PO (02.09.2015)

 

Były wicepremier w rządzie PiS oraz b. szef SLD „dołączają do drużyny PO”

jagor, PAP, 02.09.2015
- B. polityk PiS, b. wicepremier w rządzie PiS Ludwik Dorn oraz b. polityk SLD i b. szef tej partii Grzegorz Napieralski dołączają do drużyny PO – ogłosiła premier Ewa Kopacz na początku posiedzenia Rady Krajowej PO. W drużynie tej znajdzie się również Michał Mazowiecki.

Rada Krajowa PO: Ludwik Dorn, Grzegorz Napieralski i Michał Mazowiecki dołączają do PO

Rada Krajowa PO: Ludwik Dorn, Grzegorz Napieralski i Michał Mazowiecki dołączają do PO (Fot . Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

 

Na wstępie posiedzenia rady, na którym ma ona zatwierdzić listy wyborcze PO do Sejmu i kandydatów do Senatu, Kopacz powiedziała, że jest z nią nowa, wielka drużyna zdeterminowanych ludzi, którzy są z Polski dumni i chcą dla niej pracować. – Stawką tych wyborów jest przyszłość wszystkich Polaków – podkreśliła Kopacz.

Przedstawiała następnie Dorna, Napieralskiego i Mazowieckiego mówiąc, że są to osoby, które rozumieją, jakim zagrożeniem są rządy Jarosława Kaczyńskiego, i ilustrują, że PO jest formacją otwartą.

 

- Od dziś jest ze mną nowa, wielka drużyna, drużyna zdeterminowanych, gotowych do walki o sprawy Polaków ludzi, którzy mają zapał, którym wciąż się chce ciężko pracować i którzy kochają Polskę, są z niej dumni, a nie skarżą się na nią u sąsiadów – podkreśliła Kopacz.

Dodała, że PO powinna zwyciężyć jako „koalicja wolnych ludzi”, bo „stawką tych wyborów jest przyszłość, przyszłość wszystkich Polaków”.

Wcześniej podkreślała, że na listach Platformy znajdą się także ludzie do tej pory niezwiązani z polityką. „Chcę powiedzieć o tych, którzy jeszcze niedawno byli naukowcami, lekarzami, sportowcami, ludźmi, którzy w swoim życiu bardzo wiele osiągnęli, ale nie zajmowali się polityką. Oni teraz wchodzą zdecydowanie w kampanię, biorą na siebie niekiedy odpowiedzialność liderów list w swoich okręgach” – mówiła premier.

Ludwik Dorn ma wystartować do Sejmu z drugiego miejsca w Radomiu, a Grzegorz Napieralski będzie kandydował do Senatu.

Zalewski: Nie chcę być spadochroniarzem

Nie wiadomo, czy i skąd wystartuje były europoseł Paweł Zalewski – który miał być trójką na podwarszawskiej liście PO, a ostatecznie zaproponowano mu Radom. W sobotę premier Kopacz mówiła dziennikarzom, że zarząd czeka do środy na decyzję i odpowiedź Zalewskiego. Zalewski z kolei odpowiada, że nie chce być spadochroniarzem.

„W sprawie mojego miejsca. W piątek sondowano mnie, czy zgodzę się kandydować z radomskiego. Odpowiedziałem, że mam konserwatywne podejście do relacji z wyborcami i z szacunku do mieszkańców tego okręgu nie chcę być spadochroniarzem tam, gdzie nie pracowałem” – napisał na FB Zalewski.

Po zarządzie 7 sierpnia w reakcji na decyzję gremium Zalewski napisał na Twitterze: „mam nadzieję na wzmocnienie Platformy, ale z panami Kamińskim i Giertychem nie odzyskamy zaufania Polaków”. Zarząd przyjął wówczas propozycję Kopacz, by listę w okręgu podwarszawskim otwierała marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, a drugie miejsce otrzymał b. polityk PiS, a obecnie doradca premier Michał Kamiński. Okazało się też wtedy, że PO nie wystawi własnego kandydata do Senatu w okręgu podwarszawskim, gdzie zamierza startować m.in. były wicepremier i b. szef Ligi Polskich Rodzin Roman Giertych.

