PO, Razem, 10.03.2016

 

CZWARTEK, 10 MARCA 2016

Politycy PO chcą pod KPRM, Zandberg PO nie chce: Nie pozwolimy im się lansować

14:47
Zandb

Politycy PO chcą pod KPRM, Zandberg PO nie chce: Nie pozwolimy im się lansować

Jak stwierdził dziś lider Partii Razem Adrian Zandberg na antenie Radia Wrocław:

„Chcę powiedzieć bardzo jasno – to jest protest obywatelski, a to oznacza, że posłowie z byłego establishmentu, posłowie PO, nie są na naszym proteście mile widziani. Panowie z PO przyszli w nocy, chcieli polansować się przed kamerami, ale nie ma na to miejsca. Mam wrażenie, że KOD pozwolił wykorzystać się politykom establishmentu, nasz protest wykorzystać się nie pozwoli”

Zandberg dodawał:

„To politycy PO wyjęli pierwszą cegiełkę. Instrumentalizacja prawa, traktowanie instytucji publicznych jako coś, co można zawłaszczać, to jest coś, co zaczęło się za rządów PO (…) Problemem jest to, że jesteśmy od lat zamknięci w tańcu między establishmentem PO, a PiS-em. Razem jest po to, by zbudować alternatywę (…) W Razem nie mamy ani grama sympatii do establishmentu PO”

13:25
Grupson

Grupiński: Będziemy na proteście pod KPRM. Ale nie zapominajmy, że PiS ma struktury siłowe

– Chodziliśmy choćby do protestujących – na czele z panią premier Kopacz – żeby pomóc im, nosząc im choćby kanapki, kawę, herbatę, żeby pomagać im przetrwać te noce protestów pod KPRM. Tak i teraz będziemy pomagali wszystkim, którzy protestują, będziemy wspierać te protesty. Będziemy także jako członkowie PO w nich uczestniczyć – zadeklarował dziś w Sejmie Rafał Grupiński.

Polityk PO zaznaczył, iż „nie należy zapominać, że rządzący posiadają struktury siłowe, a Jarosław Kaczyński ma w swojej głowie bardzo różne myśli, ma obsesje”. – Stwierdzenie ministra Zielińskiego, że PiS będzie sprawdzał struktury KOD, nie jest przypadkowe –stwierdził Grupiński, nawiązując do wypowiedzi wiceszefa MSWiA w rozmowie z 300POLITYKĄ na antenie RDC.

Jak dodawał polityk:

„Protesty społeczne będą narastały. Bo rządzący depczą konstytucję, a społeczeństwu mówią: wszystko jest świetnie. Sytuacja jest kuriozalna”

Lider Partii Razem, która organizuje dzisiejsze protesty, stwierdził jednak na antenie Radia Wrocław, że nie życzy sobie na manifestacji polityków PO:

„To protest w obronie zasad państwa prawa. I dlatego nie pozwolimy lansować się na nim skompromitowanym posłom PO”

13:02
GrupinskiSejm

Grupiński porównuje metody rządzących do metod Goebbelsa. O Kaczyńskim: Niech wyjdzie z obsesji

Rafał Grupiński krytykował dziś w Sejmie postępowanie PiS wobec Trybunału Konstytucyjnego. Metody partii rządzącej polityk PO porównał do metod Goebbelsa:

„Rządzący w tej chwili stosują metodę – przykro to powiedzieć – pewnego ministra sprzed II wojny, pewnego sąsiada zachodniego, który uważał, że należy tak długo kłamać, aż cała opinia publiczna uwierzy, że to jest prawda. Powtarzane przez polityków PiS kłamstwa, że to oni szanują konstytucję, po prostu do dobrze wykształconego, rozumującego obywatela, nie trafią i nie przekonają go. Rządzący się powinni się zreflektować, ale stanie się to dopiero wtedy być może, gdy instytucje europejskie wskażą Polskę jako miejsce schorowane”

Grupiński odniósł się też do samego prezesa Kaczyńskiego:

„Apeluję do prezesa PiS, żeby wyszedł z tego stanu obsesji psychicznej, w której się znalazł, z tej pułapki, w którą sam siebie wprowadził. On wprowadził swoich polityków w taką pułapkę, że wszyscy muszą kłamać. Tylko dlatego, że prezes ma obsesję złamania konstytucji, bo on jest sędzią, on jest prawem, on jest w istocie państwem, a nie my wszyscy, którzy te państwo tworzymy”

 

CZWARTEK, 10 MARCA 2016

Inicjatywa Polska przypomina parlamentarzystom tekst ślubowania. „Przestrzegajcie porządku prawnego”

13:45
Screenshot 2016-03-10 at 13.35.45

Inicjatywa Polska przypomina parlamentarzystom tekst ślubowania. „Przestrzegajcie porządku prawnego”

 Inicjatywa Polska – stowarzyszenie, którym kieruje m.in. Barbara Nowacka – przed dzisiejszym protestem pod KPRM zaprezentowała swój pomysł, by sprzeciwić się zmianom wokół TK. Jak mówi była liderka Zjednoczonej Lewicy w filmiku nagranym pod Sejmem:

„Inicjatywa Polska złożyła dziś wszystkim parlamentarzystom dwa dokumenty – przypomnienie ślubowania, które złożyli, a także wyrok TK ws. zmian konstytucyjnych przeforsowanych przez PiS. Panie posłanki i panowie posłowie, przypominamy, co ślubowaliście: przestrzeganie porządku prawnego RP. Pani premier, panie i panowie ministrowie: w nazwie partii macie Prawo i Sprawiedliwość. Miejcie je w sercach”

300polityka.pl

 

inicjatywaPolska

Brawo Razem. Teraz razem pokażmy siłę i wpędźmy PiS w samoizolację

Marek Beylin, 10.03.2016

Protest partii Razem pod KPRM

Protest partii Razem pod KPRM (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Kaczyński i Duda coraz ostrzej dezawuują przeciwników, wiceminister spraw wewnętrznych im grozi, ale to furia zagubionych, którzy widzą, że rzeczywistość, jaką chcieli niepodzielnie władać, wymyka im się spod kontroli.
 

Brawo Razem. Krytykowałem tę partię za to, że bardziej walczy o własną odrębność niż o – wspólne przecież – fundamenty demokracji, ale widowiskowa akcja razemowców pod KPRM przeczy tej mojej krytyce. Co ważne, do namiotowej pikiety Razem dołączają inni ludzie. Przyłączyć chce się też KOD i mam nadzieję, że między obiema tymi organizacjami nie dojdzie do zgrzytów ani do prężenia muskułów.

Do akcji zapoczątkowanej przez Razem powinny przystąpić inne partie oraz organizacje społeczeństwa obywatelskiego. A Razem okazałoby polityczną mądrość, gdyby zaakceptowało taką wielość protestujących. Wspólny protest mimo naturalnych podziałów – to pokaz siły. I tego, że PiS wpędza się w samoizolację.

A PiS wcale nie jest taki silny. Ma władzę, ale gdy jej używa, wszystko knoci. Polityka społeczna rządzących to kupa gruzów. Polityka zagraniczna – jedno wielkie nieszczęście. Ba, PiS-owi słabo wychodzi nawet ograniczanie praw i wolności. Władza, atakując Trybunał Konstytucyjny, znalazła się w defensywie.

Kaczyński i Duda coraz ostrzej dezawuują przeciwników, wiceminister spraw wewnętrznych im grozi, ale to furia zagubionych, którzy widzą, że rzeczywistość, jaką chcieli niepodzielnie władać, wymyka im się spod kontroli.

Bo PiS ze względu na rosnący opór społeczeństwa oraz stosunki z Unią i USA nie może pójść na całość. Nie może aresztować TK, rozprawić się siłą z opozycją, rozganiać protestujących. Rządzący wiedzą, że mieliby wówczas do czynienia i z milionem protestujących, i z bolesnymi sankcjami Zachodu. PiS musi więc tolerować narastający opór – na tym polega pułapka, jaką na siebie zastawił.

Dlatego tak ważne jest, by ten opór był jak najbardziej wspólny. By brali w nim udział zwolennicy różnych wizji Polski. Taka wielość doda nam mocy.

wyborcza.pl

Adam Strzembosz. Wszystko dla Jarka

Grzegorz Sroczyński, 10.03.2016
Adam Strzembosz: Jedność, proszę pana, to była tylko w okresie pierwszej  

Adam Strzembosz: Jedność, proszę pana, to była tylko w okresie pierwszej „Solidarności” w 1980 roku. Wtedy przez chwilę nie było plucia (Fot. Bartosz Bobkowski)

Były takie momenty w III RP, że jak człowiek miał poglądy odstające od tego, co uważacie wy w „Wyborczej”, to był fe. Produkowaliście poglądy dominujące. Rozmowa z Adamem Strzemboszem.
 
Były jakieś reakcje? 

– W środowisku prawniczym pozytywne.

A w patriotycznym?

