Lis, 25.04.2016

 

Pół roku po zwycięstwie PiS. Lis: Mówienie o demolowaniu Polski to nie histeria. To fakty

opr. dżek, 25.04.2016

Tomasz Lis

Tomasz Lis (WOJCIECH OLKUŚNIK)

Mocny komentarz Lisa pół roku po zwycięstwie PiS. – Nazywanie rzeczy po imieniu to nie wyraz histerii, ale trzeźwości umysłu – pisze w „Newsweeku” redaktor naczelny tygodnika.
- W półroczu, które właśnie mija od momentu wyborczego zwycięstwa PiS, wielu mówiło, by nie nadużywać mocnych słów w opisie ekscesów władzy, bo za chwile nam słów zabraknie - pisze w najnowszym wydaniu „Newsweeka” Tomasz Lis . – Jesteśmy w punkcie, gdy trzeba słów najmocniejszych, bo za chwilę na wypowiadanie słów będzie za późno – straszy.

- Powściągliwość w używaniu słów generalnie jest wskazana. Problem w tym, że do opisu sytuacji nadzwyczajnej, z którą mamy do czynienia dziś, zwykle używaliśmy słów z epoki zwyczajnej, która przeminęła. Na dodatek umiar opisu miał moc terapeutyczną i uspokajającą. Skoro nie używamy dramatycznych określeń, to znaczy, że sytuacja nie jest dramatyczna. Była też ta powściągliwość dzieckiem niedowierzania. Przecież jest niemożliwe, by to, co widzimy, było aż tak realne.Przecież to niemożliwe, by totalnie zawłaszczone przez PiS państwo tak szybko demolowano. Przecież nie mieści się w głowie, by budowane ponad ćwierćwiecze liberalna demokracja i państwo prawa tak bezceremonialnie deptano i dewastowano – pisze Lis.

 

Nadszedł czas, by to, co się w głowie nie mieściło, przyjąć do wiadomości. By niemożliwe uznać za rzeczywiste. By odłożyć na półkę uspokajacze w postaci umiaru słów. By ignorować zarzuty histerii – bo nazywanie rzeczy po imieniu nie jest wyrazem histerii, ale trzeźwości umysłu. Nadszedł czas, by nie bać się w opisie dzisiejszej władzy porównań i metafor, które – choć zawsze ryzykowne – są coraz bardziej uzasadnione – pisze naczelny „Newsweeka”.

Cały komentarz w najnowszym wydaniu „Newsweeka”>>>

 

TOK FM

Polska bez Europy, Europa bez Polski

Krzysztof Lisek, Paweł Zalewski, 25.04.2016
W ciągu zaledwie kilku miesięcy PiS podważył zaufanie europejskich partnerów do naszego kraju. Wypadliśmy z kuluarowych rozmów o przyszłości UE. Dodaliśmy nowe argumenty do dyskusji o utworzeniu wąskiego trzonu Unii – bez nas
 

Jesienią 2015 r. wielu z nas nie wyobrażało sobie polskiego ministra spraw zagranicznych odmawiającego zaproszenia wiceszefa Komisji Europejskiej. Nikt też nie przypuszczał, że w odpowiedzi na antyunijny kurs polskich władz zjednoczona opozycja wezwie do udziału w marszu przeciw opuszczeniu Unii Europejskiej. Okazuje się, że PiS dał radę błyskawicznie zakwestionować fundament polityki, zgodnie z którym Unia jest instytucją warunkującą rozwój i bezpieczeństwo Polski. Jesteśmy w punkcie zwrotnym. Warto się zastanowić, dlaczego tak się stało i jakie mogą być tego konsekwencje.

Unia stoi na zaufaniu

Z powodu wielu nieporozumień musimy rozpocząć od wyjaśnienia istoty samej Unii Europejskiej.

