Duda, 13.02.2016

 

Nie do wiary! Duda i Petru mówią jednym głosem w sprawie zwołania RBN. Będzie temat Smoleńska?

Kalina Chojnacka
13.02.2016
Prezydent Andrzej Duda odpowiedział na apel Ryszarda Petru ws. RBN.
Prezydent Andrzej Duda odpowiedział na apel Ryszarda Petru ws. RBN. • Fot. Michał Lepecki; Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Prezydent Andrzej Duda zapowiedział, że w „najbliższym czasie” zwoła inauguracyjne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Czyżby posłuchał prośby lidera .Nowoczesnej Ryszarda Petru, która apelował w czwartek o to samo?

Do tej pory Andrzej Duda nie zwołał ani razu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, tłumacząc, że nie widział takiej potrzeby „w przestrzeni bezpieczeństwa, żeby była konieczność zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego”. Teraz po apelu Ryszarda Petru prezydent zapowiada, że rada wkrótce zostanie powołana. Bedzie to pierwsze spotkanie w nowym składzie, nie wiadomo na razie kto miałby się w nim znaleźć.

ANDRZEJ DUDA

prezydent

Rada będzie miała taką, mniej więcej, koncepcję jak dotychczas – tak, żeby wszystkie siły polityczne były w niej reprezentowane, czyli żeby miała ona charakter pluralistyczny. To dla mnie ważne, dlatego, że jako prezydent chciałbym żeby wysłuchać w tych sprawach, które staną na Radzie, stanowiska wszystkich stron sceny politycznej.

Dotychczasowy brak inicjatywy w tej sprawie punktowały mu partie opozycyjne, z Ryszardem Petru na czele, który w czwartek zwrócił się do prezydenta Andrzeja Dudy o powołanie i zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Lider .Nowoczesnej oczekuje, że prezydent wyjaśni dlaczego ponownie rozpoczęto prace ws. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Polityk dodaje, że to już najwyższy czas, ponieważ od wybrania Andrzeja Dudy minęło już kilka miesięcy, dlatego apeluje do prezydenta za pośrednictwem mediów. – Być może pojawiły się jakieś nowe informacje ws. katastrofy smoleńskiej, o których nie wiemy – mówił Petru.

Jak już pisaliśmy w naTemat na początku lutego MON wznowiło badanie katastrofy smoleńskiej. Antoni Macierewicz powraca z zespołem ekspertów, którzy będą badać przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu. Smoleńska podkomisja będzie składać się z 21 członków, wśród których znajdą się czterej specjaliści zagraniczni. Zespołem pokieruje dr inż. Wacław Berczyński.

źródło: Rmf24.pl

nieDowiary

naTemat.pl

Waszczykowski w Monachium: Deklaracja NATO – Rosja z 1997 roku już nie obowiązuje

mw, pap, 13.02.2016

Witold Waszczykowski

Witold Waszczykowski (Tibor Illyes / AP / AP)

Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski powiedział w sobotę w Monachium, że decyzje podjęte w 2014 roku na szczycie NATO w Newport nie wystarczą do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa. Jego zdaniem deklaracja NATO – Rosja z 1997 roku już nie obowiązuje.
 

- Wtedy chodziło jedynie o ubezpieczenie, teraz musimy myśleć o teraźniejszości, o tym, jak za pomocą naszej obecności odstraszać, jak możemy zademonstrować naszą wolę, że rzeczywiście chcemy chronić naszą wschodnią flankę – powiedział szef polskiej dyplomacji podczas dyskusji o przyszłości NATO na 52. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

Waszczykowski wyjaśnił, że deklaracja z 1997 roku dotyczyła dwóch kwestii. Jedną z nich był zakaz rozmieszczania na terytorium nowych krajów NATO oddziałów i instalacji wojskowych. – Ta część deklaracji przestała obowiązywać – podkreślił minister.

Jego zdaniem deklaracja została wydana „w zupełnie innej politycznej sytuacji”, kiedy inna była Rosja, inna była też sytuacja bezpieczeństwa. Zastrzegł, że druga część deklaracji dotycząca kanałów komunikacyjnych z Rosją powinna nadal obowiązywać.