– Jest taki Andrzejek, historyk. W czasie okupacji chodziłem z nim na tajne komplety. Zareagował ze straszliwą agresją: „Jak mogłeś iść do żydokomuny w TVN, splamiłeś honor brata, Tomasz się w grobie przewraca!”. Odłożyłem słuchawkę.

Nie wiem też, jak będzie z Janem Olszewskim, dotąd dzwoniliśmy do siebie na imieniny.

Argument o bracie pana boli?

– Nie boli. Tomasz rzeczywiście miał wyraziste poglądy. Był patriotą, przy okazji Jedwabnego walczył o dobre imię Polski, różne głupstwa żeście o nim pisali również w „Wyborczej”. Ale teraz sytuacja jest inna.

Kustosz Polski niewinnej. Sylwetkę profesora Tomasza Strzembosza przedstawia Artur Domosławski

„Jestem starym człowiekiem, któremu wolno dokonywać pewnych ocen, nawet śmiałych. Moim zdaniem pan prezydent Duda parokrotnie złamał konstytucję” – powiedział pan w TVN.

– Zareagowałem na to, co obóz PiS wyrabia z Trybunałem Konstytucyjnym. Przyjmowanie ślubowania od sędziów kwadrans po północy pod nadzorem Jarosława Kaczyńskiego to dla głowy państwa upokorzenie. Z okazji moich 85. urodzin Kancelaria Prezydenta przysłała tutaj pana ministra Kolarskiego z bukietem kwiatów i laurką. Więc jak zaczęli majstrować przy Trybunale, wpadłem na pomysł, że zadzwonię do niego z interwencją. Pan Kolarski stękał, zacinał się, wzdychał, słychać było, że nie wie, co powiedzieć. Na koniec prosiłem o przekazanie prezydentowi życzeń, żeby był dzielny.

Zna pan Jarosława Kaczyńskiego?

– Długo. Co najmniej od 1980 roku, z „Solidarności”. Był nawet moim sekretarzem, jak powstały komitety przy Lechu Wałęsie. Kiedy w 1990 roku zostałem prezesem Sądu Najwyższego, na różne rzeczy mnie namawiał.

Na co?

– Żebym premierem został. Przyszedł do Sądu Najwyższego i zapytał, czybym się zgodził. „A jaką ty rolę dla siebie przewidujesz?”. „No, wicepremiera”. Zręcznie to powiedział.

Dlaczego akurat panu proponował?

– Różnie to Jarek tłumaczył. Kiedyś siedział u mnie w gabinecie i akurat zadzwonił telefon od biskupa Pieronka, który był wtedy sekretarzem generalnym Episkopatu. Pieronek chciał załatwić jakąś sprawę dla Kościoła, na co ja powiedziałem: „To może ksiądz biskup sformułuje odpowiedni wniosek i wyśle do sekretariatu”. Czyli doradziłem, żeby zrobił to, co każdy obywatel. Kaczyńskiemu to się strasznie spodobało. Długo to pamiętał. „Sekretarz generalny Episkopatu, a ty go tak załatwiłeś!”. Mówił, że to najlepszy dowód, że się nadaję na premiera.

Słusznie.

– Nie chciałem. Tak samo odmówiłem Janowi Olszewskiemu, jak mi proponował wicepremiera ds. społecznych.

Jak wyglądało ostatnie 16 godzin rządu Olszewskiego w 1992 roku

Czy to Kaczyński wymyślił, że zostanie pan prezydentem? 

– On. Zanim mi powiedział, namówił kilka partii. Przeprowadził negocjacje z Hallem, z taką partyjką Ujazdowskiego, która właściwie była odszczepieniem od Halla, z partyjką Balazsa i z partią tego wariatuńcia… zapomniałem nazwisko… Korwin-Mikkego. Wszystkich ich Jarek namówił. Potem przez dwa tygodnie przychodzili tutaj ci panowie nieomal dzień w dzień, moja żona podała ze 150 herbat. I mnie mordowali, żebym się zgodził.

Co mówili?

– Że Kwaśniewski może wygrać wybory i będzie koniec demokracji. Że mam szansę Polskę ocalić przed powrotem komuny. Że jestem mąż opatrznościowy. Takie różne. Głupstwo zrobiłem, że w końcu uległem.

Na początku liczyłem, że Wałęsa nie zdecyduje się kandydować na drugą kadencję. Miałem na ten temat rozmowę z prymasem Glempem, z którym byłem w sympatycznych stosunkach. „Panie profesorze, my się panu od dawna przyglądamy – mówił – i my nie dopuścimy, żeby Wałęsa znów kandydował, my go przekonamy”.

My?

– No, Episkopat. Więc gdy Wałęsa wystartował, mówię do Glempa: „No jednak”. „A co mogliśmy zrobić, jak on się uparł”… Niech się pan nie śmieje.

Kiedy to zabawne.

– Szefem mojego sztabu wyborczego został pan Szyszko, którego wyznaczył Jarek. Na początku nieźle to wyglądało. Moje sondaże rosły. Ale wkrótce po prawej stronie zaroiło się od kandydatów. Było nas z pół mendla. A potem doszło do konfliktu z Jarkiem.

Zagadki Jana Szyszki, czyli powrót krwawego myśliwego

O co?

– O stanowiska. Zawrzało przy okazji sprawy Jaworzniaków. Wie pan, kto to byli Jaworzniacy?

Nie mam pojęcia.

– Stowarzyszenie dawnych więźniów stalinowskiego obozu pracy dla młodocianych w Jaworznie. Prężnie działali. Zaprosili mnie na swój zjazd, zrobili honorowym Jaworzniakiem i przegłosowali, że będą popierać na prezydenta. „Chcemy pomagać w kampanii, ale nie znamy adresów pana komitetów” – powiadają. Zwróciłem się do Przemysława Gosiewskiego, który od zawsze odgrywał u Jarka ważną rolę w jego partyjnych działaniach, żeby mi dał adresy moich komitetów wyborczych. A on powiedział, że nie da.

Dlaczego?

– Tego nie powiedział.

Może jeszcze ich nie pozakładał i po prostu wstydził się przyznać?

– No skąd!

I wtedy zaczął się mocny konflikt.

Nie mogliście sobie tego wyjaśnić? Nie mógł pan zadzwonić do Kaczyńskiego: „Słuchaj, stary, ale o co chodzi?”.

– Ludzie Kaczyńskiego od początku mieli pretensje, że wyciągnęli mnie do pierwszego szeregu, a ja im przeszkadzam. Bo nie pozwalam obsadzić wszystkich ważnych stanowisk.

Jakich ważnych stanowisk?! 

– W sztabie wyborczym. Uważałem, że Hall, Balazs i Ujazdowski też powinni dostać jakieś stanowiska w sztabie, a Kaczyński absolutnie nie chciał nic oddać. Przecież mnie popierało pięć partii.

I pięć ambicji.

– Ale właśnie nie. Tamci zachowywali się powściągliwie, nie naciskali. Tylko Porozumienie Centrum nieustannie pilnowało, żeby nikogo spoza swojego kręgu nie dopuścić. W końcu miałem tego dość i podziękowałem za współpracę panu Szyszce.

Ta cała historia jest kosmiczna. Dlaczego zamiast się dogadać, wy od razu idziecie na noże?

– Nie chciałem iść na noże, tylko zrozumiałem, jaką rolę odgrywam w tej całej układance. Jeśli ktoś, kto ma być ich prezydentem, nie może obsadzić sztabu wyborczego…

Tajemnice domowe Kaczyńskiego. Biografia szefa PiS

Ludzie są różni, mają swoje fiksacje. Jeśli Kaczyński chce mieć w sztabie swoich ludzi, to niech ma. Byleby coś robili – taka byłaby moja reakcja, gdybym był na pańskim miejscu. I podobnie by reagowali ludzie z mojego pokolenia. Lepiej się dogadać, a nie brać za łby.

– No dobrze. A sprawa Jaworzniaków? To by też pana nie obeszło?

Pomyślałbym: „No cóż, Gosiewski zachowuje się lekko dziwnie, ale po co to rozkminiać? Jaworzniacy niech się zgłaszają na adres domowy”.

– Jak są ze Szczecina, to muszą znać adres w Szczecinie! Zresztą nie w tym rzecz. To pokazywało, po co ja jestem popierany. Żeby Kaczyński miał więcej wpływów. Moje nazwisko miało posłużyć do zbudowania komitetów, a oni by je potem wykorzystali do rozbudowy Porozumienia Centrum.

Dziwna ta rozmowa. Przychodzi dziennikarz z „Wyborczej” i Kaczyńskiego broni.

Bo nie chcę ciągle słyszeć, że wszystkiemu i zawsze winien jest Kaczyński.

– Tego nie mówię.

W międzyczasie pani Gronkiewicz-Waltz zgłosiła swoją kandydaturę. Olszewski, który najpierw strasznie mnie namawiał na kandydowanie, sam wystartował. PC zgłosiło Lecha Kaczyńskiego, czyli kolejnego kandydata. Korwin-Mikke już wcześniej oświadczył, że jednak nie będzie mnie popierał, bo koledzy kazali mu kandydować osobiście. W końcu dowiedziałem się od dziennikarzy, że Ujazdowski już mnie nie popiera, tylko po cichu przeszedł do sztabu Gronkiewicz-Waltz…

Dlaczego wy tacy jesteście?