Jest nią mechanizm umożliwiający negocjowanie sprzecznych interesów, aby po uwzględnieniu ich różnorodności każdy z 28 krajów członkowskich w efekcie mógł mieć korzyść. Reguły rozstrzygania tak głębokich sporów są akceptowane przez wszystkich członków dzięki wzajemnemu zaufaniu. Ono z kolei jest możliwe dzięki transparentności i przewidywalności podejmowania decyzji politycznych przez poszczególne państwa. W praktyce umożliwia je tylko system demokracji partyjnej ograniczony prawem i kontrolą mediów.

Nic zatem dziwnego, że odejście od tych standardów przez Węgry spotkało się z silną krytyką wewnątrz Unii. Zrozumiałe jest także to, że dążenie rządu i prezydenta RP do uzyskania zupełnie niekontrolowanej pozycji w Polsce przez zakwestionowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego musiało zrodzić kryzys w relacjach z Brukselą.

Respektując unijne reguły, rząd PO stał się istotnym partnerem w rozwiązywaniu wewnętrznych europejskich problemów. W trakcie kryzysu finansowego Polska zadeklarowała uczestnictwo w Europejskim Mechanizmie Stabilizacji Finansowej. Angażowała się w reformy demokratyzacyjne w krajach arabskiej wiosny. Razem ze Szwecją przedstawiła koncepcję Partnerstwa Wschodniego. Jego celem miała być stabilizacja Ukrainy, Mołdowy, Białorusi, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu przez udzielanie im wsparcia w przyjmowaniu unijnych standardów politycznych i gospodarczych. Polityka współodpowiedzialności za UE zbudowała zaufanie do Polski i jej wysoką wiarygodność. Symbolem tego było powierzenie najwyższych unijnych funkcji Jerzemu Buzkowi i Donaldowi Tuskowi.

Z drugiej strony wiarygodność pomogła Polsce odnieść sukces w wielu negocjacjach. Dyskutując o unii bankowej, przekonaliśmy partnerów strefy euro do rozwiązań, które utrzymały jedność Unii i były korzystne dla polskich banków będących filiami banków zachodnich. Doprowadziliśmy też do tego, że Unia zerwała ze złą praktyką uzależniania polityki wobec Kijowa, Mińska czy Tbilisi od relacji z Moskwą. Zaufanie i wiarygodność okazały się bezcennymi środkami, dzięki którym pozyskaliśmy olbrzymie fundusze unijne i możemy je wydawać na cele ważne dla Polaków.

To jednak należy już do przeszłości. W ciągu zaledwie kilku miesięcy PiS podważył zaufanie europejskich partnerów do naszego kraju. Wypadliśmy z kuluarowych rozmów o przyszłości Unii. Dodaliśmy nowe argumenty do dyskusji o utworzeniu wąskiego trzonu Unii z Niemiec, Francji, Włoch, Belgii, Holandii, Luksemburga i Austrii. Utraciliśmy realny wpływ na kierunek już realizowanych polityk unijnych. Kryzys wiarygodności władz przełożył się wprost na utratę zdolności realizacji polskich interesów w Unii. Nie stało się to przez przypadek. PiS przestał postrzegać UE jako szansę, lecz widzi w niej przeszkodę w realizacji swoich planów zmiany Polski.

Niemcy i Unia to nie wrogowie, lecz sojusznicy

Największa zmiana zaszła w relacjach z Niemcami. Liderzy PiS od dawna prezentują RFN jako kraj realizujący swoje interesy kosztem Polski. Czasami, podobnie jak Jarosław Kaczyński, dodają, że Niemcy robią to razem z Rosją, a Rzeczpospolita za rządów PO-PSL stała się kondominium niemiecko-rosyjskim. Według nich głównym instrumentem polityki Berlina ma być Unia, mimo że powstała właśnie jako odpowiedź na strategiczne wyzwanie dotyczące zagrożenia potencjałem Niemiec. W przeszłości przewaga Niemiec okazywała się niewystarczająca do zdominowania Europy. Jednak ich centralne położenie oraz olbrzymi potencjał gospodarczy – ludnościowy, a w efekcie polityczny – uczyniły z nich kluczowy czynnik układu politycznego na kontynencie.