Waszczykowski zaznaczył, że Polska „nie prosi o przywileje, lecz o równe traktowanie w NATO”. Jak podkreślił, zachodnia część Sojuszu jest broniona przez wojsko i instalacje wojskowe, natomiast Europa Środkowa, czyli flanka wschodnia, „dysponuje niższym statusem bezpieczeństwa”. – Musimy doprowadzić do równouprawnienia – postulował minister.

polskaChce

wyborcza.pl

Rosja straszy w Monachium, ale dostaje silny odpór. Dobrze, że słychać polski głos

Bartosz T. Wieliński, 13.02.2016

Premier Rosji Dmitrij Miedwiediew. 52. Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa poświęcona sytuacji w Syrii, kryzysowi migracyjnemu i walce z terroryzmem

Premier Rosji Dmitrij Miedwiediew. 52. Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa poświęcona sytuacji w Syrii, kryzysowi migracyjnemu i walce z terroryzmem (Matthias Schrader / AP (AP Photo/Matthias Schrader))

Gdy w 2007 r. na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium rosyjski prezydent Władimir Putin straszył Zachód zimną wojną, europejscy politycy zastanawiali się, czy się nie przesłyszeli. Dzisiaj, gdy w tym samym miejscu podobne słowa padły z ust byłego prezydenta i obecnego premiera Dmitrija Miedwiediewa, zaskoczenia nie było. Rosyjskiemu politykowi twardo stawiono czoła. Ale to wcale nie świadczy o tym, że jesteśmy bezpieczni.
 

Kto pamięta jeszcze o troskach dyplomatów z zimy 2007 r.? O wstrzymaniu przez Rosję dostaw ropy na Białoruś rurociągiem Przyjaźń? O wysiłkach, by powstrzymać irański program atomowy? O zabiegach, by Rosja przyłączyła się do tarczy antyrakietowej, która miała chronić Zachód przed atakiem ze strony państw zbójeckich?

Dyplomaci chyba nie narzekali wówczas na bezsenność. Przyjeżdżając do Monachium na prestiżową konferencje o światowym bezpieczeństwie nie liczyli, że nadzieją się na gardę Putina.

A rosyjski prezydent był bezlitosny. Wypominał USA, że „przekroczyły swoje granice we wszystkich sferach: ekonomicznej, politycznej i humanitarnej”. Że „narzucają swoją wolę innym krajom”. Że działania Ameryki pozbawione „międzynarodowej legitymacji” stały się źródłem wielu ludzkich tragedii”. Pomysły, by rozszerzać NATO – wtedy na poważnie myślano o przyjęciu do Sojuszu Ukrainy i Gruzji – porównał do budowy nowego muru w Europie.

Miedwiediew nie oskarża jak Putin. Ubolewa

Putin oskarżał i zapowiadał, że będzie się bronić. Zachodni politycy naiwnie pytali, przed czym? Przed demokracją? Pluralizmem? Państwem prawa? Dobrobytem dla wszystkich, a nie tylko dla elit? Przecież Rosja na rozwodzie z Zachodem tylko straci. Głos ostatnich niezależnych rosyjskich ekspertów, że Kreml coraz wyraźniej właśnie do tego dąży, został przemilczany. Bo przecież Putin był wówczas traktowany jako odchodzący prezydent. Rok później zastąpił go Miedwiediew, który zapowiadał, że przeobrazi Rosję w państwo prawa i demokracji.

Ten sam Miedwiediew o zimnej wojnie mówił w Monachium w sobotę.

Niegdyś fetowano go jako męża opatrznościowego demokracji nad Wołgą, który chce pokoju i zbliżenia z Zachodem, dziś jest drugorzędną figurą w rosyjskiej polityce.

Miedwiediew mówił innym tonem niż niegdyś Putin. Nie oskarżał. Ubolewał. Że dialog z Zachodem został zerwany, że Europa nałożyła na Rosję sankcję, które jej samej szkodzą, i że ma własne, wielkie problemy z uchodźcami. Ta aluzja była akurat jasna – to także rosyjskie bombardowania w Syrii powodują, że rzeka uchodźców płynie i będzie płynąć do UE.

Te sankcje za agresję na Ukrainie, spadek dochodów ze sprzedaży ropy, łatka międzynarodowego gangstera powodują, że rosyjska gospodarka znalazła się na krawędzi. Mimo tego z awanturniczej polityki zrezygnować nie zamierza, choć nieustannie wysyła na Zachód pojednawcze sygnały. Jeśli jednak Kreml myślał, że wystąpienie w Monachium polityka kojarzonego jako gołębia cokolwiek osiągnie, to się przeliczył.