– Jacy?

Dlaczego tak wygląda polityka w wydaniu ludzi z pańskiego pokolenia? Co to za cecha?

– Muszę pana zmartwić, ale ta cecha jest we wszystkich pokoleniach. Egocentryzm. Zajadłość. Cechy ogólnoludzkie.

W podziemiu też to mieliście? 

– Też. Pamiętam, w stanie wojennym powstał pomysł, żeby powołać sąd podziemny, który będzie dyskwalifikował różnych zdrajców. I do mnie się zwrócono, jako do sędziego, żebym w nim zasiadał. Odmówiłem. Wiedziałem, że się zaraz zacznie.

W opozycji przed 1980 rokiem nie było tłoku. Naprzeciwko nich stał bezwzględny aparat bezpieczeństwa PRL

Co?

– No to właśnie. To by nie był sąd, tylko grupa-magiel. Jeden sąd podziemny by wycinał drugi sąd podziemny, który by zaraz powstał. Jedność, proszę pana, to była tylko w okresie pierwszej „Solidarności”, w 1980 roku. Krótko. Wtedy przez chwilę nie było plucia.

Jak mnie Kaczyński opuścił, kilka osób przyszło z gratulacjami. Ludzie Balazsa i Halla moją postawę skwitowali jako moralną.

To świadczy tylko o tym, że nie znosili Kaczyńskiego. O niczym więcej.

– Nie. To był dowód, że nie jestem zdrajcą tych pozostałych ugrupowań. Uważałem, że skoro popiera mnie pięć partii, to pięć powinno mieć głos. I tak zostało to przyjęte i tak mi powiedzieli, że ja się zachowałem po prostu przyzwoicie.

No właśnie – przyzwoicie. Ale skutecznie – już nie.

– Jeżeli w polityce liczy się tylko skuteczność, elastyczność i umiejętność dogadywania się z każdym, to jest to bardzo zła polityka.

To się liczy.

– Nie.

Episkopat w końcu podjął specjalną uchwałę wzywającą prawicę do redukcji kandydatów.

No i żeście się zredukowali. Do pół mendla, jak pan mówi.

– Mogło być gorzej. Żeby wyłonić wspólnego kandydata, powstał Konwent Świętej Katarzyny. Przesłuchania odbywały się u księdza Maja w podziemiach kościoła. Poszedłem tylko raz. Pytano mnie, czy jak zostanę prezydentem, to przywrócę przedwojenną straż graniczną w tradycyjnym umundurowaniu.

Straż graniczną?

– Widocznie któryś z przesłuchujących miał ojca czy dziadka w tej straży.

I co pan odpowiadał?

– Żeby się puknęli w głowę.

Tam i tak spierała się głównie Gronkiewicz-Waltz z Olszewskim. W głosowaniu tajnym wygrał Olszewski, ale Krzaklewski przesądził, że kandydatem będzie Gronkiewicz-Waltz. I się Konwent rozleciał, bo nie było zgody, kto wygrał. Zwolennicy HGW twierdzili, że oni. A zwolennicy Olszewskiego – że oni… Niech się pan znowu nie śmieje.

Zwyczajna Polka rusza na wybory. Sylwetka Hanny Gronkiewicz-Waltz

Jak się nie śmiać. 

– No i dlatego nie chciałem w tym dalej uczestniczyć. Zawarłem porozumienie z HGW, że jeżeli ona będzie miała więcej w sondażach, to ją wskażę. I wskazałem.

I dostała w wyborach 2,76 proc.

– Ale się wywiązałem.

Aha. Honorowo.

– Oczywiście.

Jesteście genetycznie niezdolni do kompromisu. Wszyscy.

– Genetycznie byłem zdolny do kompromisu, skoro nie parłem do końca.

Po całej tej imprezie Jarek miał do mnie pretensje. Obraził się. Jak Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości, to chciałem coś u niego załatwić, ale z jego otoczenia mi przekazano, że nie będzie ze mną rozmawiać, bo skrzywdziłem mu brata. Nieco mnie to podnieciło, próbowałem wyjaśniać. Pretensje były o te stanowiska, które w sztabie się Jarkowi należały.

Po mojej stronie barykady jest wielka nadzieja, że oni zaraz się wezmą za łby, pokłócą i będą nowe wybory.

– Nie liczyłbym.

Ale z pańskiej opowieści to wynika.

– Jedzą teraz ciastko. Tyle czasu czekali. Osiem kolejnych wyborów przegranych. OSIEM. Snuli rozmaite plany. I co, teraz wypuszczą władzę? Po tylu latach? Nie bądźcie naiwni.

Czy im zależy, żeby nas bolało?

– Nie. Im zależy, żeby jak najszybciej przejąć pełną kontrolę.

Polska z głowy Kaczyńskiego

Można to robić mniej ostentacyjnie, bez rozwalania Trybunału, nocnych głosowań, bez tej całej mściwej otoczki.

– Można, ale po co? Klasycy włoscy mówili, że jak masz zrobić świństwo, to jedno wielkie, a nie rozkładaj na raty. I to jest mądre. Potem się będzie robić same piękne rzeczy – 500 złotych i różne inne gesty.

Rządzą nami ludzie, którzy naprawdę chcą mieć władzę. Realną. Chcą wpływać na wszystko, co się dzieje w kraju. Dokładnie tak jak z moim komitetem wyborczym. Nawet sprzątaczka ma być od nich.

Na czym polega ich urok według pana? 

– Na przykład na elementach patriotycznych. Ludzie do nich lgną, bo tam się mówi o wspólnocie. Nigdzie się o tym nie mówiło. „Gazeta Wyborcza”, Unia Wolności, ten nieustanny pouczający ton, że mamy być postępowi, europejscy i nie zajmować się wspólnotą. Ciężko to było wytrzymać. „Wyborczej” słucham, ale nieregularnie.

Słucha pan?

– Komputer mi czyta, bo ja nie widzę. Pana tak – w ogólnym zarysie, ale na wprost gorzej. To się nazywa zanik plamki żółtej.

Dla mojego środowiska „Wyborcza” była obca. Reprezentujecie środowisko osób inteligentnych, ale obcych.

Obcych?

– Mam na myśli waszą formację ideową. Pierwsza rzecz dla mnie najważniejsza – stawiacie na skrajny indywidualizm. Rozwieść się, zostawić małe dzieci – oczywiście! Patchwork czy jak to się nazywa – znakomicie! Byłem sędzią dla nieletnich, miałem kontakt z różnymi rodzinami i wiem, że jeśli on jest alkoholikiem albo człowiekiem chorym psychicznie, to lepiej, żeby się rozstali. Ale na każde życzenie?

Nigdy w „Gazecie” nie pochwalaliśmy porzucania dzieci, a w obronie alimenciar ze trzy akcje „Wysokie Obcasy” prowadziły.

– W wolnej Polsce byłem głównym autorem przepisów o separacji. Opór! Dobrze, że miałem przyjaciół w AWS, poparli mnie i udało się to przepchnąć przez Sejm. Ale ile było krzyków.

Bo baliśmy się, że to będzie służyło temu, żeby sędziowie nie orzekali rozwodów.

– Dlatego zaproponowałem separację obok rozwodu. Ta procedura uruchamiana jest tylko wtedy, jeśli obie strony chcą.

Miał pan ochotę kiedykolwiek się rozwieść?

– Nigdy. 58 lat szczęśliwego małżeństwa… Nie wierzy pan?

Średnio.

– Nie chcę samego siebie idealizować. Mamy czworo dzieci, najstarszy syn był zbuntowany, nie chciał chodzić do kościoła. Zdarzały się rozmaite trudne sytuacje. Ale uciec od rodziny?

A inne kobiety?

– Różne mi się podobały, ale żebym miał rzucić żonę, nawiązać romans? Tym się chyba różnimy.

Czyli czym?

– Dla waszego środowiska szczęście własne upoważnia do tego, żeby je uzyskać za każdą cenę. W dążeniu do szczęścia można zrobić wszystko, również przeciwko własnym dzieciom. Można iść na kompromisy moralne nieograniczone. To jedna rzecz. A druga – załamanie poczucia wstydu. To niezwykle ważny element ochrony człowieka.

Wstyd?

– Tak zwane sprengi… strangi…

Stringi? 

– Tak. W reklamach, na plakatach.

Panu te stringi coś robią?

– Już nie.

Leszek Kołakowski na konferencji u Ojca Świętego powiedział, że likwidacja ostatniego tabu będzie końcem cywilizacji europejskiej. To bardzo mądre. Nie da się racjonalnie wytłumaczyć istnienia tabu, ale bez tabu społeczeństwa się rozpadają.

To trochę się robi rytualna rozmowa starszego z młodszym.

– Możliwe. Między nami są dwa pokolenia różnicy.