Zarząd PO przyjął listy wyborcze partii 7 sierpnia po trwającym ponad dziewięć godzin posiedzeniu. Zgodnie z ustaleniami jedynkami PO będą m.in. premier Ewa Kopacz – w Warszawie; wicepremier, minister obrony Tomasz Siemoniak – w Wałbrzychu, szef MSZ Grzegorz Schetyna – w Kielcach, wiceszef MSZ ds. europejskich Rafał Trzaskowski – w Krakowie, minister zdrowia, prof. Marian Zembala – w Katowicach.

 

byłyWiceoremierwRządziePiS

gazeta.pl

Debiutantka z nazwiskiem

Bartosz Piłat, 02.09.2015

Magdalena Merta, Ewa Błasik, Małgorzata Wassermann i Ewa Kochanowska podczas konferencji w Sejmie

Magdalena Merta, Ewa Błasik, Małgorzata Wassermann i Ewa Kochanowska podczas konferencji w Sejmie (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Córka ojca albo kobieta z charyzmą, pewna siebie albo „sprawiająca dobre wrażenie” – oceny Małgorzaty Wassermann, jedynki PiS i potencjalnej kandydatki na ministra sprawiedliwości w Krakowie, są skrajne. W kampanii o smoleńskiej tragedii mówić nie będzie. Nie musi, jej nazwisko mówi samo.

Cztery lata temu Małgorzata Wassermann odmówiła startu do Sejmu. – Nie chciała jak inni piąć się do polityki na katastrofie smoleńskiej – ocenia Józef Pilch, działacz PiS z Krakowa, znajomy Wassermann. – Nie czuła się pewnie, to było zresztą w szczycie smoleńskiej histerii. To stosunkowo młoda osoba, więc nie miała jeszcze doświadczenia, w polityce wcześniej nie była – oceniają inni. Prawdopodobnie najwięcej do powiedzenia miały względy praktyczne. Wassermann nie lubi czuć się uzależniona, a cztery lata temu jej kancelaria adwokacka nie była jeszcze biznesem, którego można by doglądać z Warszawy.

Ważną częścią życia pani mecenas jest oczywiście monitorowanie sprawy katastrofy smoleńskiej z kwietnia 2010 r., w której zginął jej ojciec Zbigniew Wassermann, koordynator ds. służb specjalnych. Jednak w gronie lokalnych polityków w Krakowie czy wśród dalszych znajomych Wassermann o katastrofie raczej nie mówi. Owszem, od pięciu lat prowadzi prywatne dochodzenie w sprawie katastrofy, kwestionując oficjalne ustalenia polskiej prokuratury czy tzw. komisji Millera. A dwa dni przed piątą rocznicą wydarzenia w księgarniach znalazła się w sprzedaży książka na ten temat – wywiad rzeka z Wassermann „Zamach na prawdę” autorstwa Bogdana Rymanowskiego. Zamach nie jest w nim wykluczoną przyczyną katastrofy. – Katastrofa nie będzie tematem mojej kampanii wyborczej – zapewnia jednak partyjnych kolegów młoda polityk. Z tej sprawy najbardziej jest znana. „Wyborcza” chciała zadać jej pytania – odmówiła odpowiedzi.

Mimo to jedynka PiS w Krakowie prowadzi normalne życie. Bywa wśród znajomych, na siłowni. Wszędzie tam tematy rozmów są różne, ale nie dotyczą tragedii. O tym Małgorzata Wassermann mówi za to obficie na scenie krajowej, publicznie oskarżając rząd Donalda Tuska. Jest przekonana, że ma obowiązek śledzić sprawę.

Prawnik ze średniej półki

Rodzina Wassermannów trzymała się razem. Zbigniew Wassermann w telewizji prezentował twarz chłodnego polityka, prywatnie uważano go zaś za dobrego wujka, ciepłego człowieka. Wassermannowie jeździli na wspólne wakacje z dziećmi, nawet gdy już dorosły. Później jeździli z wnukami i dziećmi. W domu rodzinnym w Bielanach wnuki spędzały mnóstwo czasu.

