęśliwy jest kraj, który potrzebuje bohaterów”. Jeśli mamy dobrze funkcjonujący parlament, silny, niezależny sąd konstytucyjny, bezstronne media publiczne i profesjonalne służby publiczne, nie potrzebujemy Komitetu Obrony Demokracji. Liberalna demokracja winna mieć własne, wbudowane mechanizmy obronne, jak zdrowy organizm swój układ odpornościowy.

Powiecie, że polska demokracja jest taka młoda. Owszem, ale gdyby to były Niemcy zachodnie i punkt startowy w roku 1945 – mielibyśmy już rok 1972. 27 lat od nowego otwarcia Niemcy, które przeżyły o wiele gorszą dyktaturę, miały, jak się zdaje, znacznie silniejszą strukturę instytucjonalną niż ma Polska pod naporem populizmu. Nie posunę się do powtarzania starego dowcipu, że Niemcy potrafią sprawić, że każdy system będzie działać, a Polacy każdy obalić.

Ale rzuca się w oczy kontrast między niemiecką umiejętnością budowania sprawnego państwa i siłą polskiego społeczeństwa umiejącego zorganizować się przeciw państwu.

Co robić? Teoretycznie UE może już w marcu odwołać się do artykułu 7 traktatu europejskiego, który przewiduje sankcje przeciwko krajowi członkowskiemu uporczywie naruszającemu europejskie normy, w tym zasadę rządów prawa. W praktyce każdy taki krok zablokują Węgry i prawdopodobnie nowy najlepszy przyjaciel Polski – Wielka Brytania.

Troska wyrażana przez Europejczyków ma swoją wagę, ale to, co stanie się w Polsce, zależy od samych Polaków.

Gdyby, co mało prawdopodobne, młody Polak lub Polka poprosili mnie o radę, przypomniałbym im hasło niemieckiego roku 1968: „Długi marsz poprzez instytucje”. Ten długi marsz nie musi być tak atrakcyjny jak demonstracje przed parlamentem, ale to, czego Polska potrzebuje, to ludzi z zasadami. Wykształconych, gotowych pracować w jej parlamencie, sądach, służbie publicznej, szkołach i mediach. Ludzi, którzy wzmocnią system odpornościowy ciągle zastraszająco kruchej demokracji.

*Timothy Garton Ash – ur. w 1955 r., brytyjski historyk, jako jeden z pierwszych opisał fenomen „Solidarności”. Dziś profesor europeistyki na Uniwersytecie Oksfordzkim, senior fellow w Hoover Institution na Uniwersytecie Stanforda

przeł. Sergiusz Kowalski

 

znow

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.