Kaczyński, Krasowski, 18.03.2016

 

Teoria układu w trzech krokach. ”Kaczyński uwierzył w demoniczną elitę, która wszystkim zawiaduje”

18.03.2016
Robert Krasowski

Lech przynosił z NIK-u kolejne sensacyjne historie, z których Jarosław układał coraz mroczniejsze opisy – tak początki tzw. „wojny z układem” opisuje Robert Krasowski w kolejnym tomie historii III RP, „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”. Publikujemy fragmenty książki.

Czasem w historii wszystkie wydarzenia pracują na rzecz jednego scenariusza. Tak właśnie było w Polsce na początku XXI wieku, kiedy każdy fragment rzeczywistości pchał ją w kierunku antyestablishmentowej rewolty. Przede wszystkim narastający w społeczeństwie gniew. W 2001 roku dawne partie solidarnościowe, których koalicja tworzyła rząd Buzka, zostały zmiecione z politycznej sceny i wkrótce umarły. Przejęcie władzy przez Millera niczego nie zmieniło. Premier, któremu w dniu wyborów udzielono wielkiego poparcia, kilka miesięcy później dramatycznie dołował w sondażach. Okazało się, że społeczeństwo miało dość nie konkretnej ekipy, lecz całej polityki. Nagradzało wyłącznie kontestatorów.

Radykałowie spod znaku Leppera i Giertycha nie schodzili w sondażach poniżej trzydziestu procent. Gdy PiS i PO zaostrzyły kurs, zbierały jeszcze więcej. Aby dostać poparcie, nie wystarczyło krytykować władzy, lecz wszystko, co się działo po 1989 roku. To nie była kontestacja selektywna, ale totalna. Nie bieżąca, lecz systemowa.

Lepper dowodził, że cała polska polityka jest festiwalem złodziejstwa i głupoty, Kaczyński twierdził, że jest fragmentem układu, Tusk, że jest klasą próżniaczą. Wygrał Kaczyński, bo jego krytyka była najbardziej radykalna. Gniew na politykę w 2005 roku nie był hipotezą, lecz głównym faktem epoki. Kto gniewem nie pałał, z polityką się żegnał. Ten gniew był powtórką z 4 czerwca 1989 roku – poczuciem, że wszystko, co nowe, będzie lepsze od tego, co jest. Polacy żegnali się z rządami SLD z tą żarliwą potrzebą zmiany, z którą żegnali się z PZPR. Była to emocja przesadna, co nie zmienia faktu, że była realna.

Andrzej Lepper i Roman Giertych pod kancelarią premiera, 2007 rok (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)Andrzej Lepper i Roman Giertych pod kancelarią premiera, 2007 rok (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Drugim gestem rzeczywistości było reanimowanie teorii układu. Swoje dobre lata miała już dawno za sobą, ze świeżej, przenikliwej hipotezy zamieniła się w obsesyjny dogmat. Ale właśnie wtedy, gdy stała się karykaturą, rzeczywistość obwieściła, że rozpoznaje się w tym lustrze. To była dziwna historia. Teoria układu powstała z potrzeby zrozumienia polskich wydarzeń. Po 1989 roku polskie elity żyły w naiwnym przekonaniu, że wystarczy ogłosić demokrację i rynek, aby je mieć. A potem wystarczy je popierać uczuciem i słowem, aby je w dobrym zdrowiu zachować.

Transformację postrzegano jako proces nieskomplikowany, podobny do przejścia na drugą stronę rzeki. Jedynym problemem było społeczeństwo, które z lenistwa lub niemądrego podszeptu zaniecha marszu na drugi brzeg. Jeden Kaczyński próbował zrozumieć, co dokoła się dzieje. Szukał sprężyn zmian, ich logiki, ich skutków. Odczarował transformację, opisywał ją nie jako mit, ale jako rzeczywisty proces. Społeczny, polityczny i gospodarczy. W którym muszą być beneficjenci i ofiary, sukcesy i porażki, zmiany realne i zmiany pozorne, zmiany na dobre i zmiany na złe. Pochylił się również nad ancien régime’em. Gdy stare porządki padają, dawne elity nadal odgrywają poważną rolę, czasem z pożytkiem dla nowej epoki, czasem z ewidentną szkodą. Kaczyński tropił więc dawne twarze w nowych realiach, starając się opisać ich rolę.

