Grecja (05.07.2015)

 

Sondaże po greferendum: Grecy przeciw dalszemu zaciskaniu pasa

Paweł Strawiński Dziennikarz Onetu i Biznes.pl
05.07.2015

Z trzech sondaży wynika, że większość Greków opowiedziała się przeciwko reformom oszczędnościowym, od których kredytodawcy uzależniali dalszą pomoc finansową. Negatywna odpowiedź umocni pozycję greckiego rządu i da mu legitymację do twardych negocjacji. To jednak może tylko utrudnić wypracowanie kompromisu, co ostatecznie może prowadzić do krachu państwa.

 

  

Foto: PAP

 

Grecja na krawędzi bankructwa

Od końca lutego rząd premiera Aleksisa Ciprasa prowadził negocjacje z KE, EBC i MFW w sprawie reform, które są warunkiem odblokowania ostatniej transzy pomocy dla Grecji w wysokości 7,2 mld euro. Bez tych pieniędzy Ateny nie mogą zrealizować swych zobowiązań wobec MFW.

„Ochi”, czyli „nie”. Taką odpowiedź według trzech sondaży dał grecki naród w niedzielnym referendum, w którym pytano, czy Grecja powinna zaakceptować propozycje pomocy finansowej w zamian za reformy.

Z sondażu ośrodka GPO dla telewizji Mega wynika, że 51,5 proc. wyborców głosowało na „nie”, a 48,5 proc. na „tak”.

Według badania Metron Analysis przeprowadzonego na zlecenie Antenna TV warunki porozumienia odrzuciło 49 proc. głosujących, a poparło 46 proc.

Sondaż MRB dla Star TV wskazuje, że na „nie” głosowało 49-54 proc., a na „tak” 46-51 proc.

Z kolei według sondażu Marc dla Alpha TV obóz „nie” poparło 49,5-54,5 proc., a „tak” 45,5-50,5 proc.

Na oficjalne potwierdzenie tych wyników przyjdzie poczekać do poniedziałku. Co greckie „ochi” może oznaczać dla przyszłości kraju?

Droga do greferendum

Referendum to grand finale kilkumiesięcznych negocjacji greckiego rządu z wierzycielami Aten. Rozmowy zaczęły się niedługo po zwycięstwie Syrizy w styczniowych wyborach parlamentarnych. Grecy wynieśli tę skrajnie lewicową partię do władzy, bo mieli dość brutalnych cięć, które w zamian za programy pomocowe od kilku lat narzucali im główni kredytodawcy, czyli Komisja Europejska (KE), Europejski Bank Centralny (EBC) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW).

Nowy grecki rząd porzucił politykę cięć, ale potrzebował ostatniej transzy z ostatniego programu pomocowego kończącego się 30 czerwca, bo tego samego dnia musiał spłacić ratę kredytu do MFW. Wierzyciele mówili: pożyczymy pieniądze, ale za powrót do polityki cięć. Negocjacje skończyły się spektakularnym fiaskiem. Wieczorem w piątek 26 czerwca Grecja odrzuciła ostatnią propozycję reform. Kraj znalazł się na kursie kolizyjnym z bankructwem, więc jeszcze w nocy z piątku na sobotę premier Grecji Aleksis Cipras ogłosił, że w niedzielę 5 lipca przeprowadzi referendum. Rząd zasugerował, że jeśli Grecy opowiedzą się za przyjęciem propozycji wierzycieli, może podać się do dymisji.

Kredytodawcy bardzo na to liczyli. Szefowa MFW Christine Lagarde w dość arogancki sposób stwierdziła nawet, że chciałaby móc negocjować wreszcie z kimś dorosłym. Przywódcy europejscy zawiesili dalsze rozmowy z Grecją do czasu rozstrzygnięcia referendum. Na to rozstrzygnięcie czekał też EBC, który podtrzymał udzielanie pożyczek ratunkowych dla greckich banków, mimo że Grecja w nocy z 30 czerwca na 1 lipca formalnie stała się niewypłacalna, nie spłaciwszy raty kredytu należnej MFW. Zgodnie z regulaminem EBC może toczyć kroplówkę tylko do krwiobiegu krajów wypłacalnych, jednak brak wpłaty do MFW elegancko uznano na razie za… zaległość.

O co zapytano Greków?

