Sadurski, 05.09.2016

 

Zła obrona dobrego imienia

Wojciech Sadurski*, 05.09.2016

Hanna Pyrzyńska

Przyjęty przez rząd na wniosek ministra Zbigniewa Ziobry projekt zmian ustawowych, mających na celu „obronę dobrego imienia Polski”, jest prawniczym potworkiem. Ale też nie o prawo tu chodzi, tylko o godnościowe nadęcie połączone z przypodobaniem się nacjonalistycznej prawicy i – jednocześnie – pogrożeniem historykom i publicystom, gdyby mieli pokusę głoszenia niewygodnych prawd niezgodnych z obecną oficjalną polityką historyczną.

Projekt nowego zapisu ustawy o IPN głosi, że kto publicznie i wbrew faktom przypisuje narodowi polskiemu lub państwu polskiemu odpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub inne zbrodnie przeciw ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat trzech. W przyjętej dziś przez rząd retoryce przepis ten prezentowany jest jako kara za „polskie obozy koncentracyjne” lub zagłady, lub śmierci.

Ale słów takich w Polsce (na szczęście) nikt nie używa, a ręce polskiego wymiaru sprawiedliwości są zbyt krótkie, by komukolwiek za granicą realnie zagrozić. Gdy więc minister Ziobro mówi, że przyjmując ten projekt, rząd „uczynił ważny krok w kierunku stworzenia mocniejszych narzędzi prawnych pozwalających skuteczniej dochodzić naszych praw, bronić prawdy historycznej, ale też bronić dobrego imienia Polski wszędzie na świecie”, to oszukuje sam siebie.

Polska jak Turcja

Zbigniew Ziobro był wedle wszelkich świadectw kiepskim studentem prawa na UJ, ale musi wiedzieć od swych współpracowników w ministerstwie, że szanse doprowadzenia jakiegokolwiek zagranicznego „pomawiacza” przed oblicze polskiego wymiaru sprawiedliwości są żadne. Nikt z własnej woli nie przyjedzie jako oskarżony do kraju, który broni swego „dobrego imienia” za pomocą kar więzienia, a żadne inne państwo nie wyda takiego delikwenta w drodze ekstradycji. Warunkiem współpracy prawnej jest w tym przypadku bowiem penalizacja takiego samego czynu także w kraju popełnienia domniemanego „przestępstwa”.

Żadne znane mi państwo demokratyczne nie karze za kłamliwe przypisywanie państwu lub narodowi odpowiedzialności za zbrodniczą przeszłość. Jedyną analogią jest prawo tureckie zakazujące „obrażania tożsamości tureckiej” (przez co rozumiane jest także mówienie o ludobójstwie Ormian). Polska stanęłaby w jednym szeregu z Turcją, gdzie np. swojego czasu oskarżenie na tej podstawie wielkiego pisarza Orhana Pamuka stało się światowym skandalem. Ale nawet Turcja nie wyraziła na razie chęci karania za słowa „ludobójstwa Ormian” ludzi za granicą – jak zamierza to czynić rząd Beaty Szydło. Polska z tym nowym przepisem będzie pośmiewiskiem demokratycznego świata.

Analogia z karaniem za tzw. kłamstwo oświęcimskie – rzeczywiście ścigane w wielu demokratycznych porządkach prawnych, m.in. we Francji, w Niemczech czy Austrii – jest całkowicie chybiona. Jest bowiem zasadnicza różnica między zaprzeczaniem (lub bagatelizowaniem) faktu Zagłady a przypisywaniem odpowiedzialności za fakty historyczne innemu państwu niż to, które jest winne. Kto nie widzi różnicy, ma nie tylko kłopoty ze rozumieniem prawa, ale też z logiką. Zresztą, kara za „kłamstwo oświęcimskie” w polskim prawie jest już od dawna i nie to jest celem obecnego rządowego projektu.

Przepis z gumy

Cel jest oczywiście polityczny, a nie prawny. Nie chodzi tu wcale o zapobieżenie kłamliwym wypowiedziom, bo jest to cel nie do osiągnięcia przez groźbę karania: lepsze są metody dyplomatyczne lub publicystyczne. Chodzi o coś innego – o zademonstrowanie przez rząd patriotycznej gorliwości i o przelicytowanie swych politycznych rywali.

