PiS (28.10.2015)

 

Nie zwalniajmy PiS z odpowiedzialności za obietnice. Niechaj jedzą tę żabę

Paweł Wroński, 28.10.2015
Beata SzydłoBeata Szydło (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Czy słyszycie ostatnie wypowiedzi polityków PiS? Takie trochę inne tony? Jakby dostrzegali rzeczywistość – nie tę wiecową, ale także tę ekonomiczną.
Prof. Gliński, szef rady programowej PiS, już po wyborach w RMF FM mówił na przykład, że trzeba być ostrożnym w sprawie przewalutowania kredytów frankowych: „Nie możemy za bardzo wydoić systemu bankowego”. Zaznaczył, że system bankowy zostanie oczywiście wcześniej „wydojony” podatkiem bankowym. Proszę zwrócić uwagę na słowo „wydoić” i na to, że pierwszeństwo w „dojeniu” będzie miał jednak rząd.

Typowany na nowego ministra finansów Henryk Kowalczyk w Radiu TOK FM mówił wczoraj, że wprowadzenie dodatku 500 zł na dziecko od 1 stycznia 2016 r., co PiS zapowiadał, będzie bardzo trudne. W ogóle uzależniał powodzenie tej inicjatywy od sukcesu w uszczelnianiu systemu podatkowego państwa. Naprawdę? Przecież przyszła szefowa rządu Beata Szydło mówiła, że wykreśliła ze swojego słownika słowo „niemożliwe”. Tak, ta sama, która machała podczas debaty teczką z gotowymi ustawami, które miała wprowadzać w ciągu stu dni.

Pomysł „500 zł na dziecko” zresztą znamiennie ewoluuje. Najpierw miało być na każde dziecko. Potem na pierwsze dla najuboższych, a od drugiego dla rodzin o średnich dochodach. Teraz tylko na drugie. Może niebawem ten kosztowny projekt zniknie ze stron PiS jak projekt konstytucji określanej jako „ćwiczenia intelektualne”. Henryk Kowalczyk nie przesądził nawet, czy VAT zostanie w przyszłym roku obniżony, czego nie zrobiła PO, a PiS ją za to krytykował i zapewniał, że to uczyni.

Wiem, zapewne niedługo rząd – jako wytłumaczenie sytuacji – powie, że „nie zdawał sobie sprawy z tragicznej sytuacji finansów publicznych” albo że „niektóre obietnice zostaną zrealizowane, ale ich realizację trzeba rozciągnąć w czasie”.

W niektórych miejscach już słychać westchnienie ulgi. Pojawiają się opinie, że najlepiej by było, gdyby PiS zapomniał o obietnicach wyborczych. Sam nawet kiedyś coś takiego napisałem w odniesieniu do prezydenta Andrzeja Dudy. Cóż, jest pewien odłam społeczeństwa, który myśli kategoriami stanu państwa. Ta część wyborców z radością wita wszelkie racjonalne odruchy w partii, której znakiem firmowym stał się wyjątkowy, nawet jak na nasze warunki, populizm.

Kiedy przyszły minister rządu Jarosław Gowin mówił niedawno, że jednak trzeba zamykać trwale nierentowne kopalnie, to kiwaliśmy głowami, mówiąc: „słusznie”. Ale przecież PiS nic takiego nie mówił, gdy w Warszawie przeciwko zamykaniu przez rząd PO nierentownych kopalń protestowali górnicy, krzycząc: „oszuści!, złodzieje!”.

Ciekawe zresztą, czy gdy rząd PiS będzie je rzeczywiście zamykał, na demonstrację poprowadzą górników zachrypnięci od złorzeczenia na rząd Kopacz związkowi przywódcy. Oni jakoś ostatnio – łącznie z przewodniczącym „Solidarności” – są mocno zblatowani z PiS, więc wytłumaczą, że „tak trzeba” i nie ma sensu robić premier Szydło przykrości.

Traktujemy PiS jak rozbrykanego bobasa, ciesząc się z każdego przejawu zachowania racjonalnego. Wybaczając wszelkie głupstwa, patrząc na to przez pryzmat dobra kraju. Tylko że zarazem zwalniamy go w ten sposób z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Właściwie dlaczego?

W końcu Andrzej Duda 6 sierpnia przed Pałacem Prezydenckim deklarował, że obietnice PiS łatwo spełnić. A na przestrogi tych, którzy twierdzili, że budżet się zawali, odpowiedział: To są bzdury.

dlaczegoTraktujemyPiS

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.