To było chyba najdłuższe referendalne pytanie w historii. „Czy propozycja przedstawiona przez KE, EBC i MFW na spotkaniu eurogrupy 25 czerwca 2015 roku, a który składa się z dwóch części, powinna zostać przyjęta? Pierwszy dokument zatytułowany «Reformy dotyczące zakończenia bieżącego programu i dalszych działań», a drugi «Spłacanie podstawowego długu i analiza możliwości spłacenia go»”. Dwie ważniejsze kwestie, które się z tych dokumentów wyłaniają, to podatki i emerytury.

Na reformie podatku VAT grecki budżet miałby zaoszczędzić 1 proc. PKB. Wierzyciele zgodzili się wycofać swoje żądanie zmniejszenia liczby stawek VAT-u do jednej lub maksymalnie dwóch. Ostatecznie przystali na pozostawienie trzech stawek – standardowej 23 proc., 13 proc. i 6 proc., przy czym ta najniższa stawka, obejmująca lekarstwa, książki i teatr, zostałaby obniżona z 6,5 proc., czego domagali się Grecy. Wierzyciele mimo oporów zgodzili się też pozostawienie VAT-u na energię na poziomie 13 proc. zamiast podwyżki do 23 proc. Tę samą stawką miałyby być objęte podstawowe produkty żywnościowe, hotele i woda. W tych kwestiach Grecja była w stanie porozumienie zaakceptować, ale wierzyciele zażądali jednocześnie likwidacji obowiązującej obecnie redukcji wszystkich stawek VAT o 30 proc. na wyspach greckich, na co Cipras się nie godził. Twierdzi, że wyspy są oddalone od macierzy i mają problem z zaopatrzeniem. Zachowanie zniżki VAT na wyspach oznaczałoby, że dzięki reformie do budżetu wpłynęło 0,93 proc. PKB dodatkowych środków.

Jeśli chodzi o reformy emerytalne, tu oszczędności miały przynieść od 0,25 do 0,5 proc. PKB w 2015 roku i 1 proc. w latach kolejnych. Wierzyciele żądali, aby wiek emerytalny wzrósł do 67 lat (lub 62 lat i 40 lat płacenia składek) do 2022 roku. Grecy wiek emerytalny już podwyższyli, ale chcieli zakończyć ten proces w 2025 roku. Problemem zostaje też specjalny dodatek socjalny z systemu EKAS, czyli dodatkowe pieniądze dla najbiedniejszych emerytów. Wierzyciele pierwotnie chcieli zlikwidować go do 2019. Grecy obstawali przy 2020 roku. To może udałoby się przezwyciężyć, ale kredytodawcy chcą też, aby wycofywanie tego grantu rozpoczęło się natychmiast. W pierwszej kolejności miałoby go stracić 20 proc. najbogatszych beneficjentów. Tej propozycji Cipras również był przeciwny.

 

Wioska olimpijska. Wpółczesne greckie ruiny

Park olimpijski, w którym w 2004 r. odbywały się XXVIII Letnie Igrzyska Olimpijskie, popadł w całkowitą ruinę.

Wśród propozycji były również inne reformy w podatkach, na rynku pracy, w administracji, systemie sprawiedliwości, a także w sposobach walki z korupcją. Co ciekawe, w trakcie negocjacji udało się osiągnąć kompromis na temat skali cięć. Problemem było ustalenie, jakich cięć dokonać. Premier Cipras i minister finansów Janis Warufakis chcieli cięć tam, gdzie byłyby one mniej odczuwalne przez społeczeństwo, a bardziej przez korporacje. Chcieli na przykład podnieść stawkę podatku CIT dla firm z 26 proc. do 29 proc., a także obłożyć jednorazowym podatkiem solidarnościowym najbogatsze firmy. Jednak wierzyciele uznali te rozwiązania za szkodliwe.

Naiwnością byłoby jednak sądzić, że Grecy, idąc do urn, roztrząsali treść nafaszerowanych ezoterycznymi sformowaniami i wyliczeniami propozycji wierzycieli. Pytanie referendalne było niezrozumiałe, mało kto znał szczegóły warunków, a na porządną kampanię referendalną nie było czasu. Głosowanie opierało się na emocjach. To był wybór między strachem a upokorzeniem.