Więc zostawmy stringi. Chciałbym wiedzieć, dlaczego w waszym prawicowym środowisku moje środowisko budzi taką irytację?

– We mnie nie budzicie irytacji. Obcość.

Irytacja może się brać stąd, że „Gazeta” z przybudówkami chciała opanować całą sferę ideową w Polsce. Były takie momenty w III RP, że jak człowiek miał poglądy odstające od tego, co uważacie wy, to był fe. Wiele osób ze strachu jawnie „Wyborczej” nie krytykowało. Produkowaliście poglądy dominujące i one nie uwzględniały mojej wrażliwości.

Czyli czego?

– Na przykład tego, że Europa od dawna zmierzała w stronę głębokiego kryzysu. A wasze środowisko ten kryzys przedstawiało jako ideał, do którego powinniśmy wszyscy się spieszyć.

Karol Modzelewski: Świat się chwieje

Ideał?

– Niech się ludzie zajmą produkowaniem szczęścia. Każdy na własną rękę. Osiągnęliśmy w ten sposób wyżyny egocentryzmu i samolubstwa, z tego powodu Europa się może rozlecieć. Pustka wieje z waszych postaw liberalnych.

Przyszedł do mnie ostatnio facet, który ma sześcioro dzieci. „Co robić, bo się w sądzie głupio wygadałem, ile naprawdę zarabiam?”. Adwokat go opieprzył, że powinien powiedzieć połowę mniej, żeby nie płacić wysokich alimentów. Mówię: „Przecież pan ma sześcioro dzieci, jak można zatajać w takiej sytuacji dochody?”. „Niech żona pójdzie do pracy, powinna siedzieć w jakiejś redakcji i dobrze zarabiać”. Liczył, że mu kruczki prawne wynajdę. Wyszedł bardzo niezadowolony.

I co z tego wynika?

– To jest objaw głębokiego kryzysu postaw. Czy jeśli ludzie mają taki stosunek do własnych dzieci, to będą się angażować w rozwiązywanie wspólnych problemów świata? Czy będą myśleć o jakichkolwiek wyrzeczeniach dla dobra innych ludzi? Działać z innymi, jeśli to wymaga poświęcenia i wysiłku? Otóż nie będą.

Karol Modzelewski mówi: „W wolnej Polsce wyszła nam tylko wolność, a równość i braterstwo żeśmy sobie odpuścili”. Ma rację?

– Ma. Kuroń, jak został ministrem pracy, ogłosił, że swoją pensję będzie oddawał na dobry cel. Potraktowałem to jako wyzwanie i ogłosiłem, że trzecią część swojej pensji wiceministra sprawiedliwości – no, miałem czworo dzieci, wszystkiego nie mogłem – też będę oddawał na dobry cel. Zareagowała tylko jedna osoba. Kiedy następnego dnia przyszedłem do pracy, podeszła do mnie sprzątaczka i pocałowała w policzek. Nikt trzeci się nie zgłosił.

O czym to świadczy? 

– Po 1989 roku zmieniły się postawy. Parę miesięcy i już nikt nie chciał niczego oddawać.

Marcin Król: Musimy się ruszyć, odzyskać ideę równości. Inaczej przyjdzie to „coś” i będziemy wisieć na latarniach

Dlaczego?

– Każdy się zajął produkowaniem własnego szczęścia. Poza tym zakłamaliśmy się. Regularnie podawane były rozmaite dane, GUS – wspaniale, płaca średnia – idzie w górę. Jest taki profesor, który się zajmuje diagnozowaniem nastrojów społecznych…

Czapiński.

– Tak. Z jego badań wynikało, że poziom życia jest coraz wyższy, zmniejsza się grupa tych, którzy żyją poniżej minimum socjalnego, ludzie są bardziej zadowoleni. Jednym słowem – wszystko gra.

Przecież Czapiński tych danych nie zmyślał.

– Oczywiście, że nie. Samochodów ile ludzie nakupowali! Ojojoj, głowa aż boli! A jak poskrobać, to ten cały nasz sukces jest iluzoryczny. Ktoś ma jakiś samochodzik, pracę, ale żyje na granicy wyczerpania nerwowego, z dnia na dzień. Boi się, że za tydzień może zostać z niczym, nie ma podstawowej stabilizacji, porządnej umowy o pracę, prawa do urlopu, do pójścia na chorobowe.

Należę do środowiska, które osiągnęło w wolnej Polsce nieprawdopodobny sukces. Przyjechała kiedyś znajoma prawniczka ze Szwajcarii. „Dawny sędzia dla nieletnich pierwszym prezesem Sądu Najwyższego?” – dziwiła się. Prezydent Lech Kaczyński przyznał mi Krzyż Wielki Polonia Restituta. Komorowski – Order Orła Białego. Benedykt XVI – Krzyż Wielki Grzegorza Świętego. Spadło na mnie to wszystko na emeryturze. Ale inni nie mają tak dobrze. Ktoś pracuje w trzech miejscach i co chwila nerwowo patrzy, czy szef już ma młodszego i tańszego na jego miejsce, martwi się, czy jest wystarczająco dyspozycyjny, i zamiast bawić się z dzieckiem, odpisuje na maile z pracy. Tak ludzie żyją.

Skąd ma pan taką orientację?

– Widzę. Starszy syn jest na samozatrudnieniu. Młodszy zasuwa w dziewięciu przedszkolach, uczy dzieci plastyki, a poza tym ilustruje książki. Nawet nie ma umowy-zlecenia, którą by obejmowała składka emerytalna. Ma 43 lata i cały czas na śmieciówkach.

Dorzuca im pan?

– Córce dorzucam, ma trójkę dzieci. Starszemu kilka razy pomogłem. Młodszemu dałem na rozbudowę domku, bo mieszkali w małym pokoiku w Józefowie.

Były prezes Sądu Najwyższego ma przyzwoitą emeryturę?

– Bardzo. 10 tysięcy z groszami do października, po październiku mniej, bo wchodzę w wyższy próg podatkowy. Rozliczamy się z żoną, która ma emeryturę 1200 zł.

Jak ktoś jest zadowolony, to wydaje mu się, że całe społeczeństwo tak funkcjonuje. I nie chce, żeby problemy innych grup społecznych psuły mu dobre samopoczucie. Prezes jednego z sądów wojewódzkich zatrudniał sześć urzędniczek na sześć miesięcy, one stawały na głowie, bo sądziły, że dostaną etat, a potem je zwalniał i zatrudniał następne. I tak w kółko. Albo rektor, który zwalnia portierów i sprzątaczki, zmusza ich do samozatrudnienia. „Tanie państwo”. Trzeba oszczędzać, to się oszczędza na najsłabszych. Ja bym wybrał inaczej, raczej sobie obciął 25 procent, a nie zabierał sprzątaczkom, które i tak mają mało. I większość ludzi z mojego pokolenia też by tak wybrała. Natomiast z pańskim pokoleniem jest gorzej. Wy inaczej myślicie. Wystarczyła chwila wolnej Polski i już nie było atmosfery, żeby ktokolwiek sobie cokolwiek obcinał.

„Prawo jest w Polsce dla tych, którzy potrafią je sobie wyszarpać” – mówi prof. Ewa Łętowska. Nieufność wobec sądów deklaruje 61 proc. Polaków. Dlaczego z polskimi sądami jest tak źle?

– Nie jest źle.

Komornik zabrał rolnikowi traktor, mimo że on nie miał żadnych długów. Rolnik poszedł do sądu ze skargą. A sąd skargę odrzucił, ponieważ traktor w międzyczasie został zlicytowany. „Nie ma traktora, nie ma sprawy”. Panu się to mieści w głowie? 

– Idiotyzm, jeśli rzeczywiście to miało miejsce. Ale mam duże zastrzeżenia do rzetelności tego, co słyszymy. Te straszne sprawy sądowe są straszne, jak się na nie patrzy oczami informowanego przez telewizję.

Tych przykładów jest zbyt wiele.

– Rocznie w sądach rozpatruje się 15 milionów spraw! Zdarzają się błędy.

Pan ucieka od tematu.

– Nie uciekam.

Tomasz Koncewicz, profesor prawa i adwokat, pisze o was tak: „Sędzia polski jest uczony, jak postępować na nie” i jak z pompą, z całym rygoryzmem prawa tłumaczyć ludziom, dlaczego nie może się sprawą zająć. W tym nasi sędziowie są niestety mistrzami”.

– Odsyłanie obywatela z kwitkiem wynika z niechęci do twórczego zajęcia się sprawą.

Twórczego?

– Przy sprawach, w których nie jest oczywiste, jaki paragraf zastosować. Jak z tym traktorem, który został sprzedany osobie trzeciej. Sędziowie się boją, że jak będą odważniej interpretować przepisy, to narażą się na uchylenia wyroków i złośliwe komentarze kolegów: „Co on sobie myśli? Sądzi jak król Jagiełło pod dębem?!”. Jeśli sędzia ma zbyt duży wskaźnik uchyleń, to może opóźniać jego awans.

