Donald Trump, 09.11.2016

 

Trumpizm

Jarosław Makowski
9.11.2016
środa

Jeśli nie wierzyliście w powiedzenie, że w Ameryce wszystko jest możliwe, to teraz już wiecie, że w USA wszystko jest jednak możliwe. 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki zostaje Donald Trump.

1.

Żyliśmy w przekonaniu, że co jak co, ale Ameryka nigdy nie popadnie w skrajny populizm czy radykalizm, bo Amerykanie cenią sobie zdrowy rozsądek i umiarkowanie. Od dziś już wiemy, że to były płonne nadzieje. Prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje polityk, który do kosza zdaje się wrzucać to, co charakteryzowało – niezależnie od tego, kto rządził Ameryką – jej politykę: przewidywalność i racjonalność.

Dlatego już sam udział Donalda Trumpa w boju o Biały Dom, polityka, któremu amerykańskie media dzień w dzień wyciągały nieuczciwość, pokazywały niekompetencję, arogancję, seksizm musiał być przykrym doświadczeniem. I to dla każdego myślącego i przyzwoitego Amerykanina. Jednak dziś się okazało, że nie dla większości. Większość zagłosowała właśnie na Trumpa. Dlaczego?

2.

Po pierwsze, jest jedna rzecz, która łączy Obamę i Trumpa. To sztuka mobilizacji swojego elektoratu. Obama wygrał i w 2008, i w 2012 roku, bo potrafił mobilizować swój twardy elektorat. Budził entuzjazm. Podobnie jak dziś swój elektorat potrafił mobilizować Trump. Clinton na ich tle była zimna i nudna. Przeciwnicy byłej sekretarz stanu do żywego jej nienawidzili. Zwolennicy zaś okazywali obojętność. Wniosek: jeśli nie potrafisz budzić entuzjazmu, jeśli nie porywasz swojego elektoratu, zapomnij o starcie w wyborach. To przepis na klęskę.

Po drugie, Amerykanie, głosując na Trumpa, pokazali środkowy palec elitom. Pokazali, że mają już dość politycznych rodzin, które żyją z polityki. W Clinton zaś jak w soczewce skupiają się wszystkie grzechy waszyngtońskiego establishmentu: bezkarność, niejasne powiązania towarzyskie, arogancja, wielkie pieniądze. Trump, choć sam jest członkiem tej skorumpowanej elity, w bezpardonowy sposób ośmielił „zwykłych Amerykanów”, by całe to towarzystwo odesłać do lamusa. Amerykanie pokazali więc środkowy palec elitom. Sęk w tym, że teraz najpewniej zobaczą ten sam środkowy palec, ale ze strony swojego nowego prezydenta.

Po trzecie, nie wygrał Trump, ale przegrała Clinton i Partia Demokratyczna. Trzeba mieć duże pokłady arogancji, by w boju o Biały Dom postawić na kandydatkę, która ma tak wiele „trupów w szafie”. Ich liczba, jak również rzucanie kłamstw lub półprawd przez Trumpa pod adresem Clintonów (Bill i jego przeszłość nie pomagała…), który nie był z tego należycie rozliczany przez tradycyjne media, sprawiły, że Clinton – szczególnie białym Amerykanom klasy średniej – wydała się postacią spod ciemnej gwiazdy. Krótko: Amerykanie uznali, że Trump jest mniejszym złem niż Clinton.

Po czwarte, jak wiemy, dużo łatwiej rządzi się poprzez strach niż miłość. Trump grał na wszystkich lękach, które dotykają dziś Amerykanów – szczególnie tych białych, należących do klasy średniej, którzy stali się ofiarą globalizacji, gdyż w jej wyniku najwięcej stracili: niepewności co do jutra i spłaty kredytów, ograniczone możliwości znalezienia dobrej pracy czy utraty obecnej, niemożności opłacenia studiów dla swoich dzieci. Co więcej, raj, który prezydent Trump ma przywrócić w Ameryce, jest prosty do odtworzenia: trzeba wywalić nielegalnych imigrantów, wybudować mur na granicy z Meksykiem, otworzyć pozamykane kopalnie i huty, dogadać się z Putinem… To nic, że to wszystko mrzonki. Ważne, że wszystkie te hasła pieściły ucho i masowały serce wielu Amerykanów. A że to iluzja, to przekonają się oni dopiero za kilka miesięcy na własnej skórze.

I rzecz ostatnia: wybór Obamy, wbrew temu, co wielu sądziło, nie zakopał podziałów rasowych. Przeciwnie: on je na nowo ożywił. O ile jednak biali Amerykanie swój rasizm chowali pod dywan, gdyż obowiązywała polityczna poprawność, o tyle Trump powiedział im, że nie muszą się już dłużej wstydzić, że są rasistami. Że w końcu mogą być sobą. I mówić to głośno. Trumpa wskrzesił, skutecznie, sentyment, że Ameryka znów może/musi być wielka, czyli biała. Nie kolorowa.

3.

Tak czy siak 9 listopada 2016 roku skończyła się Ameryka, jaką znamy: przewidywalna, angażująca się w sprawy świata, budujące koalicję na rzecz demokratycznego świata i wolności, tolerancyjna. 9 listopada zaczął się w Ameryce nowy system, któremu na imię „Trumpizm”. A to oznacza więcej amerykańskiego izolocjanizmu, więcej populizmu w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, bratania się Waszyngtonu z takimi towarzyszami „krzewienia demokracji” jak Putin. To oznacza również osłabienie NATO i ochłodzenie stosunków z Unią Europejską.