Małgorzata urodziła się w 1978 r., ma starszą o trzy lata siostrę Agatę, germanistkę, i młodszego o sześć lat brata Wojtka. Wojtek i Małgorzata są prawnikami. Poszli w ślady ojca, oboje są spokojnymi obywatelami, za którymi nie ciągnie się nawet cień skandalu. Małgorzata studiowała na UJ, była studentką prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego, ministra sprawiedliwości w rządzie PO. – Pamiętam ją jako bardzo dobrą studentkę. Zawsze świetnie przygotowaną do zajęć – mówi „Wyborczej” prof. Ćwiąkalski, który jako student prawa chodził na zajęcia z ojcem Małgorzaty.

Największym rodzinnym „skandalem” było małżeństwo najstarszej córki z działaczem Ligi Polskich Rodzin z Nowej Huty – para po jakimś czasie się rozeszła, a cała kontrowersja polegała na mezaliansie panny z dobrego domu z chłopakiem z osiedla.

Świadectwa z paskiem w podstawówce, zwykłe liceum, imprezy – tak wyglądała młodość przyszłej jedynki PiS w Krakowie. – Pamiętam, że była wyjątkowo aktywna na studiach. Byłem starszy o rok, a ona zaginała mnie znajomością kodeksów – opisuje jeden z polityków PiS. Żartuje, że do dziś żałuje, iż nie poszedł do niej na imprezę, bo nadal jest niezamężna.

Jeśli dostanie się do Sejmu, to zajmie się prawem. Chce zmienić regulacje dotyczące komorników i prawo karne. Jej poglądy na to, jak funkcjonuje w tym obszarze państwo, wpisują się w poglądy PiS.

Jeszcze jako aplikantka za darmo zajmowała się ludźmi eksmitowanymi z kamienic, teraz żyje z mniejszych zleceń, współpracy z mniejszymi samorządami. Zakres jej zainteresowań jest bardzo szeroki – od spraw karnych do sporów gospodarczych. – Normalna działalność prawnicza. Nic nadzwyczajnego – oceniają prawnicy. Kancelarię prowadzi ze wspólnikiem. Oficjalną wypowiedź oceniającą jej pracę jako adwokata nie jest łatwo zdobyć. – Nie jest ani wybitna, ani słaba. Przynajmniej na sali sądowej. Jest prawnikiem ze średniej półki, rzetelnym, zawsze przygotowanym. Nie słyszałem, by zdarzyło się jej jakieś spóźnienie czy przegapienie terminu – ocenia jeden z adwokatów z jej pokolenia.

Współpracuje m.in. z gminą Rabka. Reprezentowała w sądzie burmistrz Ewę Przybyło, niezależnego samorządowca, oskarżoną o „działanie na szkodę interesu publicznego”. Chodziło o nieprzekazanie do sądu skarg działacza Polskiego Klubu Ekologicznego. Burmistrz sprawę przegrała, ale wyrok nie jest jeszcze prawomocny.

Oprócz spraw zwyczajnych w ostatnim czasie została obrońcą jednego z oskarżonych o śmiertelne pobicie nowohuckiego rapera. Dla Wassermann to klient i jak dotąd jedno z większych wyzwań.

Sprawy jej klientów dają jej wiedzę o tym, co denerwuje obywateli. Ale o jej pomysłach na wymiar sprawiedliwości i prawo niewiele wiadomo, rozmawia o tym głównie ze stronnikami z PiS.

Duda zwolnił miejsce na liście

Jak wypadnie przed ludźmi? Jest kobietą, i do tego młodą. To cechy, które ostatnio są dla wyborców ważne. Takich też u politycznego lidera szukał PiS. W mediach wypada przekonująco, nikt nie pamięta, by straciła cierpliwość, by puściły jej nerwy, nawet gdy rozmawia na najbardziej drażliwe dla siebie tematy. Jednak całkiem spora liczba osób ocenia, że Małgorzata Wassermann tylko robi wrażenie pewnej siebie, samodzielnej. – Jest bardzo miła, robi wrażenie dobrego człowieka, pewnie tak jest. Jednak jej pewność siebie po jakimś czasie wydaje się zarozumiałością, a kompetencja objawiająca się znajomością paragrafów skrywa brak decyzyjności – ocenia nieprzychylny Wassermann polityk z PO. – Jest po prostu skrupulatna, dobrze zorganizowana – zapewniają w PiS.