Piotr Ikonowicz, który chodzi po sądach i ratuje ludzi przed czyścicielami kamienic, twierdzi, że człowiek biedny jest traktowany gorzej w polskich sądach. Mamy sądownictwo klasowe?

– Nie mamy.

Pan cały czas mówi, że w zasadzie wszystko jest w porządku.

– Nie mówię. Tylko staram się być ostrożny.

Jak się was pyta – kogokolwiek ze środowiska sędziowskiego – to za każdym razem słychać to samo: jest super! Z pięć wywiadów takich było w „Wyborczej”, bo nic się nie da innego z sędziów wyciągnąć. Nie znam bardziej zadowolonego z siebie środowiska niż sędziowskie.

– Coś jest na rzeczy. Tylko musi pan zrozumieć, że system sądowniczy to delikatna maszyneria. I nie ma łatwej recepty na różne niedociągnięcia i niesprawiedliwości. To wymaga lat, a może dekad. I to jest w głowach. Pani Hejke zaprosiła mnie do TV Republika i też maglowała na tę okoliczność. Z tym że miała swoje tłumaczenie: że komuna siedzi. A ja się z tym nie zgadzam. Siedzi pańskie pokolenie.

Moje?

– Oczywiście. I ma nikłą wrażliwość. W sądach 90 procent to ludzie, którzy przyszli po 1989 roku. Absolwenci wydziałów prawa z całej Polski z okresu transformacji. Pana rówieśnicy – czterdziestolatki – zajmują teraz węzłowe stanowiska, bo są już po awansach do sądów okręgowych. Dlaczego są niegrzeczni na sali sądowej? Dlaczego – być może, bo tego nie wiem – różnych ludzi traktują w zależności od statusu materialnego? Sędziowie są tacy sami jak reszta polskiej inteligencji w ich wieku, a ta inteligencja źle się zachowuje w korporacjach na stanowiskach kierowniczych, źle się zachowuje na uniwersytetach. Sędziowie nie są pod tym względem lepsi.

Powinni być.

– Zgoda. Miałem od sędziów starszego pokolenia sygnały, że młodsi zachowują się niegrzecznie i z wyższością wobec stron. Ale to wynika z klimatu społecznego. Szanuje się kogoś, kto ma wyniki finansowe, kto jest zamożny, a sprzątaczki się za bardzo nie widzi.

Co z tym robić? 

– Problem powinien być nagłaśniany w naszym środowisku. Nieustannie poruszany w szkole, która kształtuje sędziów. Ja mogę o tym mówić. Łętowska mówi. Jak pan mnie teraz pyta, to też do kogoś to dotrze. Nie ma innego sposobu na zmienianie klimatu ideowego czy moralnego niż głośna rozmowa.

Z tego niewiele wynika.

– Śrubki pan w systemie sądownictwa nie wkręci.

A potem przychodzi Ziobro i ma swoje recepty.

– Zgadzam się, że zamiatanie problemów pod dywan kończy się tym, że ludzie zaczynają wierzyć w pomysły Ziobry. Nie powinniśmy problemów zamiatać. Dobrze by było, gdyby w kilku przypadkach awansów w Krajowej Radzie Sądownictwa kandydaci usłyszeli: „Nie przepuściliśmy pana, bo jest pan niekulturalny na sali sądowej i źle potraktował prostą kobietę”. To by się błyskawicznie po środowisku rozeszło. Tylko Krajowa Rada, by komuś to powiedzieć, musi to wiedzieć.

A nie wie?

– Słabo. Przez osiem lat siedziałem w tej radzie i widziałem ocenę ludzi powoływanych na stanowiska sędziowskie. Solidnie bada się stronę merytoryczną pracy, jakość uzasadnień, znajomość prawa. Natomiast brakowało oceny sędziego jako człowieka.

Czy się dobrze prowadzi?

– Nie. Czy na przykład nie zachowuje się po chamsku na sali sądowej wobec sprzątaczki, która sądzi się z wielką korporacją o nadgodziny. Intensywnie poszukiwałem sposobów oceny i buntowałem się, że tego nie ma. To wywoływało w środowisku niezadowolenie, bo byłem przeciwko temu, żeby KRS koncentrowała się na walce o zarobki sędziowskie. W końcu przestałem być przewodniczącym, bo już mnie mieli dosyć z tymi pomysłami. To trudna sprawa, jak oceniać sędziego jako człowieka.

To jak oceniać?

– Nie wymyśliłem idealnej metody. Sporo widać na rozprawach. Gdy byłem wizytatorem i miałem wątpliwości, czy ktoś zasługuje na awans, to szedłem na salę sądową, siadałem w kąciku i słuchałem, jak prowadzi rozprawy. Ale to ma sens, kiedy wizytator pozostanie anonimowy i będzie chodził na wiele rozpraw. Przy takim nawale spraw jak obecnie nie ma na to czasu.

Czy w pańskim wieku człowiek ma takie rzeczy, których żałuje i nieustannie do nich w myślach wraca?

– Ma.

Parę razy w latach 60. doszlusowano mnie do trzyosobowych składów sędziowskich w sprawach karnych. Bo ktoś zachorował. Nie znałem akt wystarczająco dobrze i swędzi mnie sumienie.

Swędzi sumienie?

– W jednej z tych spraw chodziło o to, że oskarżony stawił czynny opór milicjantowi. Milicjant tak zeznał. A czy można mu było wierzyć? Zdarza mi się o tej sprawie myśleć. Gdybym zdążył się wczytać w akta, to być może bym mógł podważyć zeznania tego milicjanta.

Pozostali dwaj sędziowie i tak by pana przegłosowali.

– Możliwe. Ale złożyłbym zdanie odrębne.

Po studiach w 1953 roku jak ognia bałem się skierowania do wydziału karnego. Mogłem tam wylądować, bo byłem mężczyzną, a mężczyźni byli preferowani. W dodatku zdałem egzamin sędziowski z pierwszą lokatą. Jeden z moich wykładowców – przedwojenny sędzia – załatwił, że trafiłem do wydziału ksiąg wieczystych. A potem do wydziału dla nieletnich, bo prezes sądu widywał mnie w mundurze harcerskim.

Człowiek chce myśleć o sobie dobrze, ale czasem się zastanawia, czy ma podstawy do dobrego samopoczucia. Co by było, gdybym został skierowany w 1968 roku do procesów marcowych? Albo gdyby mi kazali sądzić w aferze mięsnej, gdzie zapadły wyroki śmierci? Albo gdyby komuniści próbowali mnie zwerbować na patriotyczne hasła? Albo gdyby mnie wsadzili do więzienia? Czy wytrzymałbym?

I co? 

– Nie wiem. Łudzi się człowiek, że zachowałby się jak należy. Przyzwoicie. Ale cholera wie.

Mam wspaniałą żonę. Na utrzymaniu mieliśmy czworo dzieci, nie przelewało się. Jak w stanie wojennym postanowiłem iść na strajk na Politechnikę, to nie dramatyzowała, że bez pieniędzy zostanie. Powiedziała: „Niech ci nie zabraknie odwagi”.

CV: Adam Strzembosz (ur. w 1930 r.) jest profesorem prawa. W Peerelu był sędzią w wydziale dla nieletnich na warszawskiej Pradze, potem sędzią Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, działał w opozycji, m.in. był szefem sędziowskiej „Solidarności”. Podczas obrad Okrągłego Stołu został przewodniczącym podzespołu ds. prawa i sądów. W wolnej Polsce prezes Sądu Najwyższego i przewodniczący Trybunału Stanu. W 1998 r. przeszedł w stan spoczynku, wykładał na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Miał brata Tomasza, który był znanym historykiem, oraz siostrę Teresę, która jako działaczka katolicka zakładała domy samotnej matki. Ma czworo dzieci.

Najważniejsze wywiady Grzegorza Sroczyńskiego znajdziesz w książce „Świat się chwieje. 20 rozmów o tym, co z nami dalej”

 

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

 

 

 

”Dużym Formacie” czytaj też: 

Adam Strzembosz. Wszystko dla Jarka
Były takie momenty w III RP, że jak człowiek miał poglądy odstające od tego, co uważacie wy w „Wyborczej”, to był fe. Produkowaliście poglądy dominujące. Rozmowa Grzegorza Sroczyńskiego

Kto nie dostanie pieniędzy na żadne dziecko
Mamy troje dzieci na utrzymaniu. Kształcimy je, wychowujemy na uczciwych ludzi, którzy tak jak my będą płacić podatki. Dlaczego nie należy nam się ani złotówka?