Lech i Jarosław Kaczyńscy, Warszawa 2006 rok (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Lech i Jarosław Kaczyńscy, Warszawa 2006 rok (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Gdyby na tym wysiłku poprzestał, byłby najciekawszym umysłem epoki. On tymczasem ześliznął się w pospieszne potępienia. Największe szkody przyniosła wiedza, jaką czerpał od brata, wówczas szefa NiK-u. W pierwszych latach w Polsce działy się rzeczy dziwne, czasem wręcz dzikie. Wielka zmiana wprowadziła do gry prawdziwe wilki. Wokół intratnych biznesów epoki – kantorów, handlu wódką, prywatyzacji, zamówień rządowych – pojawił się tłum awanturników: skorumpowanych urzędników, oficerów dawnych służb, przestępców, a nawet mafiosów. Przez kilka lat bezkarnie okradali państwo. Lech przynosił z NIK-u kolejne sensacyjne historie, z których Jarosław układał coraz mroczniejsze opisy.

Teoria układu powstała w trzech krokach. Najpierw całe transformacyjne zło związał Kaczyński z postkomunistami. Potem złu nadał status większościowy, uznając, że nie jest ono defektem w tkance nowego systemu, lecz jego istotą. Na koniec uznał, że zło jest efektem działania świadomego, zaplanowanego i zorganizowanego. A zatem z istnienia transformacyjnego zła wyciągnął Kaczyński wniosek o istnieniu diabła. Demonicznej elity, która wszystkim zawiaduje. Jako szefów układu wskazał Wojskowe Służby Informacyjne, jedyną służbę specjalną, która po 1989 roku nie przeszła weryfikacji, zaś ci, którzy sami z niej odeszli, wzięli udział w największych przedsięwzięciach finansowych epoki. Kaczyński wskazał na WSI nie dlatego, że dużo o nich wiedział, ale dlatego, że nie wiedział nic. Ulokował zło wedle logiki, że mieścić się musi tam, gdzie jest najciemniej.

Posiedzenie spec komisji w sprawie przetargu na uzbrojenie w Iraku, 2004 rok; na zdjęciu: Marek Dukaczewski, szef WSI (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)Posiedzenie spec komisji w sprawie przetargu na uzbrojenie w Iraku, 2004 rok; na zdjęciu: Marek Dukaczewski, szef WSI (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Po 15 latach transformacji Kaczyński operował diagnozą, która miała jeden tylko atut – nie odwracała się od faktu dzikiej walki o własność w pierwszej dekadzie zmian. Wszystko inne było w niej wątpliwe. Zwłaszcza przekonanie, że wspólnota dawnych grzechów doprowadziła do zawiązania syndykatu zbrodni, który przejął władzę nad Polską.

W 2003 roku teoria układu była anachroniczna, gołosłowna i obsesyjna, nieciekawa nawet dla zbuntowanej publiki. I nagle seria przypadków dodała jej skrzydeł. To był zdumiewający spektakl, kolejne afery, które wybuchały w epoce Millera, uwiarygadniały istnienie układu. Afera Rywina, Dochnala, Orlenu, Starachowice, paliwowa. Wszystkie rozgrywały się w samym centrum władzy, czołowe role odgrywali w nich chciwi i sprzedajni postkomuniści, dookoła roiło się od służb, a w tle pojawiała się zorganizowana przestępczość. Jak w opowieściach Kaczyńskiego – najważniejsze decyzje podejmowano przy stoliku, wokół którego zasiedli oligarchowie, skorumpowani politycy, przestępcy i służby. Żadne wydarzenie nie było dowodem na istnienie układu, każde pokazywało zbyt wąski wycinek, ale wszystkie wycinki idealnie pasowały do obrazka namalowanego przez Kaczyńskiego.