Między strachem a upokorzeniem

Cipras, nawiązując do przemówienia prezydenta USA z czasów wielkiego kryzysu lat 30., stwierdził, że jedyną rzeczą, której Grecy powinni się obawiać, jest sam strach. Duże oczy tego strachu można było zobaczyć w długich kolejkach, jakie ustawiały się przed bankami w Grecji w tym tygodniu. Zostały one zamknięte w poniedziałek, po odrzuceniu przez Ateny propozycji wierzycieli, aby zapobiec panicznemu wyciąganiupieniędzy z banków. Ustanowiono limit dziennych wypłat z bankomatów na 60 euro. Można było dokonywać transakcji online, ale tylko na konta firm greckich. Wyprowadzanie pieniędzy za granicę zostało mocno ograniczone. Część banków otwarto w środę, bo duża gros emerytów nie używa kart i zostało odcięte od jakichkolwiek środków. Seniorzy mogli jednak pieniądze wyciągnąć tylko w kwocie nie wyższej niż 120 euro.

Stojąc w długich kolejkach, mówili, że sytuacja jest gorsza niż w czasach okupacji hitlerowsko-faszystowskiej. Z kolei młodsi Grecy, stojąc w kolejkach do bankomatów, mówili, że chcieliby, żeby już wszystko wróciło do normy, żeby mogli normalnie wypłacać swoje oszczędności. Bali się powtórki scenariusza z Argentyny, gdzie wraz z ogłoszeniem bankructwa na rok zamrożono obywatelom oszczędności, które przez skokowy wzrost cen stały się niemal bezwartościowe.

Grecy obawiali się, że odpowiadając „nie”, przy braku nowego porozumienia greckie banki zostaną odcięte od pożyczek ratunkowych EBC, który nie będzie dłużej udawał, że Grecja jest niewypłacalna. Szczególnie że 20 lipca mija termin spłaty raty kredytu wobec… samego EBC. Bali się też wypchnięcia ze strefy euro. Greckie władze zapewniały, że to nie jest referendum w kwestii wyjścia z eurolandu. Jednak ludzki mózg nie słyszy słowa „nie”. Z sondaży wynika, że trzy czwarte Greków popiera obecność Grecji w strefie euro. Wspólna waluta dobrze im się kojarzy, bo niedługo po wejściu do euroklubu obligacje greckie były uznawane mniej więcej za tak samo wartościowe, jak niemieckie. Grecja otrzymała dostęp do tanich kredytów, a do tego mogła się wreszcie posługiwać stabilną walutą. Grecy w większości chcą zachowania euro, mimo że to wejście do eurolandu, a zatem brak możliwości obniżenia wartości waluty i przywrócenia konkurencyjności greckich produktów w czasie kryzysu, przyczyniło się do tragedii.

Na drugiej szali ciążyło upokorzenie. To właśnie przymiotnika „upokarzający” użył Cipras, mówiąc o propozycjach wierzycieli. Wielu Greków, nawet tych, którzy zagłosowali na „tak”, uważa podobnie. Z badań Foundation for Economic and Industrial Research wynika, że ponad jedna trzecia Greków żyje na lub poniżej granicy ubóstwa. Od 2010 roku, kiedy rozpoczęto ciecia wymagane przez wierzycieli, współczynnik takich osób w społeczeństwie wynosił 27,6 proc., a w 2013 roku było to już 34,6 proc. To jeden z najgorszych wyników w Europie. W latach 2009–2014 bezrobocie wzrosło z 9,1 proc. do 27,2 proc. Mniej więcej w tym samym czasie średnia emerytura spadła natomiast o ok. 40 proc. Grecja zajmuje ostatnie miejsce w zestawieniu państw członkowskich Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), w którym mierzono satysfakcję z życia. Jednocześnie, jak wynika z danych tej samej organizacji, Grecy są najbardziej zapracowanym narodem Europy. W 2014 roku przepracowali średnio rocznie 2042 godziny. Dla porównania – w Polsce jest to 1923, w Wielkiej Brytanii – 1677, a w Niemczech – 1371. Grecy uważają, że pasa zacisnęli tak bardzo, że nie mogą już oddychać, a poza tym nic to nie dało – w żaden sposób nie polepszyło sytuacji w kraju.

Ten brak efektów terapii szokowej przytoczył zresztą Cipras w swoim orędziu do narodu. Powołał się na raport MFW, który ukazał się w czwartek. Jego publikację próbowały powstrzymać niektóre kraje europejskie. Mówi on, że Grecja potrzebuje minimum 50 mld euro pomocy i redukcji długu. Jednocześnie obniżona została prognoza wzrostu greckiej gospodarki w tym roku z 2,5 proc. do 0 proc. Ponadto według MFW dług publiczny Grecji do 2020 roku spadnie z obecnych 177 proc. PKB do 150 proc., a nie do 128 proc., jak wcześnie zakładano. Cipras stwierdził, że raport potwierdza to, że Grecja nie powinna akceptować propozycji, w której nie ma mowy o redukcji zadłużenia, bo nie prowadzi ona do realnego wyjścia z kryzysu.