Zachód pogodził się z powrotem do zimnej wojny

Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg oskarżył Rosję wprost, że wspierając lotnictwem i zrzucanymi przez nie bombami armię syryjskiego dyktatora Baszara al-Asada niweczy szanse na pokój w tym kraju. Za to samo Rosję krytykował premier Francji Manuel Valls. Prezydent Andrzej Duda oświadczył wręcz, że „imperialne zachowania Rosji i wojna w Syrii są kwestiami, którymi powinien zająć się cały wolny świat”, bo „porządek ustanowiony po zimnej wojnie jest przez Rosję naruszany.” Nawet szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier, znany z tego, że starannie dobiera słowa, ubolewał, „że do Europy powróciły demony, które wydawały się martwe”.

Nie. Ubolewań Miedwiediewa i jego apeli, by nie zaprzątać sobie głowy Ukrainą czy sankcjami, tylko skupić się na walce z terroryzmem, w Monachium nikt nie wziął za dobrą monetę. Po wydarciu Ukrainie Krymu, podpaleniu Donbasu, po bombardowaniu pod płaszczykiem akcji antyterrorystycznej szpitali i szkół w Syrii, po manewrach imitujących ataki jądrowe na państwa Zachodu, Rosja straciła swój kapitał zaufania. Jest znowu traktowana jak przeciwnik.

Żaden polityk nie powie tego głośno, ale z powrotem do zimnej wojny Zachód się pogodził. UE, choć wewnętrznie podzielona w sprawie traktowania Rosji, w sprawie sankcji była jednomyślna i stanowcza, gdy trzeba było podnieść rękę za ich wprowadzeniem, a potem utrzymaniem.

Dobrze, że słychać polski głos

NATO, jeszcze niedawno uznawane za relikt, znowu zbiera siły, przygotowuje się do stawienia czoła zagrożeniu, do odstraszania – słowem, wzmocnienia swojej obecności na w flance, w tym w Polsce. Dobrze, że konferencja w Monachium to jednoznacznie pokazała. Dobrze, że słychać było przy tym polski głos. W 2007 r. rządzona przez PiS Polska konferencję zignorowała.

Zdolność NATO do powstrzymania Rosji nie wynika z liczby czołgów i samolotów. Ani z tego, czy Polsce uda się przeforsować budowę baz Sojuszu na naszym terytorium. Najważniejsze i najtrudniejsze jest zachowanie jedności i utrzymanie zainteresowania tym, co dzieje się na Wschodzie. To samo dotyczy UE.

Rosja od dawna próbuje tę jedność rozbić, sięgając po lobbystów przedstawiającym politykom wizje lukratywnych interesów i ciepłych, dobrze płatnych posad. A także wspierając w Europie populistyczne partie takie jak francuski Front National. Trudno zresztą znaleźć kraj UE, w którym nie byłoby eurosceptycznego ugrupowania, które nie domagałoby się powrotu do czasów przyjaźni i partnerstwa z Rosją. W Polsce takie ruchy to margines, w Niemczech jednak rosną w sondażach, we Francji szefowa Frontu Narodowego ma szanse zostać następnym prezydentem.

Samo NATO nie pomoże powstrzymać rozchodzenia się Europy. Nie rozwiąże problemu z uchodźcami. Nie powstrzyma europejskich populistów. To zadanie dla europejskich, a więc także i polskich, przywódców w ramach UE.

Musimy bowiem pamiętać, że Rosja dzięki swoim przyjaciołom może jeszcze nam, Zachodowi, nie tylko poważnie zaszkodzić, ale nawet zatriumfować.

rosjaStraszy

wyborcza.pl

Amerykańscy senatorowie do Beaty Szydło

Tomasz Lis
13.02.2016

Właśnie dotarłem do listu trzech wpływowych amerykańskich senatorów do premier Beaty Szydło, w którym -w dyplomatycznym, ale bardzo stanowczym tonie – zwracają oni uwagę szefowej polskiego rządu na zagrożenia, jakie działania rządzącej w Polsce ekipy stwarzają dla rządów prawa w naszym kraju.