Dobry wieczór, morderco. Policjanci z Archiwum X wyjaśnili zbrodnię sprzed 22 lat
Włączył telewizor, ale nie posiedział długo na kanapie. Ktoś walił do drzwi. Dawno się tak nie zdziwił

Jak sieci handlowe rujnują swoich dostawców
Znajomy handluje warzywami i przetworami. Na współpracy z sieciami dorobił się fortuny, bo szybko zrozumiał zasadę: „Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”

Głodu nie ma. Są tylko ludzie, którzy głodują, nie dojadają, umierają z głodu
Co roku połowa żywności na świecie jest wyrzucana Rozmowa z Martinem Caparrosem, autorem książki „Głód”

Kościół bez ścian i drzwi
Co tydzień w centrum Warszawy zielonoświątkowcy, baptyści, prawosławni, katolicy modlą się razem na ulicy. Prezesi otwierają się, mówią, że dawno nie rozmawiali z Jezusem

Ochotnicy pomagają uchodźcom [FOTOREPORTAŻ]
Zanim ruszysz ratować świat, napij się herbaty

profADAM

wyborcza.pl

Niemiecka prasa o sporze o TK w Polsce: „Poważny kryzys państwa”, „obciąć środki finansowe”

apa, pap, 10.03.2016
Orzeczenie ogłoszone przez TK w Warszawie jest  

Orzeczenie ogłoszone przez TK w Warszawie jest „jednoznaczne” – pisze warszawski korespondent „Sueddeutsche Zeitung” Florian Hassel zaznaczając, że Trybunał Konstytucyjny uznał nowelizację ustawy o TK za sprzeczną z konstytucją (fot. sueddeutsche.de)

Po orzeczeniu TK, że dotycząca go ustawa jest niekonstytucyjna, i zapowiedzi rządu, że nie opublikuje tej decyzji, największe niemieckie dzienniki piszą w czwartek o „poważnym kryzysie państwa” w Polsce i zarzucają rządowi w Warszawie „kurs konfrontacyjny”.
 
Orzeczenie ogłoszone przez TK w Warszawie jest „jednoznaczne” – pisze warszawski korespondent „Sueddeutsche Zeitung” Florian Hassel, zaznaczając, że Trybunał Konstytucyjny uznał nowelizację ustawy o TK za sprzeczną z konstytucją. „Rzeczywisty władca Polski Jarosław Kaczyński i jego rząd nie chcą jednak opublikować orzeczenia TK z powodu rzekomego braku prawomocności. Chcą zignorować je tak jak orzeczenie z grudnia stanowiące, że prezydent Polski musi zaprzysiąc trzech sędziów wybranych przez poprzedni Sejm” – czytamy w wydawanej w Monachium opiniotwórczej gazecie. 

„Kaczyński i jego partia Prawo i Sprawiedliwość (PiS) chcą, jak każda władza zmierzająca do autorytarnego panowania, faktycznie zlikwidować centralną zasadę nowoczesnego państwa prawa: to, że rząd i jego większość w parlamencie podporządkowane są kontroli niezależnych sędziów” – ocenia Hassel.

Sankcje i obcięcie finansowania

„Co może uczynić Europa?” – pyta niemiecki publicysta. „Zbliżające się wezwanie ze strony Komisji Weneckiej do powrotu do państwa prawa jest tylko zaleceniem, chociaż posiada symboliczną wymowę. Nawet rząd USA wspiera zalecenia Komisji i napomniał Warszawę, by zastosowała się do nich” – czytamy w „SZ”. Według Hassela Jarosław Kaczyński zdecydowany jest mimo to na „przeforsowanie wbrew wszystkim demontażu TK”. „Jeżeli tak się stanie, Komisja Europejska będzie musiała wkrótce nałożyć na Warszawę sankcje, a w dalszej perspektywie obciąć środki finansowe” – uważa autor komentarza.

Hassel zastrzega, że w czasie, gdy Bruksela zabiega o względy Turcji ze względu na jej centralną rolę w kryzysie uchodźczym, „podjęcie zdecydowanych kroków przeciwko tym, którzy grzeszą przeciwko demokracji w samej UE, jest mało prawdopodobne”. „Bezprecedensowe w swojej radykalności postępowanie polskiego rządu zagraża zwartości UE jako stowarzyszenia krajów demokratycznych. Jednak, podobnie jak w kryzysie uchodźczym, i w tym przypadku nie widać skutecznych rozwiązań” – ubolewa warszawski korespondent „SZ”.

Polska na kursie konfrontacyjnym

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” zatytułował komentarz o wydarzeniach w Polsce „Na kursie konfrontacyjnym”. „Taką sytuację nazywa się konfliktem konstytucyjnym. Czy też chodzi raczej o politykę siły? Widownią jest Warszawa. W centrum konfliktu znajdują się narodowo-konserwatywny rząd Polski i Trybunał Konstytucyjny” – czytamy w komentarzu.

Jego autor zaznacza, że rząd PiS opiera się na szerokiej większości w parlamencie i bez wątpienia dysponuje demokratycznym mandatem. „Jednak działania tego rządu w dziedzinie podziału władz i wolności prasy doprowadziły do interwencji Rady Europy i KE i nie ma to nic wspólnego z polityczną zemstą, jak przedstawia to rząd; choć być może sam w to wierzy” – pisze publicysta.

„Rząd jest najwyraźniej przepojony pasją, aby tak ukształtować system polityczny, by jego polityczno-kulturowy porządek pozostał niepodważalny” – pisze „FAZ”. „Dokąd ma prowadzić to dążenie do hegemonii?” – pyta komentator.

niemiecka

wyborcza.pl

 

Sekta antysmoleńska, czyli nasze własne „piuuu bziuuu” [SROCZYŃSKI]

Grzegorz Sroczyński, 10.03.2016
Grzegorz Sroczyński 

Grzegorz Sroczyński (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Idiotyczne teorie spiskowe kiedyś piętnowaliśmy. No ale wtedy wygłaszali je ONI. Jak brednia jest swojska i słuszna, to i pachnie ładniej
 
Brednia goni brednię. Prawicowe mnie już nie dziwią ani nie martwią, ale obóz anty-PiS też niestety zaczyna bredzić. „Pęknięcie opony to mistyfikacja na zlecenie Kaczyńskiego, on chce rozhuśtać nastroje na wiosnę” – tłumaczy mi znajomy lekarz. Takie sugestie wyczytał w tweetach pewnego dziennikarza i uznał za prawdopodobne. Ktoś inny całkiem serio przekonuje, że sprawa Wałęsy „Bolka” została ukartowana przez prawicę, a Kiszczakową do IPN wysłał „znany polityk PiS”. Brednia miała niestety wsparcie w poważnych mediach – kilku publicystów sugerowało taki spisek na zasadzie „nie można tego wykluczyć” oraz „zobaczcie, komu to służy”. Wszystkich jednak przebił Ryszard Petru, który zażądał sprawdzenia, czy jakiś polityk PiS miał kontakty z Marią Kiszczakową w ostatnich miesiącach. „Mam pytanie, czy to nie jest jakiś układ, na który poszło PiS z dawną ubecją” – ogłosił na konferencji wprost do kamer. Pięknie. „Mam pytanie, czy…”. To przecież dobrze znamy. Lepper tak robił: „Ja tylko pytam…”. 

Takie zachowania kiedyś piętnowaliśmy. Pamiętam naszą mocną reakcję na majaczenia części prawicy, że trzeba sprawdzić kontakty posłów Platformy z rosyjską ambasadą w miesiącach przed katastrofą smoleńską. No ale wtedy brednie wygłaszali ONI. Jak brednia jest swojska i słuszna, to i pachnie ładniej.

W normalnej sytuacji Petru powinien dostać solidne wciry od publicystów wszystkich opcji za kolportowanie głupich plotek, tymczasem w sytuacji nienormalnej – a taką obecnie mamy – najdurniejsze plotki są podchwytywane przez rozsądnych skądinąd ludzi. Wbijanie sobie nawzajem do głów teorii spiskowych, w których główną rolę gra Wielki Sprawca Wszystkiego Kaczyński, nosi wszelkie cechy mgły smoleńskiej i wywołuje na prawicy podobną wesołość, jak w nas wywoływało „piuuu bziuuu” profesora Cieszewskiego.

Sensacyjne konferencje Petru to oczywiście element wyścigu Nowoczesnej z Platformą. Pomysły podrzuca mu zapewne jakiś zblazowany piarowiec, żeby się przebić na paski w TVN 24 skuteczniej niż, powiedzmy, Schetyna. Tego typu wyścig między partiami opozycji wróży im jak najgorzej, a Kaczyńskiemu – jak najlepiej. Nie będzie bowiem żadnej rozsądnej odpowiedzi na potrzebę korekty socjalnej (a takiej korekty – jak wynika z badań – chcą Polacy). Nie będzie żadnego pomysłu na lepsze 500+. Lepszego, niż ma Ziobro, pomysłu na poprawę pracy sądów. I lepszego niż „żołnierze wyklęci” pomysłu na budowanie wspólnej tożsamości.

Obawiam się, że wszystkie te ważne sprawy PiS dostanie na wieczne władanie. A grupy społeczne mające rozmaite słuszne żale do III RP zostaną przekonane, że opozycja chce jej powrotu w formie niezmienionej, skoro nic nie proponuje.