Powstająca przez wiele lat Unia Europejska stworzyła gorset standardów i polityk, którym wszyscy muszą podlegać. Krępuje on przede wszystkim najsilniejszego jej członka – Niemcy. Republika Federalna przyjęła te zasady, mając świadomość korzyści gospodarczych z tak poszerzonego, europejskiego rynku wewnętrznego. Jednak zamiast dostrzegać w Unii mechanizm ograniczenia i kontroli potęgi niemieckiej, politycy PiS widzą w niej instrument dominacji Berlina. Trudno o większe niezrozumienie rzeczywistości.

Ostatnio pretekstem do ostrej kampanii przeciw Niemcom stała się kwestia unijnej polityki imigracyjnej. PiS czyni z rządu RFN głównego winnego zaproszenia ponad miliona uchodźców do Europy. Atakując osobiście kanclerz Angelę Merkel, liderzy PiS używają antyimigracyjnych argumentów, którymi w Niemczech posługują się ich koledzy z antyunijnej i prorosyjskiej partii Alternative für Deutschland (AfD). Z tego jednak, że UE czy Niemcy popełniają błędy w polityce wobec uchodźców, nie można wnioskować, iż są one wrogie wobec Polski. W rzeczywistości są naszymi najbliższymi strategicznymi sojusznikami. Jednak PiS, używając wspólnej retoryki z AfD w kluczowej dla Europy sprawie, wzmacnia partię godzącą w nasze interesy i popierającą politykę Kremla.

W konsekwencji zmiany podejścia do Niemiec PiS wycofuje się z Trójkąta Weimarskiego, który początkowo służył wciąganiu Polski do Unii. Za rządów PO Trójkąt stał się mechanizmem wpływu na najważniejsze decyzje niemiecko-francuskiego tandemu. Dotyczyło to zarówno wewnętrznej polityki UE, jak i zagranicznej, np. wobec Ukrainy.

Ze względu na ważny potencjał Polski w Grupie Wyszehradzkiej Trójkąt Weimarski był zarazem mechanizmem reprezentowania interesów Europy Środkowej wobec Berlina i Paryża. Zależność była też odwrotna. Polska mogła budować akceptację Grupy dla najważniejszych decyzji uzgodnionych z Niemcami i Francją. Rezygnując z instrumentu weimarskiego, zminimalizowaliśmy nasz wpływ na Unię. Stawiając wyłącznie na Wyszehrad, zostaliśmy zakładnikiem polityki Węgier, najbardziej antyunijnego członka Grupy. Tak z kraju rozgrywającego w Europie staliśmy się państwem szukającym natchnienia w Budapeszcie. Trudno o lepszy przykład dobrowolnej degradacji i przeniesienia pola gry z Premiership do ligi okręgowej! To jednak nie koniec „dobrej zmiany”.

Bazy NATO, imigranci, Brexit

Od przejęcia przez prezydenta Władimira Putina władzy w Rosji jej polityka tworzy dla Polski strategiczne wyzwanie. Szef MSZ Witold Waszczykowski mówi o egzystencjalnym zagrożeniu ze strony Kremla, z czym się zgadzamy.

Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu i rządowi PO udało się uzyskać na szczycie NATO w Newport zapewnienie dotyczące rozmieszczenia w Polsce i krajach bałtyckich baz sprzętu wojskowego i prowadzenia rotacyjnych ćwiczeń wojsk alianckich w Polsce.

Prezydent Andrzej Duda i rząd PiS przyjęli dalej idący postulat stałej, a nie rotującej obecności. Jednak nie wyciągnęli wniosków z tego, że główne zaplecze logistyczne NATO i wojsk amerykańskich w Europie znajduje się w RFN. Trudno przekonywać władze USA do poważniejszego, militarnego zaangażowania się w Polsce, gdy w stosunkach między PiS a Berlinem panuje wrogość. Dla Amerykanów, podobnie jak dla reszty Europejczyków, Niemcy to główny partner na kontynencie, zwornik bezpieczeństwa i stabilizacji. Jak mają silniej wspierać kraj, który kwestionuje podstawowe założenie ich polityki w Europie i zamiast gwarantować niezbędną współpracę, wchodzi w konflikt z Berlinem?