Małgorzata Wassermann już cztery lata temu była typowana do Sejmu. Lokalne gazety spekulowały wówczas, czy liderem listy PiS z Krakowa zostanie Andrzej Duda czy Małgorzata Wassermann. Ostatecznie w ogóle nie wystartowała. Tym razem problemu Duda czy Wassermann nie ma, bo Duda jest prezydentem, PiS w Krakowie zaś bardzo potrzebował dobrej jedynki z nazwiskiem. Mimo kilku dobrych nazwisk, np. Marek Lasota, szef lokalnego IPN, który przegrał z niezłym wynikiem wybory na prezydenta Krakowa, czy Jarosław Gowin, żadne nie gwarantowało partyjnej lojalności. Wassermann gwarantuje ją w stu procentach. W poglądach jest jej zresztą blisko do Andrzeja Dudy, z którym się zna.

W kręgu PiS znajdowała się od wielu lat, równie długo była namawiana do oficjalnego włączenia się do polityki. Członkiem partii jeszcze nie jest.

Wassermann na ministra sprawiedliwości

Nie ma wątpliwości, że w partii Kaczyńskiego liczą na magię nazwiska młodej adwokat. Z tego właśnie powodu krakowskiemu PiS zależało też, by do parlamentu startował ojciec prezydenta prof. Jan Duda, co ostatecznie się nie udało. Obecnie Duda ojciec jest radnym sejmiku małopolskiego. W ubiegłym roku wystartował po raz pierwszy w wyborach samorządowych z trzeciego miejsca i zgarnął najwięcej głosów na liście – ponad 27 tys. Z Małgorzatą Wassermann może być podobnie. Tym bardziej że pięć lat od śmierci Zbigniewa Wassermanna jego frakcja w Krakowie (drugą główną byli kiedyś ziobryści) wciąż jest tak samo zwarta. Z pewnością pomoże w kampanii Małgorzacie, córce „mistrza”, jak mawiają niektórzy z grupy.

Korzystne dla Wassermann może też być wystawienie przez PO jako jedynki polityka z Warszawy Rafała Trzaskowskiego, wiceszefa MSZ, który Kraków zna głównie z rodzinnych opowieści.

Obciążeniem dla jej wizerunku może być jednak retoryka smoleńska. Zuzanna Kurtyka, wdowa po prezesie IPN Januszu Kurtyce (także zginął w katastrofie), cztery lata temu startowała do Senatu z listy PiS. Przegrała.

Być może z tego powodu Małgorzata Wassermann deklaruje dziś, że nie będzie grała katastrofą w kampanii wyborczej. Chce też wyraźnie pokazać, że wysokie miejsce na liście do Sejmu dostała nie za nazwisko, ale za to, że jest doświadczonym prawnikiem. – Tak zapewnia, ale pewnie będzie podpuszczana, by grać Smoleńskiem. Nie da się jednak sprowokować. To opanowana osoba – zapewnia Pilch, lokalny działacz PiS.

Jednak i bez retoryki smoleńskiej dla wyborców PiS oraz prezesa Jarosława Kaczyńskiego Małgorzata Wassermann będzie całkowicie wiarygodna. O umieszczeniu jej na czele listy mówiło się od dwóch miesięcy. Córka koordynatora służb specjalnych nie powiedziała na ten temat ani słowa. Podobnie jak nie skomentowała doniesień tabloidowego „Faktu”, który napisał, że jest typowana na ministra sprawiedliwości w rządzie PiS. Po ogłoszeniu, że będzie jedynką z Krakowa, dyskusje o typowaniu jej na ministra ucichły. Ona sama też o tym nie mówi. – Myślę, że mierzy zamiary na swoje siły. Nie na darmo zrezygnowała cztery lata temu ze startu – mówi jeden z działaczy PiS.

kimJestMałgorzata Wasserman

wyborcza.pl

„Chcemy szkoły, nie kościoła”. Mieszkańcy Lublina protestują przeciwko sprzedaży działek archidiecezji

Tomasz Baliszewski
02.09.2015
Część mieszkańców dzielnicy Ponikwoda nie chce, by miasto sprzedało działki archidiecezji
Część mieszkańców dzielnicy Ponikwoda nie chce, by miasto sprzedało działki archidiecezji • Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Prezydent Lublina Krzysztof Żuk (PO) proponuje, by miasto sprzedało bez przetargu archidiecezji lubelskiej dwie działki. Sprawa wywołuje kontrowersje, ponieważ archidiecezji przysługiwałaby 90-procentowa bonifikata. Część mieszkańców protestuje. – Chcemy szkoły, przedszkola, żłobka – oświadczyła Justyna Budzyńska, wiceprzewodnicząca Rady Dzielnicy Ponikwoda.