Co poza tym? Zwieranie szeregów. Coraz donośniej brzmi refren piosenki Brassensa: „Ten, kto inaczej myśli niż my, ten jest chuj”. W sprawie „Bolka” nieliczne głosy odrębne, jak Andrzeja Friszkego czy Waldemara Kuczyńskiego, przyjmowane były z wielką niechęcią. Przypadek Waldemara Kuczyńskiego warto omówić. Żarliwy obrońca III RP i transformacji nieoczekiwanie napisał, że przeczytał 220 stron kwitów „Bolka”, są one mocne i Wałęsa powinien się z tego epizodu wytłumaczyć. Pisał to na Facebooku głównie do osób życzliwych. I nagle polała się żółć, aż trudno cytować. Charakterystyczny był pierwszy wpis: „Ktoś się podszył pod pana Waldemara!!! Nie wierzę, że Pan to Pan. Czy Pana konta nie zhakowano?”.

Kuczyński odpowiedział przytomnie takim oto listem: „Od umieszczenia na Facebooku trzech moich wpisów dotyczących Lecha Wałęsy zacząłem odczuwać nacisk środowiskowy, bym nie kontynuował tego sposobu pisania. Wymyśla się różne przedziwne motywy, które miały mnie do tego skłonić, od utraty kontroli nad słowem, a nawet myśleniem, do przechodzenia na stronę PiS-owską. Tu i ówdzie jestem już prawie obok Wyszkowskiego. Taka reakcja jest dla mnie przykrym zaskoczeniem. Nie spodziewałem się tak silnej presji cenzuralnej i nietolerancyjnej. Otóż chcę napisać, że żadne środowiskowe naciski i kwasy nie wpłyną na to, co będę pisał w sprawie donosicielskiego epizodu w życiu Wałęsy, jak i w każdej innej. Pisał będę to, co myślę, bez oglądania się, jak to będzie odbierane”.

I właśnie tak trzeba robić – unikać stadnego myślenia, spiskowych bredni (nawet jeśli brzmią miło) i nie przejmować się za bardzo tym, co myślą „swoi”. Bez głosów mocno odrębnych – jak ten Kuczyńskiego – skończymy w jakiejś własnej wersji „sekty antysmoleńskiej” z nową sztuczną mgłą, dwoma wybuchami i własnym „piuuu bziuuu”.

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

”Dużym Formacie” czytaj też: 

Adam Strzembosz. Wszystko dla Jarka
Były takie momenty w III RP, że jak człowiek miał poglądy odstające od tego, co uważacie wy w „Wyborczej”, to był fe. Produkowaliście poglądy dominujące. Rozmowa Grzegorza Sroczyńskiego

Kto nie dostanie pieniędzy na żadne dziecko
Mamy troje dzieci na utrzymaniu. Kształcimy je, wychowujemy na uczciwych ludzi, którzy tak jak my będą płacić podatki. Dlaczego nie należy nam się ani złotówka?

Dobry wieczór, morderco. Policjanci z Archiwum X wyjaśnili zbrodnię sprzed 22 lat
Włączył telewizor, ale nie posiedział długo na kanapie. Ktoś walił do drzwi. Dawno się tak nie zdziwił

Jak sieci handlowe rujnują swoich dostawców
Znajomy handluje warzywami i przetworami. Na współpracy z sieciami dorobił się fortuny, bo szybko zrozumiał zasadę: „Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz”

Głodu nie ma. Są tylko ludzie, którzy głodują, nie dojadają, umierają z głodu
Co roku połowa żywności na świecie jest wyrzucana Rozmowa z Martinem Caparrosem, autorem książki „Głód”

Kościół bez ścian i drzwi
Co tydzień w centrum Warszawy zielonoświątkowcy, baptyści, prawosławni, katolicy modlą się razem na ulicy. Prezesi otwierają się, mówią, że dawno nie rozmawiali z Jezusem

Ochotnicy pomagają uchodźcom [FOTOREPORTAŻ]
Zanim ruszysz ratować świat, napij się herbaty

sekta

wyborcza.pl

Wieś się burzy na PiS-owską ustawę o ziemi

Krystyna Naszkowska, 10.03.2016Rolnikom nie podoba się PiS-owska ustawa o ziemi. Niepokoi zwłaszcza to, że o prywatnym obrocie ziemią będzie decydować ANR

Rolnikom nie podoba się PiS-owska ustawa o ziemi. Niepokoi zwłaszcza to, że o prywatnym obrocie ziemią będzie decydować ANR (GRZEGORZ CELEJEWSKI)

Krajowa Izba Rolnicza, która miesiąc temu poparła PiS-owską „ustawę o ziemi”, teraz chce sporych zmian. Wśród rolników, do których docierają skutki ustawy, narasta ferment.
 
Przedstawiciele 16 regionalnych izb na wtorkowym spotkaniu w Warszawie uznali, że ustawa, która miała chronić polską ziemię przed zagranicznymi nabywcami, szkodzi też polskim rolnikom i może wywoływać na wsi konflikty. 

Będą się więc domagać od posłów zmiany najbardziej spornych przepisów – m.in. zmiany definicji rolnika indywidualnego, gdyż po 1 maja tylko taki rolnik będzie mógł kupić ziemię. Oznacza to, że nie kupi jej żadna spółka, dwuzawodowiec ani osoba, która nie mieszka w danej gminie.

Szef regionu warmińsko-mazurskiego KIR Jan Heichel przyznał „Wyborczej”, że „jak się głębiej pogrzebie” w ustawie, to można się zaniepokoić. Zrobiło się zamieszanie, rolnicy są wzburzeni.

Zaczęło się tuż przed targami rolniczymi 20 lutego w Ostródzie, na które miał przyjechać minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel. Rolnik Andrzej Chojnowski z wsi Klebark Mały pod Olsztynem przypadkiem dowiedział się, że rząd szykuje jakieś niepokojące zmiany w obrocie prywatną ziemią. Uznał, że przyjazd ministra to okazja, by się z pierwszej ręki dowiedzieć, o co chodzi.

– Zadałem ministrowi kilka pytań, na co usłyszałem, że jestem pieniaczem ukierunkowanym przez dziennikarzy, którzy tylko biją pianę i podburzają rolników. A wiceminister Babalski zasugerował, byśmy siedzieli cicho, bo to posłowie zajmą się tą ustawą. Czyli będą o nas decydować, ale bez nas. To nami wstrząsnęło – mówi „Wyborczej”.

Chojnowski ma 100 ha, a razem z trojgiem dzieci, z których każde ma po 50 ha, gospodarują na 250 ha. Uprawiają zboża, rzepak, grykę, łubin itp. Po powrocie z targów zajrzał na strony internetowe rządu i ze zdumieniem stwierdził, że projekt został pozytywnie zaopiniowany przez Krajową Izbę Rolniczą.

– Nie znam rolnika, którego ktoś spytałby o zdanie na ten temat! Nawet nasz delegat do izby rolniczej nie był pytany o zdanie – oburzył się.

Izby rolnicze to organizacja, do której z automatu należą wszyscy rolnicy – i wszyscy odprowadzają 2 proc. swojego podatku rolnego na konto izby. Wiadomość, że izba warmińsko–mazurska poparła projekt bez konsultacji z nimi, tak tutejszych rolników wzburzyła, że postanowili z szefem tej izby porozmawiać. Na spotkanie 3 marca przyszło kilkudziesięciu rolników, paru samorządowców, szef izby Jan Heichel i dwoje posłów z tego regionu. PiS reprezentował Jerzy Gosiewski, a PSL – Urszula Pasławska.

Rolnicy pytali o przepisy ustawy, o to, dlaczego ANR będzie miała faktyczny monopol na decydowanie o prywatnym obrocie ziemią, czy właściciel jednohektarowej działki z domem też będzie musiał mieć zgodę agencji na sprzedaż, dlaczego dwuzawodowcy, którzy płacą składki do ZUS, nie będą mogli dokupić ziemi.

Heichel wyjaśniał, dlaczego izba poparła ustawę. Atmosfera zmieniła się po wystąpieniu posła PiS. Przyznał, że na rolnictwie się nie zna, ale ustawa jest zgodna z polską racją stanu. A przyszłe pokolenia będą za nią wdzięczne, tak jak dziś są wdzięczne za przywracanie prawdy o „żołnierzach wyklętych”. Tego było dla rolników zbyt wiele. – Ta ustawa jest robiona przeciwko rolnikom. My pytamy, dlaczego, a opowiada nam się jakieś bzdury! – krzyczała jedna z rolniczek.

– Kiedy poseł Gosiewski nawiązał do polityki historycznej i „żołnierzy wyklętych”, sala zawrzała. Skończyła się merytoryczna dyskusja – opowiada posłanka Pacławska.

Na końcu Heichel spytał, czy rolnicy chcą, by ich ziemię wykupili cudzoziemcy. Na co usłyszał, że jeśli cudzoziemcy będą tu mieszkali, korzystali z takich samych praw i dopłat jak polscy rolnicy, to są mile widziani. A cała opowieść o „słupach” wykupujących polską ziemię w imieniu cudzoziemców, którą rząd straszy, to jedna wielka ściema.

wieś

wyborcza.pl

 

BOR zmienia opony w prezydenckich limuzynach. Zamachu na Andrzeja Dudę nie było

Wojciech Czuchnowski, 10.03.2016

BOR zaniedbał kontroli stanu technicznego prezydenckich limuzyn - były w nich stare opony

BOR zaniedbał kontroli stanu technicznego prezydenckich limuzyn – były w nich stare opony (Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)

Zły dobór samochodu dla prezydenta to główny zarzut wstępnej ekspertyzy w sprawie piątkowego incydentu z bmw, którym jechał Andrzej Duda. Zamachu nie było. Ale w BOR mogą się spodziewać dyscyplinarki, bo limuzyna jeździła na starych oponach.
 