PiS, grając kartą imigracyjną, zaburzył również percepcję bezpieczeństwa Polaków. W wyniku nagonki antymuzułmańskiej wielu z nas uwierzyło, że napływ wynegocjowanej przez premier Ewę Kopacz grupy uchodźców stanowi strategiczne zagrożenie dla Polski. Że będzie prowadzić do terroru i islamizacji kraju. W rzeczywistości ma on charakter taktyczny i sprowadza się do zorganizowania systemu ich bezpiecznego przyjmowania.

Jeżeli chodzi o integrację, to dla naszego kraju nie stanowiłoby problemu przyjęcie nie tylko siedmiu, ale nawet pięćdziesięciu tysięcy imigrantów. Ponieważ uchodźcy mogliby pojawić się w Polsce z Niemiec, z nimi zaczęliśmy wiązać zagrożenie. Gdyby doszło do realizacji czarnego scenariusza i nastąpiłoby podzielenie strefy Schengen na podstrefy, PiS z pewnością wolałby być razem z Grupą Wyszehradzką niż z Niemcami.

Na koniec jeszcze qui pro quo z Wielką Brytanią.

Przyglądając się argumentom zwolenników Brexitu, trudno nie zauważyć zbieżności z tym, co o Unii mówią politycy PiS. W obu przypadkach pada krytyka eurokratów, którzy pasożytują za nasze pieniądze, a także mechanizmu wyzyskiwania nas przez inne państwa, skandali, afer i korupcji. Brytyjczycy używający tego języka chcą opuszczenia Unii. Mówiący to samo politycy PiS wolą jeszcze chwilę w niej pozostać, aby przyjmować fundusze UE. Inne konsekwencje, ten sam język. Jednak opinie PiS, słyszane i dyskutowane na Wyspach, wzmacniają argumenty na rzecz opuszczenia Unii.

Co Brexit oznaczałby dla Polski?

Po pierwsze – osłabienie spójności NATO. Jeżeli Brytyjczycy zdystansują się od Europy, trudno sobie wyobrazić, aby utrzymali wolę jej obrony w ramach NATO. W szczególności dotyczy to najbardziej zagrożonych przez Rosję krajów bałtyckich. Po drugie – legną w gruzach plany zbudowania efektywnej europejskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Bez Wielkiej Brytanii mającej najsilniejsze siły zbrojne w Unii i prowadzącej interesy międzynarodowe o zasięgu światowym żadna z tych polityk nie będzie możliwa. PiS, uwiarygodniając argumentację brytyjskich wrogów Unii Europejskiej, podpiłowuje gałąź, na której wszyscy siedzimy.

Polityka zagraniczna ofiarą „dobrej zmiany”

Polityka PiS w szokujący sposób degraduje nasze możliwości w UE i NATO oraz burzy rozumienie bezpieczeństwa przez Polaków, mieszając wyzwania taktyczne i strategiczne. Zaczynamy mieć mniej możliwości rozwojowych i stajemy się bardziej zagrożeni. Wytłumaczenie jest tylko jedno. Polityka zagraniczna Polski padła ofiarą prymatu rewolucyjnej zmiany systemu. Zawłaszczenie instytucji państwa przez PiS, do którego drogę otworzyło złamanie konstytucji, jest dla liderów PiS ważniejsze niż przyszłość Polski w Unii. Dziś nie możemy już mieć wobec tego żadnych wątpliwości.

*Krzysztof Lisek (PO) – przewodniczący komisji spraw zagranicznych Sejmu VI kadencji, wiceprzewodniczący podkomisji bezpieczeństwa i obrony Parlamentu Europejskiego VII kadencji

**Paweł Zalewski (PO) – przewodniczący komisji spraw zagranicznych Sejmu V kadencji, wiceprzewodniczący komisji handlu międzynarodowego Parlamentu Europejskiego VII kadencji

wypadliśmy

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.