Na początku warto powiedzieć kim są nadawcy listu. Republikański senator John McCain z Arizony, to jeden z najbardziej szanowanych amerykańskich polityków. Jest bohaterem wojny w Wietnamie, który w wietnamskim więzieniu, wielokrotnie torturowany, spędził ponad pięć lat. Senator Richard Durbin, to wpływowy demokrata z „polskiego” stanu Illinois. Senator Benjamin Cardin, to demokratyczny senator ze stanu Maryland. Szczególnie ważne jest to, że wśród adresatów znalazł się JohnMcCain. To wielki przyjaciel Polski, kilkanaście lat temu jeden z największych adwokatów przyjęcia Polski do NATO.

Fragment listu trzech amerykańskich senatorów do premier Beaty Szydło
Fragment listu trzech amerykańskich senatorów do premier Beaty Szydło•Fot.naTemat

W pierwszym akapicie listu do premier Szydło, senatorowie podkreślają, że piszą do pani premier jako wielcy przyjaciele Polski, mający bardzo silne więzy z amerykańską Polonią. „Piszemy do Pani, piszą senatorowie, by wyrazić troskę z powodu ostatnich działań Pani rządu, które zagrażają niezależności sądu konstytucyjnego i niezależności mediów w Polsce oraz podważają rolę Polski jako demokratycznego modelu dla innych krajów regionu. … Wzywamy Pani rząd do respektowania podstawowych zasad Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz Unii Europejskiej, w tym szacunku dla demokracji, praw człowieka i rządów prawa, które uczyniły Polskę silnym członkiem demokratycznej wspólnoty i mocnym sojusznikiem USA w Europie”.

Senatorowie uważają, że skutkiem działań nowej władzy w Polsce jest ograniczenie władzy Trybunału Konstytucyjnego do odrzucania niekonstytucyjnych ustaw oraz ograniczenie wolności słowa w Polsce. „Erozja demokracji w Polsce, piszą, podważy rolę liberalnych instytucji, które umożliwiły ekspansję pokoju, stabilności i tolerancji w Europie”.

List jest życzliwy w formie, ale bardzo stanowczy w treści. Biorąc pod uwagę pozycję autorów i ich realne zasługi dla Polski, powinien być jasnym sygnałem dla władz w Polsce. Amerykański radar doskonale wychwytuje to co dzieje się w Warszawie, a w kręgach władzy to co się w Polsce dzieje, wywołuje wielkie zaniepokojenie.

To nie pierwszy taki sygnał z Waszyngtonu. Kilka tygodni temu ze specjalną misją przybył do Warszawy specjalny wysłannik amerykańskiej administracji Daniel Fried, były ambasador w Warszawie i były zastępca szefowej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Condoleezzy Rice. Już sama ta wizyta była znakiem, że amerykańskie władze są głęboko zaniepokojone wydarzeniami w Polsce. W ostatnich dniach przebywała w Warszawie pani Victoria Nuland, szefowa Biura do Spraw Europy i Eurazji w Departamencie Stanu (amerykańskim MSZ), wcześniej przedstawicielka USA przy NATO. Komunikat pani Nuland był wybitnie czytelny. -Oczekujemy respektowania orzeczenia Komisji Weneckiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Czytaj, ustawa przyjęta przez PIS łamie konstytucję, wyrażamy nadzieję, że PIS wróci na drogę przestrzegania prawa.

W poniedziałek do Waszyngtonu pojedzie minister Waszczykowski. Lepiej, żeby nie ograniczył się do standardowych zapewnień, że demokracja w Polsce ma się świetnie, konflikt jest polityczny, sprawcą zamieszania jest PO. Amerykanie owego, przepraszam bullshitu, nie kupią.

Parlament Europejski, Rada Europy, Komisja Europejska, amerykańska administracja, amerykańscy senatorowie – nasi sojusznicy doskonale widzą co się w Polsce dzieje. Władze PIS mogą te sygnały oczywiście ignorować. Ale muszą się liczyć z konsekwencjami. Konsekwencją ostateczną może być trwała dewastacja pozycji Polski, trwałe zniszczenie wizerunku Polski, wreszcie de facto izolacja Polski.

Podkreślmy, sygnały wysyłają władzom w Polsce nie wrogowie, ale nasi najwięksi sojusznicy. Warto, by władza PIS zrozumiała co do niej mówią i wyciągnęła z tego właściwe wnioski. Zanim pozycja Polski osłabi się aż tak, że wylądujemy w punkcie, w którym byliśmy zanim staliśmy się członkiem NATO i Unii Europejskiej.

amerykańscy

naTemat.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.