Patrząc na tamte wydarzenia z wiedzą o ich finale, nie sposób się oprzeć wrażeniu, że los drwił sobie z Polaków. Całą sekwencją wydarzeń przekonywał ich do fałszywej wizji. Nawet do jej najbardziej szalonego fragmentu dotyczącego demonicznej roli WSI. Przez dekadę poza Kaczyńskim nikt o tych służbach nie mówił. I nagle po 2002 roku afera zaczęła gonić aferę. Wśród baronów mafii paliwowej znalazło się kilku oficerów WSI. Kilku innych pracowało dla rosyjskiego wywiadu. Jeszcze inny dla amerykańskiego. Na jaw wyszła sprawa sprzed dekady, kiedy WSI sprzedawały broń do Jugosławii. Okazało się, że nie tylko tam – sprzedawały też broń arabskiemu terroryście, powiązanemu z bin Ladenem. Sprzedawały też mafii rosyjskiej. Żadna z transakcji nie była operacją państwa, ale nielegalnym interesem robionym na boku. Handlowano nawet jadem węży.

Był jeszcze jeden element, który wzbudził nieufność. Służby wojskowe w 1989 roku nie przeszły weryfikacji, a ich archiwa zostały spalone. Jednak nie w całości, okazało się, że niektóre teczki przetrwały i są w posiadaniu szefów WSI. W tym – teczki na temat pracowników konkurencyjnych służb cywilnych. Dwa lata afer sprawiło, że reputacja WSI legła w gruzach. Platforma zażądała rozwiązania WSI. Uznała, że tak zdegenerowanej struktury nie warto naprawiać, lepiej powołać nową. Inne wnioski wyciągnęli zwolennicy Kaczyńskiego. Ich zdaniem demoniczna rola WSI została udowodniona.

Warszawa, 2006 rok; Antoni Macierewicz ogłasza, że likwidacja WSI została zakończona (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Warszawa, 2006 rok; Antoni Macierewicz ogłasza, że likwidacja WSI została zakończona (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Lawina zdarzeń wspierających tezy Kaczyńskiego nie miała końca. Dowody przybywały nawet z zagranicy, zwłaszcza z Rosji. W latach 90. panowało przekonanie, że cały postsowiecki świat zmierza w stronę Zachodu. Jedni maszerują szybciej, drudzy wolniej, ale wszyscy w tę samą stronę. Jednak od 1999 roku, odkąd władzę przejął Putin, obraz mocno się skomplikował. Na czele państwa stanął niedawny szef FSB, władzę objęli siłowicy, Rosja wróciła do starych symboli i do starych praktyk. Każdy rok przynosił dowody na to, że reformy lat 90. były fasadą, pod którą swoje interesy skryły dawne KGB, świat przestępczy oraz oligarchowie. Każdy rok przynosił dowody na to, że w Rosji układ postkomunistyczny istnieje naprawdę. Niedługo potem Polacy dowiedzieli się, że podobnie jest na Ukrainie. Nie był to dowód na to, że w Polsce jest tak samo, ale teoria postkomunistycznego układu jako jednej z dróg wychodzenia z komunizmu przestała być intelektualnym szaleństwem. To był wariant, który naprawdę się spełnił. Wariant, który – biorąc pod uwagę wielkość Rosji i Ukrainy – okazał się główną ścieżką wychodzenia z komunizmu.

Kiedy jesienią 2005 roku obóz Kaczyńskiego wygrał podwójne wybory, nie tylko on miał poczucie, że historia przyznała mu rację. Liryczny obraz polskich zmian został tak mocno skompromitowany, że demoniczny zyskał status dowiedzionej diagnozy. Gdyby polskie elity miały więcej rozumu, w obiegu byłyby trzy diagnozy – liryczna, realistyczna i demoniczna. Ale środkowej oferty nie było.

„Po 1989 roku polskie elity żyły w naiwnym przekonaniu, że wystarczy ogłosić demokrację i rynek, aby je mieć” (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)

Polska polityka płaciła cenę za podział pracy, który się utarł od początku III RP, w którym jedni zmian bezkrytycznie bronili, drudzy je krytykowali zawzięcie. Zamknięta w prostym schemacie wyobraźnia Polaków z jednej skrajności przejść mogła tylko w drugą. Ci, którzy nie chcieli widzieć żadnej patologii, doprowadzili do władzy tych, którzy widzieli same patologie. Gdyby to oznaczało konflikt przerysowanych obrazów świata, nie byłoby najgorzej. Kraj zaludniony przez notorycznych optymistów i programowych pesymistów mógłby stworzyć klimat ciepłej groteski. Kłopot w tym, że różnica postaw spełniała się we wzajemnej wrogości. Jedna strona oskarżała drugą o prowadzenie kraju do katastrofy.