„Kurier Lubelski” podaje, że część mieszkańców dzielnicy Ponikwoda wystosowała w tej sprawie pismo protestacyjne. Podpisało się pod nim ponad 100 osób. Protestujący proponują, by sprawę skierować do konsultacji społecznych, żeby mieszkańcy dzielnicy sami zdecydowali o tym, co zostanie zbudowane na działkach przy ulicach Dożynkowej 31 i Narcyzowej 29b. Budzyńska chętnie zobaczyłaby tam szkołę, przedszkole i żłobek.

Archidiecezja pragnie natomiast, by przy Dożynkowej stanął kościół. Na działce przy Narcyzowej duchowni planują zaś wznieść domy opieki dla osób starszych. Urząd miasta przekonuje, że nieruchomość przy Narcyzowej nie nadaje się pod budowę szkoły, ponieważ ma niewłaściwy kształt. Szkoła ma stanąć na innej parceli przy tej ulicy.

Według protestujących archidiecezja może zbudować świątynię na działce, którą już posiada. W zeszłym roku kapłani wnioskowali o taką zmianę jej statusu, by można było na niej zbudować bloki mieszkalne. – Nie umiem się do tego odnieść. To taki argument, jakbym sprzeciwiał się, że mój sąsiad może się budować – powiedział „Dziennikowi Wschodniemu” ks. Krzysztof Podstawka, rzecznik archidiecezji.

Projekt uchwały ws. sprzedaży działek będzie omawiany podczas czwartkowej sesji rady miasta. Inicjatywę prezydenta Żuka popierają radni PiS, którym w tym przypadku nie przeszkadzają jego związki z PO.

źródła: „Kurier Lubelski”„Dziennik Wschodni”

mieszkańcyLublina

naTemat.pl

Czy Polska to sprawiedliwy kraj

Paweł Wroński, 02.09.2015

Prezydent Andrzej Duda spotkał się podczas swojej wizyty w Niemczech z niemieckim prezydentem Joachimem Gauckiem

Prezydent Andrzej Duda spotkał się podczas swojej wizyty w Niemczech z niemieckim prezydentem Joachimem Gauckiem (Gero Breloer (AP Photo/Gero Breloer))

Prezydent Andrzej Duda podczas obchodów 35. rocznicy Porozumień Sierpniowych stwierdził, że „Polska nie jest dziś krajem, o którym można by powiedzieć, że jest państwem sprawiedliwym dla swoich obywateli, że jest państwem, w którym obywatele traktowani są po równo”.

Pochwalił się, że wcześniej powiedział o tym prezydentowi Niemiec Joachimowi Gauckowi, który dla odmiany nasz kraj chwalił. W Polsce trwa roztrząsanie, czy prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej powinien żalić się w ten sposób przywódcy zaprzyjaźnionego europejskiego mocarstwa czy nie. Wszyscy przykładają mniejszą wagę do tego, co urzędujący prezydent powiedział.

O tym, że świat nie jest sprawiedliwy, wiemy wszyscy. O tym, że istnieją nierówności ekonomiczne, także. Stwierdzenie jednak, że demokratyczne państwo „nie traktuje po równo” obywateli, rodzi jakieś konsekwencje.

O kogo prezydentowi Dudzie mogło chodzić? O górników, którzy korzystają z przywilejów socjalnych i emerytalnych? O rolników, którzy korzystają z preferencyjnych składek KRUS? A może chodzi mu o ciężko pracującą przy kasie w sklepie kasjerkę, absolwenta studiów dorabiającego jako kelner, z których pracy finansowane są te przywileje? Mam wątpliwości.