Liberalnym politykom i publicystom jest bowiem niezręcznie krytykować przepis, który umożliwia ściganie oszczerców Narodu Polskiego. Przeciwnik karania za przypisywanie odpowiedzialności za niepopełnione przez Polaków zbrodnie łatwo naraża się na zarzut, że jest sprzymierzeńcem oszczerców.

Nie powinniśmy ulec takiemu szantażowi. Tym bardziej że koszty wprowadzenia takiego przepisu i wynikające zeń zagrożenia są całkowicie realne – i są to zagrożenia nie dla cudzoziemskich dziennikarzy, ale jak najbardziej dla Polaków, w Polsce.

Wczytajmy się w nowy przepis: „Przypisywanie narodowi polskiemu lub państwu polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub inne zbrodnie.”. Od razu widać, jak bardzo gumowe są to sformułowania, jak wiele teorii i wypowiedzi da się podciągnąć pod ten przepis. Czy np. publiczne twierdzenia o skali szmalcownictwa w Polsce podczas okupacji uznane zostaną za przypisywanie narodowi współodpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie?

Naród przecież jako taki nic nie robi: działają tylko jednostki. A zatem, od którego punktu obwinianie licznych jednostek o zbrodnie zostanie utożsamione z obwinianiem całego narodu? Jakie zastrzeżenia uchronią autora przed odpowiedzialnością karną: czy wystarczy, jeśli zadeklaruje, że kolaboracja z nazistami miała charakter odosobniony? Albo że wierzy w obecność, albo inspirację, albo tylko przyzwolenie przez Niemców na zbrodnię w Jedwabnem? Prace historyczne mają być wyłączone spod tego przepisu, ale publicystyka już nie. Co to będzie znaczyło dla debaty publicznej o przeszłości?

Efekt mrożący

Ale nawet jeśli w praktyce ten bezsensowny przepis będzie rzadko stosowany, jeśli oświeceni prokuratorzy z IPN nie zechcą zbyt gorliwie namierzać swych ofiar, a sądy będą łagodne dla podsądnych, to i tak wielu autorów, redaktorów i wydawców przedłoży ostrożność nad ryzyko. W prawie znane jest to jako „efekt mrożący”. Największe szkody dla debaty publicznej powodowane są przez samo zagrożenie karą: autocenzura jest groźniejsza, bo bardziej rozległa niż karanie już po fakcie.

Ze strony rządu i prawicowej publicystyki słyszymy, że chodzi o „obronę dobrego imienia Polski”, a naród musi bronić prawdy historycznej i swej godności. Wpisuje się to w dzisiejszą atmosferę paranoicznej nadwrażliwości każącej nam skwapliwie wyszukiwać wszelkie przejawy braku szacunku, za które moglibyśmy spektakularnie się obrazić.

Ciekawe jednak, że dokładnie ci sami ludzie, którzy tak gorliwie cierpią za obrazę dobrego imienia Polski, jednocześnie tak bardzo denerwowali się, gdy prezydenci RP „przepraszali za Jedwabne”. Obrońcy godności narodowej mówili wtedy, że to przecież nie oni palili Żydów w tamtej stodole, ale dziś publicznie odczuwają ból w imieniu całego narodu, gdy ktoś gdzieś na świecie napisze kłamliwe słowa o „polskich obozach”. Prawica nie chce uczestniczyć w zbiorowej historycznej odpowiedzialności za zbrodnie, ale jednocześnie czuje się zbiorowo zraniona pomówieniami Narodu. Gdzie tu konsekwencja?

Ironii całej tej sprawie dodaje to, że głównym realizatorem nowego prawa miałby być Instytut Pamięci Narodowej. To właśnie ustawa o IPN zawierać ma nowy przepis. Oraz towarzyszący mu przepis: taka sama kara grozić ma za „rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”. Czy ściganiu podlegał będzie prezes IPN Jarosław Szarek, jeśli publicznie, kłamliwie i wbrew ustaleniom samego IPN będzie w dalszym ciągu rażąco pomniejszał odpowiedzialność rzeczywistych – polskich sprawców zbrodni w Jedwabnem? A może w ten zawoalowany sposób Zbigniew Ziobro wysyła ostrzeżenie Jarosławowi Szarkowi, by nie brnął w przestępczą recydywę?

———-

* Wojciech Sadurski jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie Sydnejskim i profesorem w Centrum Europejskim UW

 

prawniczy

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.