Przez chwilę istniała szansa na kompromis, za sprawą dwóch osób – Rokity i Tuska. Po sprawie Rywina dokonali czegoś realnie ważnego, zaakceptowali perspektywę obu stron. Stąd zrodziła się magia „popisu”. To było połączenie dwóch nurtów polskiego myślenia, które się rozjechały ponad racjonalną miarę. Jednak wynik wyborczy proces zatrzymał, władza zamiast mediatorowi dostała się jednej ze stron sporu. Wrogość wróciła w stare koleiny. Konflikt, który się właśnie wypalał, rozognił się do skali wcześniej nieznanej.

W tej historii uderzały dwie rzeczy. Po pierwsze, że siły niezależne od woli polityków tak mocno pchały wydarzenia w jednym kierunku – ku konfliktowi obu obozów. Społeczny gniew, wysyp afer uwiarygadniających teorię układu, związany z tym wyborczy sukces PiS-u oraz nieuchronny w tej sytuacji rozpad „popisu”. Mówiąc w skrócie: zapadał zmierzch, gdy nagle Tutsi i Hutu odkryli, że ktoś im zostawił maczety na progach. Jednak w następujących potem wypadkach uderzające było nie to, że były tak brutalne, ale że były aż tak łagodne. I to jest druga osobliwość epoki: emocjom rozpalonym do poziomu histerii, w sferze faktów realnych towarzyszył niemalże bezruch. Wzajemna nienawiść spełniała się w słowach. Nikt o maczetach nawet nie myślał.

Jarosław Kaczyński i Donald Tusk na posiedzeniu Sejmu, 2005 rok (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)Jarosław Kaczyński i Donald Tusk na posiedzeniu Sejmu, 2005 rok (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Wrażliwość tamtej epoki była tak bardzo pacyfistyczna, że nie zauważono największej osobliwości zapowiadanej wojny z układem. Na wielką wojnę Kaczyński szedł bez ostrych narzędzi. Bez żądania ujawnienia źródeł majątku oligarchów, bez groźby konfiskaty mienia, bez planu nękania ich kontrolami, odbierania koncesji, bez wyznaczenia polskiego Chodorkowskiego, którego zniszczeniem innych przerazi. Bano się zapowiedzi Kaczyńskiego, porównywano go do Putina, tymczasem jego plany były nieśmiałe. Kaczyńskiemu uznanie i władzę dała komisja w sprawie afery Rywina, więc walkę z układem wyobrażał sobie jako kolejną sejmową komisję. Po wyborach chciał powołać megakomisję, która zbada historię III RP. Wyobrażał sobie, że posłowie będą przesłuchiwać polityków, oligarchów i oficerów służb z taką sprawnością, że wyciągną wszystkie ich grzechy. Potem prokuratura zbierze materiały i przeszłość zostanie rozliczona.

Plany na przyszłość też nie były drapieżne. Nie będzie WSI, więc układ straci głowę. Nie będzie nieujawnionych teczek, więc narzędzie nacisku na polityków zostanie zniszczone. Wszystkie kluczowe stanowiska obejmą politycy PiS, co da gwarancję, że będą spoza układu. A gdyby ich swędziały ręce, pilnować ich będzie CBA. Kto zna realia walki z mafią we Włoszech czy USA, wie, jak kruche były wybrane narzędzia. Kaczyński na wojnę z układem – który opisywał jako wielkie imperium – wziął pistolet na wodę i gumowe kajdanki.

Tekst jest fragmentem książki Roberta Krasowskiego „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”, wyd. Czerwone i Czarne

Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl >>

„Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”, Robert Krasowski (fot. materiały prasowe)„Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”, Robert Krasowski (fot. materiały prasowe)

Robert Krasowski. Filozof, publicysta, wydawca. Zaczynał jako reporter polityczny. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Życiu”, gdzie był zastępcą redaktora naczelnego i szefem działu opinie; także w „Fakcie”, gdzie stworzył tygodnik idei „Europa”. Był redaktorem naczelnym „Dziennika Polska-Europa-Świat”. Prezes i współwłaściciel (wraz z Martą Stremecką) Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Prezes Fundacji im. Immanuela Kanta. W 2012 roku wydał pierwszy tom historii politycznej III RP: „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”. Kontynuacją był „Czas gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD”. „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt” to ostatnia książka z cyklu.

lechPrzynosił

weekend.gazeta.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.