Według źródeł „Wyborczej” ekspertyzę dostał wczoraj szef MSWiA Mariusz Błaszczak. Wyklucza ona zamach, o którym mówili politycy PiS i prawicowi publicyści. Wylicza za to błędy mogące doprowadzić do wypadku samochodu prezydenta, w którym w miniony piątek wystrzeliła opona, auto wpadło w poślizg i utknęło na poboczu autostrady A4 pod Opolem.

Ekspertyza wylicza cztery główne powody incydentu: w warunkach zimowych na trasie prezydent nie powinien jechać samochodem z napędem tylko na jedną oś, lecz autem 4×4. Takimi samochodami poruszała się w prezydenckiej kolumnie ochrona; do wstępnego uszkodzenia opony doszło w terenie górskim, gdzie bmw zjechało z trasy, by zawieźć Andrzeja Dudę pod wyciąg narciarski; BOR nie sprawdził trasy przejazdu. Gdyby BOR zrobił rekonesans przed przejazdem kolumny, wiadomo byłoby, że na trasie doszło do dwóch wypadków i należy zmniejszyć prędkość, a może też zmienić drogę; pancerna limuzyna BMW 760 nie powinna być w ogóle używana na tak długiej trasie, lecz wożona lawetą (specjalnie do tego celu kupioną), tak by VIP wsiadał do niej bezpośrednio u celu podróży.

Takie ustalenia potwierdzają wcześniejsze informacje „Wyborczej”, że przyczyną incydentu była błędna decyzja wydana przez szefa ochrony głowy państwa, bo to on decyduje, jakiego samochodu użyć do wyjazdu. W przypadku zimowej podróży w góry powinno być to auto terenowe lub przynajmniej z napędem na cztery koła.

Ale jest jeszcze jedna rzecz, której ekspertyza nie uwzględnia: chodzi o wiek opon założonych na koła bmw. Wiadomości TVP podały, że zostały one kupione we wrześniu 2010 r., miały więc blisko sześć lat. Tymczasem dopuszczalny wiek ogumienia, dający gwarancję, że nie ulegnie uszkodzeniu, to według polskich norm 36 miesięcy. – Nikt tego nie przestrzega i ludzie masowo jeżdżą na starych oponach, które są sprowadzane do Polski, ale w tym wypadku sześcioletnia opona w tym aucie to duże przegięcie – mówi nam oficer BOR.

O tym, że jest problem z wiekiem opon, świadczy też inna, nieoficjalna informacja. Po piątkowym zdarzeniu wymienione zostało ogumienie we wszystkich pancernych wozach, którymi dysponuje Biuro (ok. 10 sztuk). Zdaniem naszych rozmówców specjalnych opon do tego typu limuzyn nie można kupić w normalnej sprzedaży. Kosztują 3-5 tys. zł i są sprowadzane na zamówienie. Szybka wymiana we wszystkich autach świadczy o tym, że BOR miał nowe opony w swoim magazynie, ale – prawdopodobnie z oszczędności – ktoś wstrzymał się z ich założeniem.

Ani BOR, ani MSW nie odpowiedziały nam wczoraj na pytania o wstępny raport w sprawie incydentu i kwestię zwlekania ze zmianą opon w limuzynach dla VIP-ów.

Jak pisaliśmy w poniedziałek, jedną z przyczyn zaniedbań mogły być zmiany kadrowe, które w BOR przeprowadza płk Andrzej Pawlikowski, przez ostatnie lata związany ze smoleńskim zespołem Antoniego Macierewicza. Na stanowisko wiceszefa transportu powołał Rafała Niwińskiego, oficera, który wcześniej nie miał doświadczenia w tym zakresie, ale był osobistym kierowcą Marii Kaczyńskiej, żony prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Z kolei szefem logistyki, odpowiedzialnym za zakupy sprzętu, mianował płk. Jacka Lipskiego, który przez osiem ostatnich lat był poza służbą. Dowódcą ochrony prezydenta jest kpt. Bartłomiej Hebda – na to stanowisko rekomendował go Pawlikowski, jeszcze zanim stanął na czele Biura, a już doradzał Andrzejowi Dudzie. W opinii naszych rozmówców Hebda, mimo że jest dobrym oficerem i był ranny w Iraku, nie ma doświadczenia w organizowaniu przejazdów VIP-ów i może popełniać błędy.

znamy

wyborcza.pl

 

Noc w miasteczku Razem. Już szykują nowe slajdy na ściany KPRM

Sebastian Klauziński, 10.03.2016

http://www.gazeta.tv/plej/19,75478,19744218,video.html?embed=0&autoplay=1
– Polski Majdan? Nasze media mają skłonność do przesady. Majdan to była bardzo poważna sprawa, ginęli ludzie, na ulicach było wojsko – mówi Dorota Budacz z Razem. Stoi przed namiotem z prowiantem. Obok jest jeszcze namiot z kocami i ciepłymi ubraniami, no i rzutnik.
 
premier

premier1

W drugim namiocie jest prowiant, kawa i herbata. Zamówili pizze, pizzernia dała gratis napoje. Warszawiacy przynoszą drożdżówki, krówki, wodę, kanapki i dużo słodyczy. – Na razie mamy dużo więcej prowiantu niż potrzebujemy, roztyjemy się tutaj – mówi jedna z warszawskich działaczek. W czwartek chcą głosić swój protest do ratusza. To m.in. dlatego, żeby mogli postawić toalety.

Kilka osób gra w monopoly. Inna grupa śpiewa „Jolka, Jolka”. Muzyka i śpiewy będę od rana do wieczora, każdego dnia.

Co chwilę słychać klakson przejeżdżającego samochodu. Niektórzy kierowcy zwalniają, pytają, co się dzieje. – Najśmieszniej, kiedy pozdrawiają nas kierowcy z super drogich samochodów – mówią protestujący.

Marta Nowak, rzeczniczka Razem: – W czwartek przyjadą ludzie z całej Polski. Jeśli ktoś nie ma na bilet, zwracamy koszty dojazdu. Tu, pod kancelarią musi być co najmniej 15 osób, żebyśmy działali zgodnie z prawem. Oczywiście będziemy protestować rotacyjnie, ludzie muszą pracować, spać. A KOD? Stoją obok nas, jest sympatycznie.

Obok namiotów Razem rozłożył się też jeden namiot KOD. – Przyszliśmy tu spontanicznie, nie ma żadnego pospolitego ruszenia – mówi jeden z ok. 20 „koderów”. W namiocie zbierają podpisy pod swoim projektem ustawy o TK. Jednak dwie godziny później zwijają namiot. – Zarząd uznał, że jest jeszcze za wcześnie na akcję protestacyjną, zwyczajowy termin publikacji wyroków TK to 5-7 dni. W związku z tym w tej chwili, mimo oświadczeń rządu, jeszcze nie zostało złamane prawo – mówi Piotr Wieczorek, szef mazowieckich struktur KOD. – Staramy się reagować na łamanie prawa. Tutaj to była spontaniczna akcja naszych członków – mówi Wieczorek.

Czy wspólne protestowanie oznacza sojusz? Na razie raczej nie. Obydwie grupy nawzajem się obwąchują. Są wobec siebie ostrożne, ale atmosfera jest sympatyczna. – Spytali, czy czegoś nie potrzebujemy. Cieszymy się, że tutaj są – mówi jedna z członkiń Razem.

Pytam Razem, dlaczego dopiero teraz wychodzą na ulicę. – Byliśmy pod Sejmem, kiedy Sejm głosował nowelizację ustawy o TK, byliśmy potem pod Pałacem Prezydenckim, rozklejaliśmy wcześniejsze orzeczenia Trybunału. Teraz TK wyczerpał już możliwości obrony, dlatego tutaj jesteśmy – mówi Dorota Budacz.

Razem szykuje się na czwartek. Będą nowe slajdy z rzutnika, może filmy. Na godz. 18 zapowiedziano wydarzenie „Razem siedzimy i czekamy na wyrok. Weź krzesło! Posiedzenie konstytucyjne”. – Rozstawiamy krzesła i czekamy na publikację orzeczenia. Dołącz do nas! Liczba krzeseł ograniczona, dlatego zachęcamy do przyniesienia własnych – pisze Razem na Facebooku. – Pamiętaj, posiedzenie może się przedłużyć. Weź ze sobą śpiwór, koc albo ciepłe ubrania, żeby razem czekać, aż rząd wypełni swój obowiązek – zachęcają organizatorzy.

byliśmy

wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.