Trumpizm znaczy więcej ryzyka, więcej nieprzewidywalności, więcej niepewności. Jeśli chcieliście żyć w ciekawych czasach, to właśnie się one zaczynają. Choć zarazem trzeba dodać: będą to również czasy niebezpieczne! Dzień dobry w nowym niebezpiecznym świecie! Ciekawe, czy Wam się spodoba?


http://makowski.blog.polityka.pl/2016/11/09/trumpizm/?nocheck=1

Prezydent Trump. Wściekłość i gniew

Leszek Jażdżewski
9.11.2016
środa

9 listopada 1989 roku upadł Mur Berliński. Dokładnie 27 lat później. 9 listopada 2016 r. Donald J. Trump został 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Data ta przejdzie do historii jako koniec ery zapoczątkowanej obaleniem komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej i rozpadem ZSRR.

Donald Trump jest wulgarnym narcyzem, wykazującym się kompletną ignorancją w kwestii spraw publicznych, szczególnie polityki zagranicznej. Gardzi kobietami, chce zamknąć kraj na imigrantów, żąda haraczu w zamian za ochronę od amerykańskich sojuszników na świecie. Trumpa popierają ludzie głoszący otwarcie rasistowskie hasła, jego kampanię aktywnie wspierał Kreml. Nowy prezydent USA okazał się bez wątpienia najmniej odpowiednim kandydatem na to stanowisko w najnowszej historii, a mimo to wygrał.

Wola zmiany, odrzucenia wszystkiego, co reprezentuje sobą establishment, chęć odwrócenia skutków globalizacji i wielokulturowego społeczeństwa, w którym biała większość traci swoją dominującą rolę, okazała się nieprzezwyciężona. Hillary Clinton sprawiała w kampanii wrażenie głęboko niewiarygodnej. Jej niezdolność do inspirowania nawet swoich zdeterminowanych zwolenników – mimo poparcia mediów, rekordowych wpłat na kampanię, skandali, które generował Trump – przyniosła jej klęskę.

Kampania Clinton nie potrafiła wygenerować z siebie samodzielnego przekazu, który przekonałby wyborców, czemu powinna zostać prezydentem. Momentami kampania wyborcza przypominała starcie doskonałego androida z odrażającym, ale autentycznym człowiekiem. Być może Clinton ma wiele kwalifikacji na najwyższe państwowe urzędy, nie ma jednak podstawowej cechy do tego, żeby być politykiem zajmującym najważniejsze stanowisko na świecie – nie budzi sympatii. W czasach masowej demokracji, gdzie władza elit nad ludem słabnie, to dla polityka podstawowa wada, która uniemożliwia zwycięstwo.

Nikt tak naprawdę nie wie, jak będzie wyglądała prezydentura Donalda Trumpa. To oustsider, który nigdy nie zajmował się polityką. Jego wrogie przejęcie partii republikańskiej było naturalną konsekwencją osuwania się jej w teorie spiskowe – na temat muzułmańskiego wyznania Obamy czy jego nieamerykańskiego pochodzenia. Republikanie stali się partią blokującą proces polityczny, dezawuującą Obamacare – reformę służby zdrowia jako socjalizm. Podsycając radykalne nastroje, otrzymali kandydata, który przelicytował wszystkich – obiecując budowę muru na granicy z Meksykiem (za pieniądze… Meksykanów) i zamknięcie kontrkandydatki w wyborach w więzieniu.

Trump okazał się niezwykle skutecznym manipulatorem i demagogiem, odpornym na skandale, których jedna dziesiąta zatopiłaby kampanię innego kandydata. Umiejętnie wykorzystał i podsycił wściekłość i gniew rozpalający amerykańskich wyborców. Clinton, demokraci i lewicowo-liberalne media mogły mu przeciwstawić tylko strach i wstyd. Okazało się, że to za mało. W walce bez reguł wygrywa ten, kto umiejętniej bije poniżej pasa. Trump okazał się na tym polu bezkonkurencyjny. Wskazuje kierunek, w którym podążać będzie demokracja masowa, pozbawiona pierwiastka liberalnych ograniczeń. Liczyć się będzie tylko i wyłącznie naga brutalna siła i skuteczność w zniszczeniu przeciwnika. Zwycięzca bierze wszystko. Amerykański system checks and balancesjest kagańcem, który Trump poczuje dzień po zaprzysiężeniu, ale można być pewnym, że zrobi wszystko, żeby go rozsadzić, zwłaszcza po tak niespodziewanym spektakularnym zwycięstwie. Może liczyć na poparcie zdeterminowanych wyborców, czujących wiatr historii w żaglach.

Ameryka z Trumpem sobie poradzi, przetrwa go, choć kosztem swojego globalnego znaczenia. Gorzej z porządkiem światowym, którego USA wciąż są najważniejszym gwarantem. Nadchodzą czasy anarchii, w których powróci klasyczna doktryna stosunków międzynarodowych oparta na rywalizacji w grze o sumie zerowej i twardego stosunku sił. Państwa słabsze będą zmuszone do podporządkowania się – ekonomicznego i politycznego – silniejszym. Liberalizm i demokracja będą dobrami limitowanymi. Klasyczne konflikty zbrojne między państwami będą bardziej prawdopodobne. Świat z wycofanymi za ocean USA stał się dużo bardziej niebezpieczny.

To czas, żeby się jednoczyć i zbroić. Kto chce pokoju, niech szykuje się do wojny.

 


http://jazdzewski.blog.polityka.pl/2016/11/09/prezydent-trump-wscieklosc-i-gniew/?nocheck=1

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.