Przez cały tydzień strach i upokorzenie się ścierały. Jednego dnia pojawiały się sondaże, które pokazywały przewagę zwolenników „tak”, następnego dnia tendencja się odwracała i górę brali głosujący na „nie”. Choć wyniki były przez cały czas wyrównane, da się zauważyć, że przez tydzień ograniczeń w dostępie do swoich oszczędności przybyło zwolenników przyjęcia warunków wierzycieli.

Co dalej?

To pytanie warte nie mniej niż greckie długi. Z odpowiedzią trzeba przede wszystkim poczekać na oficjalne wyniki. Pewne scenariusze już można jednak kreślić.

Jeszcze przed referendum Cipras stwierdził, że jeśli przeważą głosy na „nie”, pojedzie „następnego dnia do Brukseli z umową, która zostanie zaakceptowana”. Chociaż szef KE Jean-Claude Juncker twierdził coś innego, odpowiedź negatywna umocni pozycję greckiego premiera i da mu legitymację do twardych negocjacji. To jednak może tylko utrudnić wypracowanie kompromisu.

Tymczasem jeśli do 20 lipca nie uda się osiągnąć porozumienia, greckie banki wobec niespłacenia przez Grecję raty kredytu należnej EBC mogą zostać dostęp do pożyczek ratunkowych tego banku. Utraciłyby wtedy płynność finansową. To oznaczałoby nie tylko formalną niewypłacalność czy „zaległość”, ale i faktyczne bankructwo kraju. W takich sytuacjach gospodarka hamuje z piskiem, państwo rozłazi się w szwach, a obywatele popadają w ubóstwo. Jeśli jednak zostałaby przywrócona drachma, mocno spadłaby jej wartość, a Grecja odzyskałaby konkurencyjność. Jednak zanim to by nastąpiło, Grecy musieliby zacisnąć nie tylko pasa, ale i zęby.

Co jeśli to jednak odpowiedź „tak” ostatecznie zatriumfuje? Cipras stwierdził, że uszanowałby tę decyzję, niezależnie czy byłaby podjęta ze strachu czy też z własnego wyboru. Warufakis sugerował, że Cipras może podać rząd do dymisji, chociaż miałby to zrobić w duchu współpracy z tymi, którzy przejmą władzę. Juncker stwierdził, że w przypadku odpowiedzi „tak”, Ateny i wierzycieli czekają bardzo trudne negocjacje.

Sprawę komplikuje fakt, że to Syriza nadal prowadzi w sondażach. I to z jeszcze lepszymi wynikiami niż w ostatnich wyborach…

Onet.pl

 

Grecy mówią „nie”, a Europa lekko mięknie

Tomasz Bielecki, Bruksela, 05.07.2015
Głosowanie w jednym z lokali w Atenach 

Głosowanie w jednym z lokali w Atenach (Petr David Josek / AP (AP Photo/Petr David Josek))

Bruksela przez wiele dni twardo ostrzegała Greków, że ich referendum to wybór „euro albo drachma”. Ale tuż przed głosowaniem zaczęły się mnożyć sygnały, że nawet po greckim „nie” Grexit wcale nie jest przesądzony.
Kiedy premier Aleksis Tsipras rozpisał referendum, z trzech najważniejszych stolic eurolandu – Berlina, Paryża i Rzymu – popłynęło to samo przesłanie: to głosowanie nad członkostwem w eurolandzie. Ale ta wspólna linia zaczęła się załamywać, gdy Ateny w ostatnią środę ogłosiły, że zgadzają się na niemal wszystkie warunki Brukseli dotyczące bolesnych reform i cięć budżetowych. – Negocjujmy jeszcze przed plebiscytem – publicznie zachęcał prezydent François Hollande, ale zwyciężyła linia Berlina, by poczekać w wynik referendum.Czy Paryż ulegnie kanclerz Angeli Merkel także teraz, jeśli Berlin po greckim „nie” postawi na wypchnięcie Greków eurolandu? – W tej sprawie spodziewałbym się francusko-niemieckiego starcia, a nie zgody. Zresztą w eurolandzie są kraje twardsze od Berlina w sprawie Grecji. Przykładowo Holandia czy kraje bałtyckie. Ale Hollande będzie przeć do nowych rozmów z Atenami i spróbuje do tego przekonać zarówno Merkel, jak i jastrzębi – mówi Vivien Pertusot, szef filii Institut français des relations internationales w Brukseli. 