W pewien sposób prezydent Andrzej Duda ma rację. Polska z tego punktu widzenia pozostaje krajem feudalnym, w którym niektóre grupy społeczne ulicznymi protestami wywalczyły sobie przywileje. Od urzędującego prezydenta oczekuję jednak nie pojękiwania, ale przedstawienia przemyślanego programu, jak tę sytuację zmienić.

Ma też rację prezydent Duda, że nie wszystkie postulaty Sierpnia zostały wprowadzone w życie. Na przykład „art. 14 obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do 55. roku życia”. Pan prezydent bierze na swoje barki to zobowiązanie?

Porzućmy na chwilę ironiczną, oświeceniową figurę prostaczka, który dziwi się temu światu. Wszyscy wiemy, o co chodzi. Andrzej Duda prowadzi kampanię wyborczą. Stosuje w niej najbardziej ordynarną figurę retoryczną. Przedstawia się jako obrońca uciśnionych i nieszczęśliwych. Chce skierować ich gniew przeciwko tym „wyzyskiwaczom”, owym „im”, których odmienność polega na tym, że nie są „nami”.

Jedna z legend opozycji Zofia Romaszewska w wywiadzie dla PAP wskazuje, kim są „oni”. To ci, którzy na grzbietach robotników wdrapali się do władzy. Nie wiem, czy bierze pod uwagę swojego męża śp. Zbigniewa Romaszewskiego, wieloletniego senatora i wicemarszałka.

Cóż, stosowana przez Andrzeja Dudę metoda „wyklęty powstań ludu ziemi” jest zawsze skuteczna. Bo więcej jest uciskanych niż uciskających. Zawsze najlepiej jest poszczuć głodnych na sytych. Max Weber w XIX wieku, krytykując z jednej strony lewicową, z drugiej nacjonalistyczno-ludową demagogię niemieckich polityków, widział w tym „mieszaninę arogancji i poczucia niepewności”.

Tak, Polska jak każdy kraj nie jest dla wszystkich w pełni sprawiedliwa. Zadaniem polityki jest łagodzenie nierówności. Prezydent ma widać nadzieję, że będzie podejmował wyłącznie korzystne dla społeczeństwa decyzje. Wyborem odpowiedzialnego polityka jest, czy chce się pożywić na ludzkiej frustracji, czy „budować jedność”, „odtworzyć wspólnotę”. Czyli robić dokładnie to, co prezydent Duda z takim zaangażowaniem zapowiedział w orędziu.

dudaObrońcąZgnębionych

wyborcza.pl

Co drugi Polak nie wie, o co chodzi w referendum 6 września. Frekwencja? 32 proc. [SONDAŻ CBOS]

mw, 02.09.2015

Polacy, mimo szumu medialnego, nie interesują się referendum. Nie wiedzą nawet, czego dotyczy

Polacy, mimo szumu medialnego, nie interesują się referendum. Nie wiedzą nawet, czego dotyczy (Fot. Kornelia Głowacka-Wolf/ Agencja Gazeta)

Do referendum zostało zaledwie kilka dni. Według najnowszego sondażu CBOS aż 47 proc. Polaków nie wie, czego będą dotyczyły pytania.

51 proc. odpowiedziało z kolei, że ma wiedzę o kwestiach, w sprawie których będzie głosować 6 września. W porównaniu z czerwcem i lipcem zmniejszyło się zainteresowanie udziałem w referendum. W najnowszym badaniu, przeprowadzonym dwa tygodnie przed głosowaniem, chęć wzięcia udziału zadeklarowało 32 proc. respondentów. By referendum było wiążące, frekwencja musi przekroczyć 50 proc.

41 proc. deklarowało poparcie dla jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu – 22 proc. respondentów było przeciw. Ale gdyby zawęzić tę grupę tylko do tych, którzy wezmą udział, poparcie dla JOW-ów rośnie do 56 proc.

76 proc. odpowiedziało, że jest za rozstrzyganiem wątpliwości co do wykładni prawa podatkowego na korzyść podatnika, a 73 proc. nie zgadza się na utrzymanie dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

czyWeźmie

.