Hollande zakulisowo mediował między Tsiprasem i resztą eurolandu do połowy zeszłego tygodnia i – jak mówi Pertusot – może mieć poczucie, że Ateny nie doceniły i zmarnowały szanse związane z jego pośrednictwem. – Ale to nie powstrzyma Paryża przed nowymi próbami – przekonuje Pertusot.

Najdobitniej od twardego stanowiska eurolandu zdystansował się Donald Tusk, który w opublikowanym w piątek wywiadzie dla portalu „Politico” ostrzegł, że w razie greckiego „nie” niepotrzebne byłyby żadne „dramatyczne” deklaracje. – Unia w takim wypadku powinna poczekać i wysłuchać nowej propozycji greckiego rządu – powiedział szef Rady Europejskiej. Zaznaczył, że referendum nie dotyczy tego, czy pozostać w eurolandzie. Wprawdzie to nie Tusk decydowałby o interpretacji plebiscytu przez euroland, ale te deklaracje jasno pokazują, że twarda linia UE wobec Aten nie jest aż tak oczywista.

Francuski minister finansów Michel Sapin i komisarz UE Pierre Moscovici (poprzednik Sapina w rządzie Francji) jasno wskazywali na gotowość do dalszych rokowań z rządem Tsiprasa. Pomimo że parę dni wcześniej szef eurogrupy Jeroen Dijsselbloem sugerował, że nawet po referendalnym „tak” trudno byłoby rokować z obecnym rządem Grecji.

– Jeśli Grecy powiedzą „nie”, będą musieli wprowadzić nową walutę – powiedział w niedzielę, gdy wynik głosowania był jeszcze nieznany, szef europarlamentu Martin Schulz, niemiecki socjaldemokrata. Ale nawet w Berlinie jego prognoza nie była aż tak oczywista. – Jestem przekonany, że po greckim „nie” rozpoczną się nowe rozmowy o pomocy i utrzymaniu Grecji w eurolandzie. Ich efekty są niepewne, ale taka próba zostanie podjęta – mówi Sebastian Dullien z berlińskiego biura European Council on Foreign Relations.

Decyzję o nowych rokowaniach może uzasadnić, o oczach niemieckiej opinii publicznej, środowa oferta Tsiprasa, który jednak godzi się bolesne oszczędności. Drugim ważnym elementem, o którym głośno teraz w Brukseli, jest opublikowana w czwartek analiza Międzynarodowego Funduszu Walutowego o długu Grecji. MFW wskazuje na straty gospodarki wywołane polityką ostatnich miesięcy (czyli za rządów Tsiprasa), ale co ważniejsze, podkreśla, że program pomocy dla Aten powinien obejmować restrukturyzację długu. Chodzi o wydłużenie okresu spłat bądź częściowe umorzenie.

Zdaniem rozmówców agencji Reutera Europejczycy usiłowali zablokować publikację raportu MFW przed referendum, ale wymusili ją Amerykanie. – SYRIZA robiła mnóstwo błędów negocjacyjnych. Ale druga strona też popełniła dwa wielkie błędy. Po pierwsze, odmawiała modyfikacji programu naprawczego, by choć trochę uwzględnić socjalne postulaty SYRIZY, która przecież wygrała wybory. Po drugie, nie chciała przyznać racji greckiemu ministrowi finansów Janisowi Warufakisowi, że program należy połączyć z restrukturyzacją długu. Teraz tę rację przyznał mu MFW – mówi Sebastian Dullien. „Nowy element” przedłożony przez MFW może po greckim „nie” stać się dla obu stron honorowym pretekstem dla wznowienia rokowań.

Gdy Berlin poważnie zastanawiał się nad Grexitem latem 2012 r., to niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble był – zdaniem przecieków medialnych – „za”, ale nie poszła na to Merkel. Schäuble nadal jest jastrzębiem, ale dziś nie można przesądzić, jakie stanowisko ostatecznie zajmie Merkel. 51 niemieckich deputowanych, Zielonych i będących w koalicji rządowej socjaldemokratów, opublikowało wczoraj list w greckim dzienniku „Kathimerini”, gdzie piszą, że podczas negocjacji po obu stronach popełniono błędy.

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.