Na BIQdata.pl zobacz jak Polacy: (nie) głosowali w poprzednich referendach ogólnopolskich i o czym decydowali w referendach lokalnych.

referendumNieWiemy

wyborcza.pl

Pisowskie obiecanki

Piotr Markiewicz, 02.09.2015

Beata Szydło

Beata Szydło (Fot. CZAREK SOKOLOWSKI/ AP Photo)

Prawo i Sprawiedliwość zdominowało dyskusję w przestrzeni publicznej. Przy pomocy prezydenta, codziennymi konferencjami i konsekwentnym przekazem o świetlanej przyszłości. A Platforma? Na razie tkwi w obronie przeszłości.

PiS ucieka Platformie. Na własne życzenie tej drugiej. Paradoksalnie, dzisiaj to PiS jest partią postępową – bo mówi o przyszłości, rysuje ją piękną i obiecuje załatwienie spraw „niezałatwialnych”. A do tego świetnie odczytuje nastroje społeczne.

Platforma z kolei utknęła w obronie swoich rządów. Zamiast uderzyć się w pierś (jak to zrobiła na antenie TOK FM Joanna Mucha) i zdefiniować na nowo, czego dzisiaj chcą Polacy, słyszymy od niej o tym, że kraj jest piękny. No jest. Pytanie brzmi: i co z tego? A zadaje je PiS.

Rację miał Bartłomiej Sienkiewicz, który już w 2013 r. w rozmowie z Markiem Belką w restauracji Sowa & Przyjaciele dobrze zdiagnozował sytuację. Oświadczył wtedy brutalnie: przeciętny Kowalski ma w du… „orlika” i autostradę, bo dzisiaj to się po prostu „należy”. Wtedy też Sienkiewicz wypowiedział słowa: „Centralny problem polityczny, jaki jest przed nami, to problem ’14 roku i portfela Kowalskiego. Koniec, kropka”. I PiS to zrozumiał – że dzisiaj aspiracje Polaków są tak bardzo rozbudzone, że ładne drogi i chodniki traktujemy jako standard. Że już nie chcemy gonić Europy w tej kategorii.

Prezydent Duda, wiceprezes Beata Szydło i liczni politycy PiS-u w każdym nadarzającym się momencie mówią, że celem ich wygranej jest zapewnienie poprawy warunków płacowych i życiowych Polaków. Mówią o tym konsekwentnie, powtarzają do znudzenia i używają dosadnego języka. I to działa. W poniedziałek Andrzej Duda w Radiu Szczecin mówił: „Ja bym chciał, żebyśmy przestali tonąć w kompleksach, że my nie możemy, nie umiemy, że się nie da! Przede wszystkim słowo „się nie da”. Ja już nie mogę słuchać słowa „się nie da”. Osiem lat słyszę: „tego się nie da, tamtego się nie da”".

Przy takiej formie przekazu kto by pytał o koszty obietnic? A czy można je zrealizować? To też nie ma znaczenia. Państwo w opowieści polityków PiS-u jest proste do zarządzania. Wystarczy wskazać, kazać, a jak trzeba – dorzucić publicznych pieniędzy.

PiS dzisiaj obiecuje dostatek. Do tego unika błędów przeszłości (usuwa z list polityków, których trudno bronić merytorycznie – jak np. Jacek Kurski czy Marcin Mastalerek), stosuje sprawdzone metody („chowa” Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego) i obiecuje lepsze zarobki i wielki rozwój infrastrukturalny.

A Platforma tkwi w przeszłości – nie zauważa przy tym, że obrona lat 2007-14 (nieważne, jak słuszna) wydaje się obroną prehistorii.

Dzisiaj kampania toczy się wokół portfeli Polaków. Ale rozumie to tylko jedna partia – ta na czele sondaży. Druga – obecnie rządząca – tylko reaguje: odpiera ataki na swój rząd, domaga się spotkania z prezydentem, komentuje poczynania opozycji. I nie przedstawia oferty na kolejne cztery lata. Takiej, która porwałaby tłumy. Zostaje więc z tymi wyborcami, którzy bardziej niż braku wizji boją się jedynie PiS-u.

Piotr Markiewicz - szef portalu Tokfm.pl, wydawca w Radiu TOK FM

poUgrzęzła

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.